sobota, 21 marca 2015

Miniaturka: Hermafrodyta.

Piękna dziewczyna o włosach koloru blond, przechadzała się lasem.
- Ah, jak tu pięknie!  Demeter, wspaniałą stworzyłaś roślinność. - Rzekła do siebie po cichu, swym melodyjnym głosem.
Przeszła w miejsce,gdzie było mniej drzew, a więcej kwiatów. Rozejrzała się dookoła i ujrzała kilka nimf, które siedziały w kółeczku i o czymś rozmawiały. Podeszła kilka kroków w ich stronę. Ujrzały ją natychmiast.
- Cześć... co tam?- Rzekła i spojrzała na nie swoimi zielonymi oczami.
- Em...no...dobrze... eee..- Zająkała się rudowłosa.
- Jestem Salmakis.
Uśmiechnęły się do siebie.
- Ja jestem Ellie- Odezwała się "jąkała"
- A ja Eva- Powiedziała brunetka- A to moja siostra Gui- Wskazała na mniejszą, o tym samym kolorze włosów dziewczynę.
- Ja jestem Fiole- Przedstawiła się ostatnia z lekko zieloną skórą i czerwonymi włosami.
- Miło mi. W końcu kogoś poznałam,  kto chce ze mną rozmawiać. - Zrobiła lekko naburmuszoną minę.
-Tak? Trochę, to dziwne jesteś piękna! - Odezwała się Gui.
- Naprawdę? Pff.- Zaśmiała się nimfa , a wraz z nią nimfy.
Po chwili rozmawiania postanowiły odprowadzić boginię do jej aktualnego miejsca spoczynku. Pożegnały się, a blond włosa obiecała, że przyjdzie znów je odwiedzić.
Następnego dnia Salmakis wraz z nowo poznanymi nimfami leśnymi, postanowiła pójść nad jezioro.
Wesoło gawędząc, rozebrały się* i wskoczyły do rozkosznie zimnej wody.
- Fiole?- Zagadnęła bogini.
- Tak?
- Jesteś od jarzębiny?*
- Nie. Ja akurat jestem od cisu.- Wyjaśniła z uśmiechem.
- A wy? Bo ja od wiśni.
Ellie była od jodły, Eva od grabu, a Gui tak jak siostra.
Młoda bogini zanurkowała pod wodą i otworzyła oczy.
- Jak tu pięknie! - Rzekła w myślach.
Popływała jeszcze chwilę pod powierzchnią i wynużyła się.
Zobaczyła, że jej koleżanki podpłynęły do niej i na coś wskazały.
- Zobacz tam- Powiedziała Ellie.
Gdy spojrzała w lekko zacienione miejsce, ujrzała kilku mężczyzn. Byli oni piękni. Lecz Salmakis upatrzyła sobie w nich jednego, srebrnowłosego.
Dziewczęta wyszły z wody i odziały się.
- Hej! - Usłyszały nawoływanie od chłopców i odwróciły się jak na zawołanie. Przedstawili się po kolei.
- A wy jak się nazywacie? - Spytał srebrnowłosy.
Dziewczyny przedstawiły sie po kolei.
- A ja jestem Salmakis. A ty? - Oznajmiła i zapytała na końcu zielonooka.
- Ja jestem Hermafrodyt. Jestem pomniejszym bogiem.- Uśmiechnął się do niej.
Dziewczęta zdziwiły się na wzaimkę, że stoi przed nimi bóg.- Tylko się nie kłaniajcie! Mam już tego troszkę dość...
Podczas rozmów wzrok Salmakis ciągle kierowany był na Hermafrodyta.
Oczywiście ten, to od razu zauważył, że jest obserwowany, ale nie chciał nic mówić. Nie przeszkadzało mu to.
Mijały tygodnie dziewczęta i chłopcy ciągle razem się spotykali i bawili. Uczucie nimfy pogłębiało się z dnia na dzień. Kobieta na wszelkie sposoby próbowała stłumić ten pociąg do niego.
Pewnego razu mieli przyjemność pobyć sam na sam, co bardzo rzadko im się zdarzało. Szli pod rękę wesoło gawędząc. Ale to tylko pozory, pod swoją maską Salmakis była rozdarta i załamana. W końcu nie wytrzymała.
Usiadła na powalonym drzewie i ukryła twarz w dłoniach.
- Coś się stało? - Spytał Hermafrodyt.
W odpowiedzi wymamrotała coś.
- Ee?- Dopytywał.
Podniosła na niego wzrok i zieleń oczu dziewczyny spotkała się z błękitem chłopaka.
- No bo ja tak dłużej nie potrafię. Nie potrafię tak!- Wykrzyczała.- Pierwszy raz gdy cie ujrzałam, byłam zachwycona twoim wyglądem, posturą. A gdy poznałam twój charakter... Bogowie! Zakochałam się w tobie. Co ja gadam... Nadal cie kocham! Momenty w których ciebie nie widziałam były męczarnią...- Spojrzała w jego piękne oczyska.- Jestem w tobie zakochana Hermafrodycie.
Przez dłuższą chwilę chłopak stał oniemiały z wyznań nimfy. Był zszokowany, nie spodziewał się.
Po chwili, gdy głos w miarę mu się nie łamał, oznajmił:
- Wwybacz, aale ja...- Wziął głęboki oddech.- Wolę mężczyzn.

Płakała, przeklinała, biła i szarpała biedną trawę, która w niczym nie zawiniła...
Jej miłość życia wolała mężczyzn!
Cóż za upokorzenie, w końcu wyznała mu miłość!
- Bogowie! Jeżeli mnie słyszycie, proszę zróbcie coś! - Krzyknęła w stronę nieba.- Chcę by był ze mną na zawsze,,,-Wyszeptała.
Mijały godziny, dni Salmakisa nie spotykała się już z nimfami, w ogóle odizolowała się od jakiegokolwiek towarzystwa.
Leżała na szczycie pobliskiego pagórka, gdy nagle podleciał do nie potężny orzeł, który do nogi miał przywiązany rulonik z nowo odkrytego, przez ludzi, materiału.
Odwiazała go i rozwinęła.
Nimfa Salmakis~Wiśnia.
Proszę o wschodzie słońca, byś pojawiła się na Olimpie.
Musisz się stawić, to rozkaz samego Zeusa.
                   Demeter.
(Wybrali mnie, bo ładnie pisze)
Zrobiła wielkie oczy, miała stawić się na Olimp!
Podniosła się szybko do pozycji pionowej i pobiegła pędem by się wyszykować, miała tylko pięć godzin, nie zdąży!
Wchodziła po marmurowych schodach, była pięknie ubrana. Lekko różowawa toga, która podkreśła jej kobiece kształty, a włosy splotła w kłosa.
Weszła do głównej sali tronowej i ujrzała piękne kolumny, zdobienia i trony.
Po pewnym czasie bogowie zaczęli się schodzić, aż w końcu była pełna dwunastka plus Hestia, która siedziała w kącie przy ognisku.
Nagle drzwi zostały gwałtownie otworzone i wbiegł przez nie srebrnowłosy, zdyszany pomniejszy bóg.
- Hermafrodyt?! Co ty tu robisz?- Spytała zdziwiona Salmakis.
- Został tu zaproszony, tak samo jak ty.- Wyjaśnił władca niebios.- Proszę usiądzie. Hefajstosie możesz...?
- Sie robi szefie- Odpowiedział bóg kowali i kliknął jakiś guzik na swoim tronie. Rozbrzmiał metaliczny dźwięk i po chwili, na środku sali pojawiły się dwa krzesła. - Mówisz i masz.
- Jak wiecie moi mili...- Zaczęła Hera- Rodzina...
- Oj nie zaczynaj znowu tej śpiewki! Rodzina w życiu każdego istnienia liczy się najbardziej! Bla bla bla!- Zapiszczała Demeter.
- Siostro!- Zdenerwowała się Hera.
- Teraz siostro? A gdzie podziało się pusty kłosie, albo trawiasta gnido?!
- Dość! - Krzyknął Zeus.- To nie czas na kłótnie. Zebraliśmy się tu w innej sprawie. A mianowicie chodzi o ciebie Salmakis. Pogłębiasz się w depresji, wykrzyczałaś prośbe do nas. Usłyszeliśmy ją i spełnimy ją
- A co ja mam z tym wspólnego? -Spytał Hermafrodyt.
- Nie przerywaj mi- Warknął niebowładny, a z jego brody poleciało kilka iskier.- Ty jesteś głównym powodem jej smutku.
- What Shall We Do with a Drunken Sailor?- Zanucił Posejdon.
- Nie nie! Lepiej to: It's raining men Hallelujah It's raining men!- Tym razem zanucił Apollo.
- Ale co ja?- Dopytywał zaniepokojony Hermafrodyt.
- Ona cie kocha kretynie.- Wyjaśnił krótko Hermes.
- Ale ja...
- Tak wiemy, że wolisz chłopców.- Przerwał mu Zeus, a w jego oczach był przebłysk zainteresowania chłopakiem, lecz Pan Nieba szybko się opanował.
- Zrobimy tak by było dla was jak najlepiej.- Wyjaśniła Hera.
- Tak..tak Smarkis.- Powiedział Dionizos patrząc na swoje paznokcie.
- To Salmakis...- Mruknęła niedosłyszalnie Hestia.
- Tak więc moje dzieciaczki, będziecie razem!- Słodkim głosikiem oznajmiła Afrodyta.
- Gdyby ich zabić, to by było mniej zamieszania...- Mruczał Ares.
- Ty byś tylko zabijał. Bez strategii! - Fuknęła Atena.
- Jak to połączeni?- Zaopanował syn boga posłańca.
- O tak.- Powiedział Posejdon i klasnął w ręce. Po chwili było słychać klaskanie wszystkich siedzących na tronach.
Nagle Hermafrodyt poczuł nieprzyjemne mrowienie w okolicy brzycha, gdy tam spojrzał, to ujrzał pustą, wielką dziurę. Przeraził się i spojrzał w bok na partnerke. Cóż ... wyglądała marnie. Jej ciało blakło i wiotczało by po chwili niczym balonik unieść się w powietrze i przez dziurę zrobioną w jego żołądku wejść. Zgiął się wpół, gdy to poczuł.
Klaskanie ucichło.
Jego całe ciało dostało jakby padaczki, trząsł się cały. Po długiej chwili to ustało, nic nie czuł, żadnego bólu, choć w budowie ciała jej się coś nie podobało...
- Jesteś śliczne kochanie!- Ucieszyła się Afrodyta.
Hefajstos bez niczyjej zgody sprowadził lustro. Hermafrodyt podbiegł do niego i o mało co nie zemdlał.
Jego włosy nadal były srebrne tylko, że teraz miały przebłyski blondu, wyraz twarzy nie był tak męski jak na początku... teraz ukształcił się jemu na bardziej delikatny, brwi ukształciły się w ładne łuki, nos zrobił się haczykowaty, a usta pełniejsze i żywsze. Największym szokiem było dla niego, że miał bardzo duże piersi, bardzo kształtne i jędrne piersi...
- Co ze mną się stało? - Wychrypiała.
Bogowie spojrzeli na niego ździwieni.
- Selmakis chciałaś by Hermafrodyt był z toba na zawsze, to masz.- Uniosła brwi Demeter.
-Aale ja nie jestem Selmakis... jestem Hermafrodyt!- Wykrzyknął.
Zeus spojrzał na niego w milczeniu.
- Synu Hermesa i Afrodyty... Nazywam cię Hermafrodytą, bogiem dwupłuciowym, bogiem obrzędów weselnych. 
- NIEEE!
                                                                        * * *
*od jarzębiny- Każda nimfa leśna jest powiązana z danym drzewem.

Tak.. w tej miniaturce opowiedziałam o bogu, o którym nie ma mitów, a jest wspomniany tylko raz w mitologii greckiej :C. 
Szczerze,ta miniaturka bardzo mi się podoba :), myślę, że wam też.

#Włóczykij.

Salmakis:

piątek, 20 marca 2015

Miniatura - Ślub cz 1

Victoria ocknęła się. Leżała na podłodze. Okey, zemdlała, ale to nie było najdziwniejsze. Pochylała się nad nią jej matka.
 - Co ty tu robisz? - zapytała dziewczyna słabym głosem.
 - Przez uderzenie się w głowę niczego nie pamiętasz - stwierdziła Bogini i pomogła córce wstać. - Zemdlałaś podczas wiązania gorsetu.
 - Jakiego gorsetu? - zmarszczyła brwi i odwróciła głowę w stronę lustra, które pokrywało całką ścianę. Dziewczyna miała na sobie gorsetówkę ze złotego materiału, która z przodu sięgała jej za kolana, a z tyłu była tak przedłużona, by fragmęt ciągnął się po ziemi. Zdziwiona zamrugała oczami. Nie. To nie był sen. Obejrzała się dokładnie w lustrze. Stwierdziła, że ma jakieś dwadzieścia lat, skóra na plecach jest zagojona i widnieje na nich złoty tatuaż skrzydeł, jej włosy były ciemniejsze, a obwódka w okół źrenicy bardziej złota niż zapamiętała.
 - Ciasno mi w piersiach - stwierdziła patrząc na nie.
Jej matka prychnęła.
 - Masz duże, co się dziwisz. Odstają ci jak mi - westchnęła.
Victoria rozejrzała się po białym pokoju, jedna ze ścian miała namalowane czarne drzewo, a na nim przesiadujące kruki.
 - Gdzie jestem? - zapytała
 - Och, moje biedactwo. Jesteś w swoim pokoju, a za trzy godziny idziesz do ślubu - mruknęła Nike bawiąc się białym piórem. - Zaraz przyjdzie tu Atena, Hera i Nemezis i pomogą ci się przyszykować dalej. Chyba dobrze zawiązałam gorset, co nie? Możesz oddychać?
 - Nie.
 - Świetnie.
Zdezorientowana kobieta usiadła na krzesełku od toaletki. Spojrzała na swoją matkę po czym spuściła spojrzenie i potarła skronie, ale szybko odsunęła je od twarzy czując jakie są zimne i mokre ze zdenerwowania.
 - Za kogo wychodzę za mąż? - zapytała.
 - Jako, że jesteś moją ulubioną córką nie powiem ci - Nike uśmiechnęła się. - Skoro sama nie pamiętasz - Bogini usiadła na czarnej kanapie po ścianą.
 - Jesteśmy na Olimpie, prawda?
 - Tak, córciu.
Vic nie zdążyła zapytać czemu ma pokój na Olimpie, bo do pokoju weszła Atena, a za nią Hera i Nemezis.
 - Piękną suknię jej wybrałaś, Nike - powiedziała Atena.
 - Dziękuję, Ateno. Zajmiecie się nią? Muszę się przebrać.
 - Oczywiście - powiedziała Nemezis patrząc na kruka przesiadującego na stojaku dla ptaków w kącie pokoju. Victoria spojrzała w tamtym kierunku i zauważyła swojego pupilka.
 - Nie mówcie jej nic, walnęła się w głowę i ma amnezję - dodała Nike wychodząc.
 - Jasne - na twarzy Ateny pojawił się lekki uśmiech i podeszła do Vic i zaczęła rozczesywać jej włosy, a Hera zajęła się sprawdzaniem czy paznokcie dziewczyną wciąż są złote i w idealnym stanie. Nemezis podeszła do kruka i patrzyła na niego, jak ten śpi.
 - To trochę dziwne, że nie odwzajemniłaś uczuć mojego syna, Victorio - odezwała się podchodząc do bogiń.
 - I opuściłaś mojego - westchnęła Atena. - Już lepiej gdybyś przy nim została, ale nie... - Atena pociągnęła szczotką jej włosy, tak, że na twarzy dziewczyny pojawił się lekki grymas. - Ty musiałaś wybrać sobie...
 - Nie mów - przypomniała Hera.
Nemezis w tym czasie zajęła się makijażem Vic. Kiedy podkreśliła jej oczy eyelinerem, wybrała czarny cień, ale zanim zdążyła nałożyć go na powieki dziewczyny Hera powiedziała:
 - Weź ten złoty, przecież nie idzie na pogrzeb - mruknęła żona Zeusa.
 - Będzie bardziej złota od Słońca, aż zielenieje na niebie tak jak podczas zaćmienia, kiedy Księżyc go wyprzedza.
 - Trudno - mruknęła Hera. - Ma być złoty.
Nemezis westchnęła i chwyciła złoty cień, potem usta pomalowała na... złoto!
 - Czemu jestem cała złota? - zapytała.
 - Bo Nike tak chciała, za wiele do gadania nie miałaś. Ogólnie cały ślub będzie w złocie i bieli, ale głównie w złocie - wyjaśniła Atena. - Tylko ty i ... pan młody, jak to nazywają ludzie, będziecie na złoto, reszta nie ma prawa - westchnęła.
Nike weszła w białej, długiej sukni z ramiączkami w stylu gotyckim.
 - I tak większość bogów ubierze się na beżowo, czarno albo biało - mruknęła Nemezis. - A czarny lepiej pasuje do jej oczu - dodała.
 - Zwymiotuję tym złotem - westchnęła Vic.
 - Proszę bardzo, ale nie na sukienkę i spróbuj się nie rozmazać - Nike podeszła do córki. - Wypuść skrzydła - poprosiła, a Vic to uczyniła nawet nie wiedziała jak. Po prostu wyrosły jej skrzydła.  - Nie chowaj ich. Która godzina?
 - Za kwadrans się rozpoczyna - mruknął ktoś stojący pod ścianą i opierający się o nią plecami.
 - Lucy? - zdziwiła się Nike.
 - Stała tu od początku mamo - zauważyła Vic.
 - Tylko ty potrafisz dostrzec przez mój mrok, siostro - powiedziała nastolatka uśmiechając się lekko.
 Ubrana na czarno dziewczyna podeszła do Victorii i przytuliła ją.
 - Skończysz przy garach - szepnęła.
 - Dzięki za pomyślną wróżbę - mruknęła Vic.
 - Zawsze jesteś w skórzanej kurtce z tym szakalim łbem na bluzce! - westchnęła Nike.
 - Wiem mamuś - uśmiechnęła się i osłoniła się mrokiem, a kiedy opadł Lucy miała na sobie czarną suknię i podkreślone na czarno oczy.
 - Jesteśmy takie podobne, na pewno nie chcesz wychodzić za mąż za mnie? - zapytała Vic.
 - Za... niego? Nie dziękuję - Lucy gwizdeła a na jej ramię wleciał kruk Vic. - Nie chcesz przegapić tego, prawda Lilith?
 - Kra! Kra! - ptak zamachał skrzydłami.

 W tym czasie 'pan młody' przeglądał się w lustrze.
 - Wyglądasz bosko - zauważył Gabriel.
 - Jak zawsze - mężczyzna uśmiechnął się do swojego odbicia. - Dobra. Idziemy.
 - Na pewno? - zapytał Jeff. - Nie dość, że dałeś się zaobrączkować to teraz idziesz.... i już nie wrócisz.
 Pan młody przewrócił oczami.
 - Koniec ze spotykaniem się z kobietkami, robieniem im dziecka i uciekaniem - dodał Alex.
 - Victoria mi wystarczy - stwierdził mężczyzna.

 Do pokoju wbiegła Anput.
 - Vicky! - zawołała przytulając przyjaciółkę. - Nawet nie wiesz jak ciężko dostać się na Olimp przez Duat! Po drodze przeniosłam Anubisa i jego żonkę - mruknęła.
 - Włóczykij jest?
 - No tak.
 Vic uśmiechnęła się i chciała już wyjść, ale Lucy ją powstrzymała.
 - Nie założyłaś naszyjnika - powiedziała zapinając jej na szyi wisiorek ze skrzydełkami. - I welonik! - zaczepiła jej we włosy.
Welonik zasłonił jej pół twarzy.
 - A teraz idziemy - powiedziała Nike i wyszła pierwsza, a za nią Vic i boginie.
Anput ubrana w suknię intensywnie niebieską jak jej włosy zmieniła się w szakala i pobiegła przodem.
 Serce Vic dudniło w klatce piersiowej, ściśniętej przez gorset.
 - Zemdleję - stwierdziła.
 - Ale najpierw powiesz słowa przysięgi - powiedziała jej matka.
 - Ja nawet nie wiem kto jest moim mężem.
 - Spokojnie. Ja ci wybierałam partnera - Nike wypięła dumnie pierś.
 - Błagam niech to nie będzie... - nie dokończyła bo weszła do sali tronowej Olimpu.
Tyle, że tronów nie było, a dekoracje były jak w kościele. Za księdza robił Zeus. Vic myślała, że zaraz zwariuje, a małe króliczki zatańczą nad jej trupem.
 Dała radę przejść całą drogę. Wzrokiem odszukała Jeffa, Alex'a, Anput, Anubisa, Meriel i swoje rodzeństwo. Swojego przyszłego męża zobaczyła dopiero kiedy stanęła przed Zeusem.
Mężczyzna ubrany w złoty garniak stał obok niej i posyłał jej co jakiś czas uśmiech, ale ona tego nie widziała, bo welon był od jego strony. Jeff na organach zagrał muzykę pogrzebową, jako że był grabarzem nie znał innej melodii Grał tak przez pół drogi dziewczyny, przez co ona chciała, by to był jej pogrzeb, a nie ślub. Alex usiadł obok niego i przerwał jego grę i sam zagrał muzykę weselną.
 - Zebraliśmy się tutaj wszyscy, by połączyć tych dwoje boskim węzłem małżeńskim - powiedział Zeus. - A teraz powiecie przysięgę, która połączy was na zawsze!
 Hera po cichu, stojąc przy Zeusie:
 - Odwróćcie się ku sobie - podpowiedziała.
 Ręce Vic drżały, kiedy podnosiła głowę i serce jej zamarło. Chciała uciec, ale nogi jakby wrosły jej w ziemię.
 Mężczyzna ujął jej drżące dłonie.
 - Nie martw się, noc poślubna będzie niezapomniana... dla ciebie - szepnął do niej nie słuchając co mu podpowiada Hera.
 - Ekhm - odchrząknęła żona Zeusa.
 Mężczyzna spojrzał na nią po czym znów na swoją żonę i powiedział przysięgę.
 - Teraz ty - szepnęła Hera. - Nie stresuj się, pamiętaj, że wszystko ma być idealnie.
Jak powiedzieć słowa przysięgi bezbłędnie,  by było idealnie? Należy się modlić do swojego boskiego rodzica.
Nike widząc zaniemówienie córki posłała jej uśmiech. Bardzo pomocne, no nie?
 - Ja - zaczęła słabo, lecz to był ślub przymuszony, więc nie miała zdania.
 - A teraz się pocałujcie! - powiedział Zeus omijając kwestię, czy są sprzeciwy, bo zapewne dwa by były.
 Mężczyzna uradowany odrzucił jej welon i przyciągnął do siebie wciąż się uśmiechając. Dotknął jej twarzy, ale ona wyrwała się z jego ramion i uciekła ze ślubu rzucając za sobą bukiet, który wpadł w ręce Lucy, która stała przy Ravim. Syn nemezis posłał jej znaczący uśmiech, a ona przybrała Pokerową Twarz i wcisnęła mu do rąk bukiet.  Vic chciała uciec, ale  poczuła, że ktoś ją łapie w talii. Jej mąż. Cudownie, no nie? Chciał ją pocałować, ale Jeff pojawił się przy nich tak jak i Alex i rozłączyli parę. Vic zdyszana obudziła się na łóżku. Poczuła ból w plecach i rozejrzała się po pokoju. Była w obozie herosów.
 - Jasna cholera, MAMO! - wrzasnęła. - NIGDY NIE ZMUSISZ MNIE DO ŚLUBU!
 - Doprawdy? - usłyszała jej głos w swojej głowie. - Przecież on to ideał, a ty chciałabyś być nieśmiertelna.
 - Wiem, ale to nie oznacza, że GO poślubię...
 - Przecież, on jest Boski - westchnęła Nike.- No i bogom się podobał ten sen, więc Apollo....
 - MAMO, SKORO PODOBA CI SIĘ APOLLO TO TY WYJDŹ ZA NIEGO ZA MĄŻ ZAMIAST ZSYŁAĆ MI SNY JAK TO WSPANIALE BY BYŁO GDYBY TO ON BYŁ MOIM PARTNEREM!!! - Vic obudziła tym cały obóz.
Nike umilkła podirytowana. .W końcu założyła się z Ateną, która obstawiła, że Vic wyjdzie za Alex'a. Bogini zwycięstwa obstawiła młodego boga.
 - To był strasznie poryty psychicznie sen - westchnęła Vic. - Kim jest Anput? - zapytała pod nosem.

~ Zakrwawiony Kapturek


kiss animated GIF




Rozdział XXII

  Minął miesiąc od kiedy Lucy przybyła do obozu. Chyba najwyższa pora powiadomić ojca, że przeżyło się włamanie potwora do ich domu, dotarło się do obozu i jeszcze nie dało się zabić.
 Po śniadaniu Lucy wraz ze swą siostrą wyszły z pawilonu i skierowały się w stronę areny.
 - Chcę zadzwonić do taty - odezwała się Lucy, kiedy były w połowie drogi.
Jej siostrą skinęła tylko głową i zmieniła kierunek.
 - W takim razie chodźmy do Włóczykija - mruknęła Vic.
 - Czemu?
 - Bo ona umie stworzyć mgiełkę, która zmieni się w tęczę, chyba.
 - Nie ma tu zasięgu? - Lucifera zmarszczyła brwi.
 - Herosi nie używają telefonów - wyjaśniła.
Lucy darowała sobie dalsze pytania, a kiedy znalazły Włóczykija poszły nad jeziorko, gdzie córka Posejdona przez chwilę męczyła się z wodą. Najpierw wytworzyła ścianę wody, potem ''przypadkowo'' skierowała strumień wody na Vic. Kiedy jej się udało Vic wrzuciła drachmę w tęczę.
 - Bogini, przyjmij moją ofiarę - mruknęła Vic. - Gdzie mieszka twój tata? I jak się zwie?
 - California, Beverly Hills - powiedziała i podała jeszcze numer domu. - Dean Vanandt.
Lucy patrzyła w tęczę na której po chwili ukazał się jej dom, jak w telewizorze. Duży biały dom od strony ogrodu. Nad basenem wylegiwała się ciotka dziewczyny, siostra jej ojca,  z którą rozmawiał przystojny, dobrze zbudowany, blond włosy mężczyzna. Kucał przy leżaku kobiety. W basenie po pas zanurzony był ich młodszy brat, którego nie interesowała rozmowa.
Kobieta pierwsza zauważyła iryfon i omal nie spadła ze swojego legowiska.
 - Witaj ciociu Angelo i wujku George - powiedziała Lucy. - Hej tato.
George pozwolił sobie na niewybredne przekleństwo.
 - Em, Lucy? - odezwał się ojciec dziewczyny. - Co ty robisz w tęczy?
 - To telefon herosów - wyjaśniła Lucy i zaczęła opowiadać jak dostałą się do obozu i co robiła przez miesiąc pobytu w tym miejscu, Mówiła szybko, tak, że uwinęła się w kilka minut.
 - Pierwszy raz słyszę, by ona się rozgadała - szepnęła Vic.
 - Ja też - odparła Meriel. - Ciekawe czy jej rodzina jest w szoku bardziej z powodu tęczy czy tego, że powiedziała więcej niż dwa zdania.
 - A tam stoi moja siostra - mówiła dalej Lucy. - Ma na imię Victoria i uczy mnie władać mieczem!
 - O Boże - jęknęła ciocia Angela.
 - Lucy, kiedy wrócisz do domu? - zapytał ojciec Lucy.
 - Sis powiedziała, że będę mogła wrócić na rok szkolny - odpowiedziała dziewczyna trzymając Pizdusia, który nie przestawał machać łapką w stronę swojej rodziny. - Pizduś też uczy się walczyć - dodała dziewczyna.
 Kiedy skończyła rozmawiać tęcza zniknęła.
 - Mieszkasz w Beverly Hills - Vic zmarszczyła brwi.
 Lucy przytaknęła ruchem głowy.
 - Z tatą, ciocią, wujkiem i dziadkiem - potaknęła.
- Nie sądziłam, że mamę pociągają bogaci faceci.
 - Jak na trzydziestolatka był całkiem ładny - odezwała się Włóczykij.
- Vic, też mieszkasz w Beverly Hills?
 - Nie mam domu - mruknęła i odwróciła się kierując w stronę domku Nike.
Lucy  i Włóczykij dogoniły ją.
 - Ale gdzieś musiałaś mieszkać - odezwała się Meriel.
 - Mieszkałam w wielu miejscach - zmierzyła ją chłodnym wzrokiem.
 - Twój tata był podróżnikiem? - zapytała Lucy, która nie wyczuła chłodu w głosie siostry.
Odwróciła się do niej, były już pod domkiem.
 - Nie męczcie mnie takimi pytaniami - spojrzała przez ramię wyczuwając czyjąś obecność.
Alex opierał się o framugę drzwi, a Terry stał za nim.
 - Gracie w remika? - zapytała.
 - Zamierzaliśmy - odparł Terry. - Gabriel dostał kontuzji nadgarstka, a przez jego lenistwo nie chce mu się dalej ćwiczyć, więc nie mam z kim trenować,. Alex czekał na ciebie.
 - Przepraszam Alex - Vic podeszła do niego. - Lucy iryfonowała do ojca.
 - Od kiedy masz czarne włosy? - zapytał.
 - Od jakiegoś czasu...
 - Zapomniałam - powiedziała pod nosem Lucy. - Ravi na mnie czeka na arenie - rzuciła się biegiem w stronę areny.
 Alex i Vic ruszyli za nią, ale szli spacerowym krokiem.
 - Pamiętasz, że jutro walka o sztandar? - Alex złapał dłoń dziewczyny, która splotła z nim palce.
 - Jak mogłabym zapomnieć - uśmiechnęła się. - Atena kontra Nike. Kto jest z wami?
 - Ci od Demeter, Aresa, Hermesa, Tyche i Hypnosa... no i jeszcze Dionizosa.
 - My z Apollem, Nemezis, Hekate, Irys i rzekomo z Afrodyciątkami, bo niektórym dziewczynom podoba się Gabriel... no i jednemu chłopakowi.
 - Zawsze jesteście z Jeffem i Ravim - mruknął Alex.
 - Nie zawsze, ale przeważnie.
Weszli na arenę, gdzie Ravi i Lucy trenowali na włócznie, a Pizduś gryzł manekina ćwiczebnego i drapał go pazurkami.
Alex spojrzał na swoją dziewczynę, która trzymała w dłoni swój miecz.
 - Nie brałaś go ze sobą - zauważył Alex.
 - Zawsze mam go przy sobie - zmarszczyła brwi.
 Alex wyciągnął miecz z pochwy u pasa. Vic związała włosy i stanęła na przeciw Alex'a. Pierwsza zrobiła ruch, a Alex zdołał odbić jej miecz. Przez kolejne kilka minut Gloom atakowała, a Blackrose bronił się. Po tym sytuacja się odwróciła. Kiedy Alex atakował zranił Vic w policzek, która podirytowana podcięła go nogą i chłopak upadł na ziemię. Dziewczyna dotknęła swój policzek. Krwawił.
 W tym czasie Ravi i Lucy skończyli trenować i z bezpiecznej odległości oglądali walkę syna Ateny i córki Nike. Syn Nemezis ściągnął koszulkę, która przylepiła się do jego ciała. Mimo uwielbienia do fast foodów ciało Raviego było w świetnej formie jak na trzynastolatka.
 Alex podniósł się i od razu zaatakował. Dziewczyna odskoczyła w bok i mieczem odparowała kolejne uderzenie swojego chłopaka, a kiedy zaatakowała udało jej się drasnąć jego ramię.
Pod koniec treningu Alex miał rany na ramionach i nosie, a Vic na policzku, nadgarstku i na dolnej wardze. Nie wyglądało to najlepiej. Ręce chłopaka był w krwi, która jeszcze do końca nie zakrzepła na jego ranach, zaś dziewczyna od rany poziomej na lewej kości jarzmowej miała zakrwawiony cały policzek, podbródek, fragment szyi i dwa strumienie na dekolcie.
 - Przepraszam - powiedział podchodząc do niej. - Wygląda na głęboką - ostrożnie dotknął jej polik.
 - Za to ty masz mnóstwo płytkich na ramionach.
 - Bo się na nie uwzięłaś.
 - Nie prawda - wbiła miecz w ziemię i złapała chłopaka za biodra.
On uczynił to samo i objął ją w talii.
 - Będą się całować- szepnął Ravi do Lucy.
Miał rację. Vic i Alex złączyli usta w pocałunku.
 - Teraz się liżą - odszepnęła Lucy.
Alex czując jej krew w swoich ustach przejechał koniuszkiem języka  zranionej wardze Vic wywołując na jej twarzy uśmiech.
 - Zauważyłeś, że źrenice mojej siostry zwężają się podczas walki jakby była w jakimś transie? - szepnęła Lucy.
 - Nie widzę jej oczu z tej odległości - westchnął Ravini i spojrzał na swoją towarzyszkę. - Skoro to zauważyłaś musisz mieć sokole oko.
 - Możliwe.
Vic chwyciła rękojeść miecza.
- Wracamy? - zapytała,
- Chcesz pograć w remika. co?
 - Uwielbiam grać w karty - powiedziała. - Ale najpierw pójdę się umyć. Chodź Lucy!
Młodsza siostra wraz z starszą ruszyły w stronę toalet. Po drodze weszły do domku, by wziąć ręcznik i ubrania na zmianę. Bracia dziewczyny nie przejęli się jej stanem. Widzieli ją zakrwawioną po treningu z Alexem już kilka razy.
 Po prysznicu Vic w świeżych ubraniach i wilgotnych włosach, związanych w dwa warkocze, siedziała po środku domku Nike wraz z również odświeżonym Alex'em i braćmi grając w remika. Dziewczyna wyłożyła swoje karty już kilka razy, w dłoni zostały jej dwie i po kolejce Alex'a wzięła jedną kartę z kupki. Teraz w dłoni miała Króla Pik, Kier Dwójka i Królową Pik. Parę królewską dorzuciła do wyłożonych kart Alex'a, a dwójkę wywaliła na środek wygrywając partię.
 - To nie fair - mruknął Terry licząc punkty ze swoich kart. - Sto siedemdziesiąt sześć - westchnął.
Lucy notowała punkty w notesie. Ten kto po wszystkich partiach ma najmniej punktów wygrywa, a ten, kto wygra jakąś partię otrzymuje minus pięćdziesiąt.
 - Alex, ile masz punktów? - zapytała Lucy.
 - Dwa - odparł.
 - Siedemdziesiąt osiem - odezwał się Gabriel
 - Ja mam dwadzieścia pięć - westchnęła Lucifera.
 - A ja pięćdziesiąt - mruknął Ravini, którego Lucy namówiła, by z nimi zagrał.
Po siedmiu partiach najmłodsza oznajmiła:
 - Wygrał Alex, trzysta dwadzieścia punktów na minusie, drugie Vic, trzysta na minusie.
 - Blisko byłaś - Alex posłał swojej dziewczynie uśmiech.
 - Na trzecim ja, dwieście na minusie, potem Gaba, dziesięć punktów, Ravi sześćdziesiąt siedem, a na końcu Terry, trzysta siedemdziesiąt jeden.
 - Szczęście dziś ci nie dopisało - stwierdził Gabriel.
 - Zgaduje, że myślałeś o swoim Kelpie i to cię rozproszyło- Vic przytuliła się do Alex'am który zaczął bawić się jej wilgotnymi włosami
Terry nie odezwał się. Zignorował tę uwagę.
 - Idę na łucznictwo, Gab? - Ter spojrzał na brata.
 - Jasne - bracia wyszli.
Lucy rozdzieliła dwie talie i jedną z nich potasowała, i zaczęła grać z Ravim w makao.
 - Chce ci się trenować? - zapytał Alex.
 - Nie, brutalu - mruknęła.
 - Masz tylko trzy rany na ciele, a ja w sumie siedemdziesiąt osiem, więc nie nazywaj mnie brutalem, brutalu.
 Dziewczyna wstała.
 - I nadwyrężyłam sobie nadgarstek - dodała.
 Alex przewrócił oczami.
 - Chodź - złapał ją za zdrową rękę i wyszli z domku.
 - Jeśli mnie ciągniesz do izby, wiedz, że nie zamierzam brać ambrozji!
 - To napijesz się nektaru - łobuzersko uśmiechnął się do niej.
 Gdy już tam byli, dziewczyna wzięła łyk nektaru. Oprócz zagojenia się jej ran i nadgarstka, zasklepiły się jej rany ma grzbiecie, ale tylko na kilka sekund, by znów boleśnie się otworzyć.
Jęknęła krzywiąc się. Cameron złapał ją za tył pomarańczowej koszulki przy karku i opuścił, by spojrzeć na jej plecy.
 - Przynajmniej nie ropieje - powiedział puszczając. - Na pewno niczym nie obraziłaś Bogów?
 - Na pewno - odparła z lekkim westchnieniem.

 Przez następne dwa dni wydarzyło się tyle co nic. Meriel i Terren byli wciąż skłóceni. Vic przyzwyczaiła się do bólu, była najwytrzymalsza z rodzeństwa, a to czyniło ją jeszcze wytrzymalszą. Włóczykij ćwiczyła kontrolowanie wody, kiedy wraz z Lucy i jej siostrą siedziały nad jeziorkiem. Co jakiś czas przypadkiem ochlapywała siebie i córki Nike.
 - Końcem końców woda stanie się twoją marionetką - powiedziała jednego dnia Vic, kiedy Meriel podirytowana, że nie może wytworzyć mgiełki wytworzyła falę, którą skierowała na przypadkowego obozowicza. Po słowach córki Nike, dziewczynie poprawił się humor, a kiedy się skupiła, za rugim razem udało się jej.
 Wieczorem, trzeciego dnia Vic wraz z Alexem i Meriel postanowili zrobić coś, co wywoła niegroźne zamieszanie w obozie. Przed ogniskiem syn Ateny wraz ze swą dziewczyną weszli do domku Posejdona, gdzie przesiadywała córka tegoż Boga.
 - Witaj Kelpie - powiedziała Vic otwierając, oczywiście bez pukania, drzwi.
 - Hej Hurtownio - odparła Meriel. - Hej Alex.
 - Hej - powiedział chłopak trzymając jabłko.
 - Masz złoty spray do włosów? - zapytała Vic. - Mój do graffiti się skończył, dziś na ścianie moje domku namalowałam złote skrzydła.
 - Po ognisku muszę to zobaczyć - stwierdziła. - A po co wam spray?
 Alex wyciągnął dłoń z żółtym jabłkiem.
 - Pomyśl - powiedział.
 Meriel zmarszczyła brwi przeszukując w swoim myślowo-herosowym archiwum czegoś o złocie i jabłku, zajęło jej to chwilę.
 - Po co...
 - Afrodyciątka i Jeff mają swoją małą wojnę od kiedy chłopak zyskał uśmiech i stracił powieki - powiedziała Vic.
 - Jonathan zaprosił nas do swojej małej wojny - dodał Alex. - Wymyśliliśmy to.
 - Myślisz, że się nabiorą? - mruknęła Meriel szperając w swojej skrzyni i wyciągając z niej to o co prosiła para. Podała im tubę, a oni wybiegli na zewnątrz, na tył domku Posejdona i pofarbowali dokładnie jabłko dodatkowo na wzmocnienie przezroczystą farbą. Vic złotą farbką wykaligrafowała napis : Zgnije wraz z waszą urodą...
 - Wcześniej wstrzyknąłem w owoc truciznę, już jutro powinno zacząć się psuć - powiedział Alex.
 - Czemu nie napisałaś Dla najpiękniejszej? - zapytała Włóczykij.
 - Prawa autorskie - mruknęła dziewczyna. - I by się domyślili, a tak ich serca przepełnią się niepokojem - dodała ciszej.
- Rozumiem. Chcecie, by poczuli się brzydcy.
 - Tak - Alex rozejrzał się i podał jabłko swojej partnerce, po czym zabrał ręcznik, na którym przeprowadzali 'operację'. Zaniósł go do swojego domku i schował pod łóżkiem. W tym czasie Vic i Meriel czekały na niego przed domkiem Nike. Owoc przykryły chusteczką, by nikt go nie widział. Kiedy dołączył do nich Jeff i Alex poszli na ognisko. Niezauważenie Jeff szturchnął jabłko, by poturlało się ąz pod ognisko. Owoc zatrzymał się niedaleko przed grupową domku Afrodyty, która podniosła jabłko i marszcząc brwi przeczytała napis. Pisnęła i omal nie upuściła jabłka. Zaciekawieni obozowicze spojrzeli na nią.
 - Zgnije wraz z waszą urodą - przeczytała stojąc za siostrą. - Kto to podrzucił?! - wydarła się, ale wśród obozowiczów zapadło milczenie. Alex, Vic, Meriel i Jeff zachowywali się tak jak reszta udając, że nie wiedzą o co chodzi.
 - To nie jest śmieszne - powiedział jeden z Afrodyciątek.
Przez następne dni Afrodyciątka mówili, że pozbyli się jabłka i zapewniali, że nie przejmują się tym. Prawdę mówiąc trzymali je na jednym ze stolików, a ich serca napełniały się niepokojem, kiedy widziały jak jabłko gnije. Przestali zmywać makijaż podczas prysznica, bojąc się, że jak go zmyją ujrzą siebie w lustrze brzydkich. Przeglądając się lusterkach widzieli zmarszczy które były tylko nagromadzeniem się łoju na ich twarzach. Zaczęli nakładać więcej tapety, tak, że po tygodniu Vic podeszła wraz z Meriel do nich, kiedy siedzieli na pomoście, a widząc ich powiedziała:
 - Nigdy nie myślałam, że to powiem, ale jesteście szpetni.
 Meriel tylko raz zerknęła, ale podzielała zdanie swojej towarzyszki.
Jeszcze tego samego dnia dzieci Afrodyty powiedziały o jabłku Chejronowi prosząc o zdjęcie przekleństwa, którego nie było. Centaur powiedział, by poszli z nim na arenę. Oni zakrywając swoje twarze poszli za nim.
 Na arenie Vic trenowała z Jeffem, a Meriel z Alexandrem i co jakiś czas się zmieniali.
Córka Nike spojrzała na centaura.
 - Domyśliłeś się Chejronie - powiedziała przerywając trening.
 - Nie trzeba być dzieckiem Ateny, by się domyślić - powiedział Alex.
 - Tak - powiedział patrząc na Jeffa. - Nie zbyt mi się to podoba - powiedział, ze względu na stojących za nim dzieciaków Afrodyty. - Ale nic z twojej ręki nie jest bez powodu, zważając kim jest twoja matka, prawda?
 - To była sprawiedliwa zemsta - powiedział Jeff i uśmiechnął się szeroko do Afrodyciątek. - Jabłko było zwykłym owocem.
 - Pomalowanym na złoto - dodał Alex.
 - Powinniście się umyć - stwierdziła Meriel.
 - Nienawidzę cię, Jonthan - wysyczał syn Afrodyty.
 - A ja was - Jeff uśmiechnął się ponownie. - To było za wszystkie ubliżania.
 - Niech to będzie dla was nauczka, by nie dokuczać z powodu wyglądu - powiedziała Victoria. - Oczywiście nie do wszystkich to mówię i przepraszam w imieniu moich przyjaciół tych, którzy nigdy nikomu z powodu brzydoty lub inności nie dokuczali - powiedziała, a głęboko w podświadomości miała obraz cyklopa, którego pięć lat temu poznała, a Meriel jakby słyszała jej podświadomość i spuściła głowę. W końcu tamten cyklop to jej brat.
 Przez następny tydzień ten żart był głównym tematem rozmów. Chejron oczywiście za karę kazał im sprzątać boksy pegazów. Im to nie przeszkadzało, lubili te skrzydlate konie. Zrobił to tylko dlatego, bo nie chciał, by dzieci Afrodyty marudziły, że Alexowi, Włóczykijowi, Jeffowi i Vic uszło to na sucho.
 Podczas trwania incydentu Meriel i Terren... Nie. Nie ja będę o tym opowiadać.


Włóczykiju?

~Zakrwawiony Kapturek

Zgnije wraz z waszą urodą...
Ale pamiętajcie, że najpierw gnije od środka.
[Cytat Zakrwawionego Kapturka, który można porównać do gnicia ludzi, oczywiście w przenośni]
people may look great on the outside, but the inside could be nothing but rotten. LIKE SOME PEOPLE!

poniedziałek, 16 marca 2015

Rozdział XXI

- Dość długo.
- Ty tyle spałaś, ja się obudziłam jak twój chłopak wychodził. - Powiedziała Włóczykij i dotknęła rozciętego wcześniej miejsca. Pulsowało.
- A jak u ciebie? Głowa w sensie czy mniej boli... no i ogółem. - Spytała Victoria.
Ciemno-niebieskowłosa dziewczyna ziewnęła lekko.
- Lepiej, chyba dzisiaj stąd pójdę. Nie lubie siedzieć bezczynnie.
- Żadna nowość...- Mruknęła Vic. - Czemu ciagle masz pofarbowane włosy? W ogóle jaki jest twój naturalny kolor?
- Jestem szatynką. A farbuje, bo po prostu lubie. Też fajnie się tak wyróżniać z tłumu.
- I bez tego się wyróżniasz.
- No wiesz ty co?! Pfff.
Vicka zachichotała widząc jej naburmuszoną minę.
- To był komplement. Rzadko spotyka się osoby... tak szczere.
- Yhym.
Na chwilę zapadła cisza. Lecz nie na długo.
- Co ci z plecami?- Spytała Włóczykij.
- Bolą.- Na tę odpowiedź Meriel przewróciła oczyma.
- Nooo co tyyy. Nie wiedziałam. Serio?! Oh jejuniu.- Ironizowała.
- Jeff ma racje, naprawde jesteś Panią Ironią. Po prostu mi krwawią.
- Dlaczego?
- Bo tak.
- Dlaczego?
- Nie powiem.
- Dlaczego?
- Bo nie.
- Dlaczego?
- Kurde jaka ty jesteś upierdliwa!
- No przecież wiem- Włóczykij uśmiechnęła się szeroko.- No to dlaczego ci krwawią?
Victoria milczała chwilę i patrzyła z niepewnością w oczach na towarzyszkę. Powiedzieć prawdę czy skłamać? Córka Nike wstała powoli z łóżka i zakrywając nagi przód, odkryła plecy, na których ziołowa papka powoli się odrywała.
- Tatuaż?- Zapytała.
- Tak. To przez niego.- Odpowiedziała ubierając z powrotem szlafrok.
Włóczykij zamyśliła się na chwilę i łączyła wątki.  Córka Nike. Nike?.. Nike!
- To odziedziczenie po twojej matce prawda? Albo dar dany w dzieciństwie. Raczej dar.- Z powrotem się zamyśliła.- A może ... bolą cię tak, bo... chcą się wydostać?- Spojrzała swoim przenikliwym wzrokiem na Gloom.
- Być może ...- Odparła z wahaniem.- Możemy porozmawiać o czymś innym? Proszę.
- Yop. Hmmm, to może się lepiej poznamy?
- Czyli podstawowe pytania, tsa? No okej.- Zgodziła się córka Nike.
- No to tak... Ulubiony kolor? Albo kolory.
- Czarny, złoty, czerwony, zielony. A ty?
- Niebieski, szmaragdowy, malachitowy, morski no i słonecznikowy.
- Gdybym nie była kobietą...- Obie się zaśmiały.- Ulubione zwierzę?
- Konie, pegazy, hipokampy, orły, ogółem kocham wszystkie zwierzęta.
- Krowy też?
- Krowy są super! Jeździłam nawet na jednaj. - Uśmiechnęła się kącikiem ust Niebieskowłosa.- A ty Victoria?
- Lubie psy, pegazy... konie.- Zrobiła chwilę ciszy.- Fajny jest wiewiór mojej siostry.
- Haha a no.- Włóczykij usiadła po turecku na łóżku,  nie zwracając na lekkie zawirowania obrazu.- Masz jakieś zainteresowania?
- Pomyślmy... Ubóstwiam jazdę na moim pegazie, uwielbiam walczyć na miecz - Podrapała się po głowie. - I sztylety. Czasami lubie też coś naszkicować, ale tylko zwierzęta.
- Co ty gadasz?! Ja też lubie rysować,  nawet kocham. Portrety najbardziej. - Zrobiła chwilę ciszy i spojrzała na dziewczynę obok, która patrzyła na nią z wyczekiwaniem i iskierkami ciekawości jak i radości w oczach. - Pokochałam jazdę na Venorze, czytanie,  pływanie, walkę na sztylet, strzelanie z łuku. - Nagle zrobiła bardzo niezapokojoną minę.
- Co ci? - Spytała Victoria widząc jej twarz.
Włóczykij poklepała się po kieszeniach i z ogromną ulgą, wyciągnęła z tylnej kieszeni, niebieski kamyk. Uśmiechnęła się i pogładziła kciukiem.
- Co to za kamyk?- Zaciekawiła się towarzyszka.
- To mój łuk. - Widząc jej niedowierzającą minę, dodała.- Kiedyś ze złości cisnęłam nim o ścianę i on rozpadł się na dwie części. I one zaczęły przeistaczać się w łuk i kołczman. Zresztą popatrz.
To mówiąc upuściła lekko kamyk na ziemię, a ten od razu przeistoczył się w pięknie rzeźbiony łuk i dobrze zrobiony kołczman.
- Niesamowite...- Szepnęła jak zauroczona Vic.- A co zrobić by wróciło do...
- Do pierwotnego kształtu?  To.- Podniosła łuk i nacisnęła niebieski, mały guziczek i z powrotem stał się kamień.
- Super. A dlaczego na chwilę zrobiło mi się ciemno przed oczami jak rozbiłas go i tak samo  gdy zrobił się cały?
- Nie wiem.- Westchnęła i schowała kamyk. - Mnie oślepia bardzo jasne światło.
Znów nastała pomiędzy nimi cisza, która została przerwana przez nagłe otwarcie drzwi,w których pojawiła się  na oko dwunastolatka.
- Przepraszam,  czy jest tu kktoś zz...- Nie dokończyła, ponieważ dalszy ciąg jej słów przerwał szloch. Starsze dziewczyny spojrzały dokładniej na nią.
- Na Posejdona! - Włóczykij wstała szybko z łóżka i chwiejąc się podeszła do czarnowłosej i uklękła przed nią.
- Jak to się stało? - Zapytała miękkim głosem, co aż ździwiło Victorie. Córka Nike dopiero teraz spostrzegła,  że ta mała ma całe rozdarte ramie, a w niektórych miejscach głębokie szramy.
- Przewróciłam się ww zzbrojowniii na sprzęt.
- Chodz, połóż się dobrze?- Dwunastolatka pokiwała głową i położyła się na łóżku. Victoria wstała i poszła do drugiego pomieszczenia, sprawdzić czy ktoś tam jest.
- Cameron.- Powiedziała do blondyna.
- Co jest?
- Chodź.
Gdy weszli do Izby, chłopak od razu podbiegł do małej dziewczynki z opatrunkami i ambrozją. Włóczykij zaś podeszła do kranu i przemyła lekko poplamione krwią ręce. Następnie usiadła na swoim łóżku i upiła kilka łyków nektaru.
- No dobra. To ja ide- Oznajmiła.
- Co?! Gdzie niby?- Zapytała zdezorientowana Vic.
- No... do domku. Nie zamierzam dłużej tu siedzieć. Chcesz iść ze mną? Victoria przez chwilę się zawachała, ale ostatecznie skinęła głową, że się zgadza.
Wyszły z budynku i szybkim krokiem, bo takie tempo narzuciła niebieskowłosa, doszły do posejdonowego domku.
Włóczykij od razy rzuciła się w stronę swojego łóżka i przytuliła do miękkiej podusi.
- Raju, stęskniłam się za tym łóżkiem.
- Takie sobie.
- No wiesz ty co?! Uraziłaś je.- Meriel teatralnie otarła łzę z oka, na co Victoria wybuchnęła śmiechem.
- Jesteś dziwna.- Stwierdziła córka Nike.
- No przecież wiem. Od dawna..., ale wiem!- Zrobiła głupią minę,  na co Vic zachichotała.- Gramy w dziesięć pytań?
- E?- Uniosła brew na znak zapytania.
- No zadajemy sobie dziesięć pytań i odpowiadamy na nie szczerze. Kumasz?
- No w miare. To zaczynaj.- Uśmiechnęła się i usiadła na miękkim dywanie.
- Ile miałaś chłopaków?.
- Emm... wcześniej, ale to było dawno, miałam dwóch. No a teraz mam Alexa.- Zamyśliła się na chwilkę.- A może trzech...? No mniejsza. Teraz ja. Jak to się stało, że z Jeffem tak bardzo się zżyłaś?
- No na początku, to trochę sztywno było. Potem do niego zagadałam i od razu poczułam do niego sympatię, zresztą i vice versa. Coraz więcej gadaliśmy... no i mniej więcej powstała pomiędzy nami więź, jaka powstaje między rodzeństwem.
- Rozumiem... Czemu od razu rzuciłaś się tej małolacie na pomoc?
- O tę w Izbie? To Marika, córka Afrodyty, pomogłam jej od razu, ponieważ lekko się przestraszyłam, że może jej się coś poważnego stać.- Włóczykijowi zamglił się na chwilę wzrok, a po krótkiej ciszy zaczęła opowiadać. - Jak miałam sześć lat, poznałam w wakacje Annie. Jakoś tak wyszło, że zostaliśmy przyjaciółkami. Pfff, ale trwało to tylko rok.
- Czemu? - Spytała Vic marszcząc lekko brwi.
- Bo ona była wariatką. Na każdym kroku robiła sobie jakąś krzywde. Ręce,  nogi, brzuch i tak dalej miała bardzo pobliźnione. To przez nią stałam się rzekomo opiekuńcza w stosunku do młodszych- Uniosła prawą część górnej wargi do góry na znak zirytowania i lekkiego smutku.- Zawsze miałam przy sobie bandaż.
- No i co dalej? Mówiłaś, że krótko się...
- No tak, wpadła pod samochód. - Przerwała jej. Gloom zrobiła wielkie oczy na to stwierdzenie i powage jej przyjaciółki. Przyjaciółki? Moge ją tak nazwać? Hmmm... uratowała mnie przed upadkiem dzięki córce Irys... mimo że byłam dla niej czasem zbytnio chłodna, to ona ciągle do mnie gadała... Dziwna jest, nawet z Jeffem i Olafem sie dogada...
- A ty co na to?
- Ja?- Niebieskowłosa uniosła brwi.- Płakałam przez kilka dni, potem mi przeszło. Stałam się otwarta i towarzyska... sama widzisz. Ale tam, przejdźmy do gry. Teraz ja. Czemu byłaś do mnie negatywnie nastawiona, gdt dowiedziałaś się,  że jestem Jego córką? - Mówiąc, to zmierzwiła swoją długą czuprynę. Brązowowłosa przymknęła na chwilę oczy i po chwili rzekła.
- Dlatego właśnie, że zostałaś jego córką. Posejdon! Jeden z największych bogów, władca mórz... ehh... nie lubię tych przechwałek, ale ty jesteś spoko. Na jaki kolor chcesz teraz pofarbować włosy?
- Eee... wiesz mam całą paletę barw, więc ...
- Serio? Całą? - Zaciekawiła się Victoria.
- Dosłownie.- Otworzyła kufer i wyjęła kosmetyczkę na farby. Było tam pełno tubek o różnych kolorach.
- Błękitny. - Rzekła po chwili Meriel, na ci Vicka zachichotała.- No co?
- Haha serio? Nie no spoko.
- A ty?
- Co ja?
- Jaki byś chciała?
- Ale ja naprawdę...
- Cicho, wybierz sobie i idziemy farbować. Później dokończymy grę.
- No to czarny.
Włóczykij uśmiechnęła się i pociągnęła Victorie na zewnątrz.
                            * * *
Dwóch nastolatków siedziało na balkonie oglądając zachód słońca. Blond włosa dziewczyna spojrzała na ciemnoskórego chłopaka. Tym razem przyjrzała mu się dokładniej. Miała nadzieję ujrzeć w Duat pewnego bladego chłopaka, ale niestety ujrzała tylko lekko fioletową mgłę.
- Walt - Szepnęła przerażona.
- Co jest Sadie?- Spojrzał nań zaniepokojony jej miną.
- Nie widzę Anubisa w Duat.
                           * * *
- Co moje oczęta widzą! - Zakrzyknął Gaba podczas kolacji, gdy do stołówki weszły dwie dziewczyny.
- Chyba kogo Gabrielu.- Rzekła Włóczykij poprawiając swoje rozpuszczone, błękitne włosy.
Chłopak zrobił oburzoną minę.
- Nie mów do mnie pełnym imieniem! Jestem Gabuś. Panno Włóczykijówno.- Przytulił przyjacielsko do siebie i posadził oburzoną na kolanach. Victoria widząc to zaśmiała się głośno i usiadła obok Lucy, która także chichotała. A Pizduś głową siedział w misce i jadł płatki. Do pomieszczenia wszedł lekko zaspany Terren. Ale wnet się obudził, gdy zobaczył, że jego dziewczyna siedzi na kolanach brata. Co z tego, że miała innego koloru włosy, ONA siedziała na JEGO kolanach i sie śmiali.
Niczym byk, który ujrzał czerwoną płachtę, ruszył w kierunku stołu numer siedemnaście.  Stanął niepostrzeżenie za parą, przy okazji kiwnął wychodzącemu rodzeństwu Nemezis.
- Gaba puść mnie!- Warknęła zirytowana Włóczykij.
- Najpiejw przeproś, że nazwałaś mnie pełnym imieniem! Nie lubie go...
- Od tygodnia, bo cie tak spławiła jedna od Demeter.- Powiedziała Lucy. Włóczykij zaczęła się przeraźliwie rechotać, co było zaraźliwe. Po chwili przy stole Nike się chichrał.
Terry, który był dalej zagniewany, chrząknął głośno. Jak na zawołanie,  każdy ucichł i odwrócił się w jego strone.
- Terry!- Błękitnowłosa cudem wyrwała się Gabrielowi i rzuciła w objęcia swojego chłopaka. Ten sztywno odwzajemnił uścisk.
- Co ci? - Zaniepokoiła się Włóczykij.
- Możemy pogadać?
- Jasne. Chodź. - Wyszła na zewnątrz i usiadła pod drzewem, ponieważ głowa dawała o sobie znać. But stanął nad nią z zalożonymi rękami.
- Co to było? -Spytał.
- Konkretniej? Bo nie wiem nawet o co ci chodzi.
- O co chodzi? To ja się pytam! Czemu siedziałaś na kolanach Gaby?!
- Sam mnie na nie posadził. - Tym razem to ona podniosła lekko głos.
- "Gaba puść mnie."- Zacytował ją piskliwym głosikiem- Uśmiechałaś się tak jakbyś wcale  nie chciała by cie puszczał!
- Możesz przestać?! Dopiero co wyszłam z Izby Chorych, twoja siostra poprawiła mi humor, a Gaba o wiele bardziej dzięki przekomarzaniu się!  Ale nie! Ty musisz widzieć w tym aspekty zdrady, bo jakże byłoby inaczej?! Czy ja coś takiego robie, gdy widzę ciebię,  kiedy gadasz z jakąś dziewczyną? Nie. A wiesz czemu?- Spokrzała na niego zmrużonymi oczami, które zaczynały się jasno świecić. Włóczykij to poczuła. Dzięki tato.- Bo ci ufam, ty zadufany w sobie człowieku! A brałeś pod uwagę, że to twój brat i on by ci nic takiego nie zrobił?
- No o.. ww sum..- Jąkał się.
- Cóż za elokwencja! Nie ma to jak dopiero teraz błędy dojrzeć, co nie?
Zastanów sie Terren. Cześć.- Odeszła, zostawiając bladego jak ścianę chłopaka.
Postanowiła odwiedzić stajnie.
Gdy doszła do boksu własnego pegaza, nie zastała tam jej.
Dopiero po chwili przypomniała sobie,że nikt nie złapał Nietoperzastej. Wyszła więc ze stajni i poszła na pobliską polane, tuż obok pól truskawek.
- Venora!- Zawołała. Odpowiedziała jej cisza.
- Venka! Nietoperzu! - Nie przestawała wołać.
Po dłuższym czasie zrezygnowana udała się z powrotem do swojego domku była przy domku dziewiętnastym, gdy usłyszała dzwon, który sygnalizuje cisze nocną i tym samym... wypuszczenie harpii.
Nie minęła chwila i ją znalazły, więc puściła się sprintem. Była przy domku Nike, gdy nagle usłyszała, że ktoś ją głośno nawołuje. Przebiegła jeszcze kawałek i dopiero zorientowała się, że to z domku Nemezis wolą ją Jeff. Skręciła ostro w tamtą stronę i schyliła by uniknąć potężnego zadrapania. Teraz goniły ją trzy harpiątka i wszystkie trzy się darły niesamowicie, że Włóczykij miała chęć by przestać biec i się położyć i zatkać uszy przed tym dźwiękiem.
Kilka kroków i skoczyła gwałtownie w otwarte drzwi i wyłożyła się jak długa na podłodze. Młodszy syn Nemezis zamknął szybko drzwi i uciekł za kotarę,zaś starszy podszedł do Włóczykija i podał rękę by wstała.
- Dzięki- Ledwo wysapała i przytuliła się do niego.
- Nie ma sprawy. - Odwzajemnił uścisk i zaprowadził do jednego wolnego łóżka. - Gdzieś ty była? Mogły cię zabić. - Ujrzała w jego jasnych oczach troskę.
- Poszłam szukać Venory.
Pokiwał głową ze zrozumieniem.
- Słyszałem waszą kłótnie.
Na te słowa błękitnowłosa zmarkotniała.
- Możemy o tym nie mówić?  Prosze.
- Spoko. No to... jak głowa?- Uśmiechnął się szeroko widząc, że zachichotała.
- Lepiej... Bywało gorzej Jeffie.- Zamilkli na chwilę. - Ravi czemu sie chowasz?
- Bo...e...api..- Wymamrotał zza parawanu.
- Czego ty tam mamroczesz młody?  - Spytał Jeff.- No wyjdź już.
- To mógłbyś powtórzyć Ravi?- Spojrzała na niego łagodnym wzrokiem.
- No bo ja.. bojeęę się harpi...- Zawstydzony opuścił wzrok. Jeff zachichotał, ale szybko przestał bo Włóczykij dała mu sójkę wbok.
- Nie ma się co wstydzić Ravczi.- Specjalnie urzyła zdrobnienia.- Ja naprzykład boję się robactwa, a szczególnie pająków.
- Serio? -Jeff zrobił głupią minę.
- Serio, serio. Możemy się położyć?
Po kilku minutach wszyscy słodko zasnęli. Niestety nie tyczyło się to Terrego...
                           * * *
- Śmiertelność! A też sobie wymyślił!- Wkurzał się Walt. Sadie ściskała mu pocieszająco rękę. Ona czuła się gorzej od niego. Anubis z nią zerwał.
- Teraz Anput i jeszcze Anubis będą mnie podtrzymywać dzięki jakimś częścią czegoś tam... Sadie? Ej Sadie? Ja tu jestem.
- Powiedział mi na osobności, że to było tylko zauroczenie. ZAUROCZENIE. - Kilka łez popłynęło jej po policzku.
- Sadie nie płacz. Masz mnie moja blondynko.- Pocałował ją krótko w usta.
- Ale ja kocham was obu... ciężko mi b...
- Ciii, nie myśl o tym Sadie. Proszę.
                          * * *
- Ale jej powiedziałeś bracie! - Zaśmiała się radośnie.
- Powiedziałem prawde... nie wiem o co ci chodzi Anput.
- Buahaha! Jej mina! - Naśmiewała się dalej- Oj braciszku, przecież wiesz jak jej nie lubiłam.
- No wiem- Westchnął ciężko i odszedł do swojego pokoju. Rzucił się na łóżko i po paru minutach zasnął śniąc o kimś...
                           * * *
Jeżeli nie będzie tu żednego komentarza, to nie dodamy kolejnego rozdziału.
#Włóczykij.
                      ANUBIS
 







sobota, 7 marca 2015

Miniaturka ~ Szakale cz. 5


   Następnego dnia Anput wraz z Anubisem udała się do Niebios, gdzie Set stał przy tronie na którym zasiadał Ra w sądzie bogów, lecz dziś nie było boga i nie będzie przez dwa tygodnie
 - Ojcze - powitała go z uśmiechem jego córka.
 - Co cię tu sprowadza Anput? - zapytał i spojrzał na Anubisa.  - Kto to?
 Potaknęła kiwnięciem głowy.
 - Jestem Anpu* - przedstawił się szakal. - Wraz z Anput wybudowałem świątynię w Mieście Psów*.
Set podniósł w zdziwieniu brwi i lekko zesztywniał.
 - Kim są twoi rodzice, Anpu? - zapytał Set marszcząc czoło.
 - Nie znam swoich rodziców, wychowywała mnie Pani Izyda wraz z mężem - odparł ciemnooki młodzieniec.
 Więc tak to uknuła moja zdradziecka żona, pomyślał Set. Oddać naszego syna swojej siostrze... 
 - Rozumiem - mruknął Pan Chaosu. - Co was tu sprowadza, bo na pewno nie odwiedziny. Jeśli chodzi o Ra, to musiał pilnie wyjść i wróci za kwadrans.
 - Przyszliśmy do ciebie, tato - powiedziała.
 - Ach, pewnie chodzi o małżeństwo? Szukałem na wzór twoich upodobać i jako, że ubóstwiasz kwiat lotosu wybrałem Nefertuma. Powiedział, że przemyśli. Powinien ci odpowiadać.
 - Bóg kwiatów i perfum? - jęknęła i spojrzała na Anubisa. - Ojcze, nie chcę Nefertuma - powiedziała znów patrząc na Set'a.
 Ów bóg lotosu stał pod jedną z kolumn opierając się o nią plecami, a obok niego stał jego brat Maahes, który zdążył odzyskać wzrok.
 Nefertum westchnął.
 - Szkoda - powiedział cicho. - Byłbym dobrym mężem... i miałabyś darmowe próbki perfum...
 - Nie pragnę takiego życia, dlatego tu jesteśmy - powiedziała dziewczyna, a Anubis podszedł do Set'a. Anubis ukląkł na jedno kolano.
 - Secie, Boże Pustyń, Chaosu i Górnego Egiptu, proszę cię, byś oddał mi Anput. Pragnę, by była moją żoną*.
 Set'a zamurowało, a w boskiej sali tronowej zapadła grobowa cisza. Anput wyglądała na pewną siebie i ze spokojem stała kilka metrów od ojca, lecz w środku była kłębkiem nerwów.
 Czyżby Anput, moja kochana córeczka, która brzydzi się małżeństwem między rodzeństwem nie miała pojęcia, że on jest jej bratem? Szykuje się całkiem ciekawie... 
 - Dobrze - powiedział w końcu, a Anput prawie zemdlała.
Nie spodziewała się tego po ojcu.
 - Dziękuję - powiedział z ulgą Anubis i podszedł do swojej przyszłej żony.
 Set odchrząknął.
 - Macie ustalony termin? - zapytał.
 - Jeszcze nie - odparli równocześnie.
  Set westchnął.
 - Tylko nie grzeszcie przed ślubem - mruknął obojętnym tonem.
Zniknęli w czarnej mgle i znów byli w swojej świątyni.
 Anput ''rzuciła się'' ukochanemu na szyję.
 - Tak się cieszę, że się zgodził - powiedziała.
 - Ja też - odparł z lekkim uśmiechem.
 Objął dziewczynę w tali i spojrzał jej w oczy. Intensywnie niebieskie tęczówki, które hipnotyzowały go za każdym razem, kiedy się w nie wpatrywał.
  Pocałował dziewczynę w czoło.
 - Powinieneś wrócić do studiowania księgi umarłych - zauważyła.
 - Tak - mruknął i wszedł na piętro sanktuarium.
Skierował swe kroki do biblioteki, a ona wyszła przed świątynię.
 Mira, jej sześcioletnia sunia charta, siedziała pod posągiem psa. Anput podeszła do niej i przytuliła swoją przyjaciółkę.
 - Długo się nie widziałyśmy - powiedziała Mira.
 - Trzy miesiące - westchnęła Anput. - Gdzieś ty była?
 - Nie wiem jak ci powiedzieć, więc ci pokażę- szczeknęła.
Anput kiwnęła głową i ruszyła za swoją przyjaciółką.
 Dwa lata temu za sanktuarium, Anput rozkazała robotnikom zbudować małą rezydencję dla Miry. Buda wyglądała jak miniaturowa świątynia. Mira właśnie tam zaprowadziła szakalicę.
 Anput dostrzegła brązowego Psa Faraona*.
 - To mój partner - wyjaśniła suczka.
 Dziewczyna podeszła do samca i uklękła na przeciw niego. Pies ukłonił się.
 - Bogini Anput - usłyszała w głowie ciepły głos zwierzęcia. - Patronko pogrzebów i opiekunko psów, cieszę się, że mogę cię poznać. Jestem Soris, dawny kompan... a raczej jeden z kompanów pana Ozyrysa.
 - Miło mi cię poznać Soris - odparła bogini. - Miro, opowiedz mi wszystko.
 - Trzy miesiące temu spotkałam Soris'a nad Nilem przy siedzibie ludzkiego władcy. Rodzina królewska zajęła się mną. No i tak jakoś wyszło, że dwa miesiące potem urodziłam szczenięta... gdy ukończyły miesiąc wróciłam do ciebie, Pani. Nie mogłam znieść rozłąki. Tęskniłam,
 - Ja też, Miro - przytuliła sunię, a z budy wyszły trzy miesięczne szczenięta. Chwiały się na krótkich łapkach, a jedno z nich potknęło się wychodząc. Była ich czwórka.
 - To są nasze córki i syn - szczeknął Soris.
Suczki były białe jak ojciec, zaś samczyk beżowy jak Mira.
 - Ka, Nix, Abri - przedstawiła córki.
 - Skorpion - Soris wskazał pyskiem syna.

 - Neftydo, tęskniłaś?! - zawołał Set otwierając na oścież drzwi sanktuarium świątyni żony.
Bogini zmaterializowała się przy swoim ołtarzu.
 - Czego chcesz? - zapytała sucho.
 - Kilka lat temu powiedziałaś, że poszłaś nakarmić krokodyle naszym synem, a dziś się dowiedziałem, że oddałaś go siostrze - warknął.
 - J-ja-jak? - zająknęła się.
 Set zrobił kilka kroków w jej stronę z nonszalancją.
 - Wyobraź sobie, że on i Anput wybudowali sobie świątynię - zaczął. - A dziś przyszli do mnie prosząc o zgodę na małżeństwo.
 Neftyda upadła na kolana.
 - Błagam, powiedz, że go nie zabiłeś.
 - Nic z tych rzeczy. Zgodziłem się - wyszczerzył zęby w wrednym uśmiechu. - Wiesz, oni nie wiedzą, że są rodzeństwem... i ma tak zostać, rozumiesz? - jego ton był poważny. - Oni nie mogą się dowiedzieć.
 - Tak... - szepnęła.
Set zniknął w wirze czerwonego piasku i pojawił się przed świątynią swojej córki... i syna. Był wieczór. Bez pukania wszedł do środka. Kilka świec oświetlało pomieszczenie. Na przeciwko drzwi, w odległości od Seta o kilka metrów stał ołtarz, a na nim dwoje szakalogłowych bogów. Mężczyzna i kobieta. Obok, pod ścianą kapłani na stole pozostawili misy z owocami. Set zagwizdał z podziwem. Sanktuarium było po prostu boskie. Ktoś odchrząknął po jego prawej stronie. Spojrzał w tamtym kierunku i napotkał spojrzenie kobiety o czarnych włosach, bladej cerze i niebieskich oczach. Miała na sobie czarną suknię, a w dłoni trzymała kiść winogron. Opierała się plecami o ścianę.
 - Co cię tu sprowadza ojcze? - zapytała Anput.
 - Gdzie Anubis?
 - W bibliotece od rana, co od niego chcesz?
 - Nic. Musimy pogadać.
 - Mów - poleciła.
 - Pamiętasz co mi obiecałaś?
 - Trumnę dla króla - uśmiechnęła się. Podeszła do stołu i odłożyła winogrona. - Jest gotowa - oznajmiła. - Wczoraj ją ukończyłam. Sarkofag godny Boskiego Władcy - zaśmiała się cicho, gorzko i podeszła do ściany po lewej stronie Set'a. Wcisnęła jeden z obrazków naściennych przedstawiający Ankh. W ścianie pojawiło się przejście, przez które wypłynęła niesiona przez mrok trumna. Sarkofag był ze złota ozdobiony klejnotami.
 - Idealna - szepnął Set.
Dziura w ścianie zniknęła. Anput podeszła do sarkofagu. Pod jej dotykiem wieko podniosło się.
 - Tylko ja mogę to otworzyć - powiedziała. - Nikt inny nie da rady.
 - Świetna robota córko. Zabiorę sarkofag i ogłoszę w świecie bogów, że wyprawiam przyjęcie na cześć mojego kochanego braciszka - ostatnie dwa słowa wypowiedział w obrzydzeniem.
Zniknął w wirze czerwonego piasku wraz z trumną, a Anput odetchnęła z ulgą i poszła do swojego pokoju, a Anubis po chwili z biblioteki wrócił do swojej sypialni.

Żona będzie go poszukiwać
Wskrzesi go wraz z szakalami
On na wieki będzie panować
Królestwem zwanym zaświatami

 Nad ranem zbudziło ją wchodzące słońce. Otworzyła senne oczy i stwierdziwszy, że nie ma sił wstać, przymknęła powieki. Godzinę potem do jej pokoju wszedł Anubis.
 - Wstawaj - powiedział pochylając się nad nią. Zdjął jej z głowy cienkie prześcieradło.
Spojrzała na niego i usiadła na łóżku. Przetarła oczy i przeczesała palcami włosy. Ziewnęła i wstała. Chciała iść do łazienki, ale Anubis złapał ją w tali.
 - Zapomniałaś o czymś.
 - Ach no tak. Witaj Anubisie - wymamrotała.
 Uśmiechnął się do niej.
 - Nie o to mi chodziło - dotknął nosem jej nosa.
Złączyli swoje wargi, ale po ułamku sekundy odkleiła się od niego i poszła do toalety.
Zdjęła nocną koszulę i zaczęła się myć. Wyszła w świeżej sukni rozczesując włosy i zajęła się swoimi obowiązkami Bogini Śmierci.

Dwa tygodnie później, w południe, Anput siedziała przy swojej toaletce. Rozczesała swoje czarne włosy i zabrała się za robienie makijażu. Czarną kreską podkreśliła oczy, a usta na siną barwę. Założyła białą suknię z wyciętym dekoltem i plecami. Ramiączka były cienkie. Na jej tali spoczął złoty pas. Założyła złoto niebieskie bransolety. Po jednej na ramię i nadgarstek . Na szyi zawiesiła naszyjnik - złoty łańcuszek z błękitną zawieszką w kształcie lotosu. Wyszła ze swojego pokoju. Anubis już na nią czekał w salonie. Miał złoto białą przepaskę na biodrach. Złote bransolety na ramionach i błękitną tunikę z płytek, wyglądających jak rybie łuski, jak u zbroi.
 Chłopak uśmiechnął się do niej.
 - Wyglądasz jak trup - powiedział, a ona zarumieniła się z komplementu.
 - A ty jakbyś był jedną nogą w zaświatach.
 - Schlebiasz mi, Anput - objął ją w tali.
Otoczył ich mrok, a kiedy ustąpił szakali bogowie byli w bogato zdobionym pawilonie pałacu.
Kręcili się tam różni bogowie. Set stał po środku, kazał wszystkim zasiąść do stołu, a bogowie to zrobili. Przy jednym z dwóch stołów siedział Ozyrys ze swoją małżonką. Set jako gospodarz obok nich wraz z Neftydą. Przy tym stole zasiadali najważniejsi bogowie: Thot Chnum, Ptah, Bes, Sobek, Amon, Hathor, Sechmet, Tauret, Szu, Hapi, Anubis i Anput. Reszta zaproszonych bogów przy drugim stole.
Po krótkim poczęstunku i toaście Set wstał i kazał przynieść sarkofag*. Kiedy służebne świetlne kulki to uczyniły i trumna została ustawiona przed pierwszym stołem, bóg chaosu podszedł do niej i oznajmił:
 - Ten sarkofag dostanie ten, kto będzie do niej idealnie pasował. Kto chce spróbować.
Bogowie zaczęli między sobą szeptać. Hapi zgłosił się na ochotnika, lecz sarkofag był dla niego za mały. Dzięki zaklęciom Anput trumna będzie pasować tylko i wyłącznie na Faraona, więc dla Ptah'a okazała się za duża, tak samo dla Selkit i Sechmet. Dal Nefertuma i jego brata za szeroka, dla Tauret za wąska. Karzeł, Bes nawet nie próbował, tak samo byk Apis.
 - No cóż, troszkę się zawiodłem - powiedział Set. - Może ty, mój bracie spróbujesz?
 Ozyrys wstał z miejsca z uśmiechem na ustach. Podszedł do trumny i wszedł. Pasowała doskonale. Set zatrzasnął sarkofag, a Izyda wstała i podbiegła do męża zamkniętego w grobowej skrzyni.
 Anubis i Anput poczuli aurę śmierci.
 - Coś ty zrobił! - krzyknęła próbując otworzyć wieko siłą, a potem magią.
Anput patrzyła z zainteresowaniem jak bogini marnuje swoją magię. Set zaczął się śmiać po czym wezwał siły chaosu i wrzucił trumnę do Nilu, a na pawilon zarzucił zaklęcie, by nikt nie mógł z niego wyjść przez najbliższa noc. Anput przez ten czas siedziała z kieliszkiem wina na swoim miejscu i zachowała stoicki spokój tak jak wspólnicy Set'a podczas gdy reszta bogów próbowała się jakoś wydostać. Set zniknął  Bogowie szaleli, uspokoili się po kilku godzinach. Do tego czasu szakala bogini zdążyła się już znudzić przyjęciem. Wraz z kilkoma sprzymierzeńcami Set'a po prostu przeszła przez barierę nie robiąc sobie krzywdy.
 - Jak to możliwe? - zdziwiła się Izyda, chciała za nią pobiec, ale kiedy dotknęła bariery poparzyła się bardzo boleśnie. - Anput wytłumacz to!
 Szakala bogini odwróciła się w jej stronę.
 - Och, to bardzo proste... wyszłam bo nie zamierzam ratować Ozyrysa.
 - Ty podły kundu! - syknęła nie zdając sobie sprawy z tego, że stoi przy niej Anubis.
Z jego gardła wydobył się cichy warkot w stronę Izydy, po czy spojrzał na swoją narzeczoną po drugiej stronie bariery.
 - Anu, nie chciej ratować Ozyrysa - powiedziała prosząco i wyciągnęła ku niemu dłoń. - Nie chcę cię tu zostawiać.
 - Jak możesz mówić o nie ratunku dla mojego męża! - oburzyła się Izyda.
Reszta bogów patrzyła z zainteresowaniem.
 -  To jest bez sensowne. Każdy kto zostanie zamknięty w tej skrzyni od razu umiera - powiedziała grobowym głosem. - Dla Ozyrysa nie ma ratunku.
 - Więc po co tu ta bariera?
 - Na wszelki wypadek... w ciągu dwóch dni, trumna będzie już daleko z tond. Mój tata postara się o to byś nie mogła wskrzesić męża. Anubisie, wrócisz ze mną do świątyni?
Chciał złapać jej dłoń, lecz nie mógł.
 - Jesteś zdrajczynią Anput - oznajmiła Izyda.
 - Dlatego, że nie zamierzam ratować twojego męża? - zapytała. - Doprawdy, jesteś egoistką - odwróciła się do niej plecami i przeniosła się do swojej świątyni, gdzie czekał na nią Set.
 Uśmiechnął się na widok córki.
 - Świetna robota! - powiedział siedząc w salonie z kieliszkiem wina w ręku. - Dzięki tobie jestem Faraonem!
 - Tylko zrobiłam trumnę - zmarszczyła brwi.
 - Dokładnie! - jego uśmiech się poszerzył. - Ty ją zrobiłaś i nałożyłaś na nią klątwę! Zabiłaś go!
 - Ale... to ty zatrzasnąłeś wieko trumny - zrobiło się jej słabo.
 - Tak, ale to twoja klątwa. Moja mała mordercza córeczka! Nie przejmuj się. Zwalam na siebie całą winę i ogłaszam iż to ja jestem odpowiedzialny za jego śmierć - zaczął się śmieć po czym zniknął.
Anput zemdlała.
 Obudziła się leżąc na podłodze salonu. Był ranek. Wstała i jakieś męskie ręce objęły ją w tali. Odwróciła się i zobaczyła Anubisa. Przytuliła go.
 - Co robiłaś na podłodze? - zapytał.
 - Gdy wróciłam do domu zemdlałam.
 - Ale w ciąży nie jesteś?
 - Jestem dziewicą - mruknęła. - Jak miałabym być w ciąży?
 - Nie wiem - przytulił ją mocniej. - Jestem zmęczony - szepnął i zasnął z głową na jej ramieniu.
Anput podtrzymała go i jakoś udało się jej położyć go na kanapie.


 Dwa tygodnie później w Byblos Izyda odnalazła trumnę. Wyciągnęła ją na brzeg i dokładnie zbadała mając nadzieję, że znajdzie przycisk otwierający ją. Zamiast tego znalazła na podstawie mały znak szakala. Jej krew zabulgotała.
 Przeniosła siebie i trumnę na brzeg Nilu w pobliżu świątyni szakali i ukryła ją w krzakach. Będąc już w sanktuarium spotkała Anubisa.
 - Musisz mi pomóc! - powiedziała. - Znalazłam jego ciało!
Anubis spojrzał na nią jak na wariatkę, ale po chwili wyszedł za nią ze świątyni. Anput za nimi.
Bogini o tęczowych skrzydłach wyciągnęła sarkofag z zarośli.
 - Otwórz ją - poprosiła.
 - Czemu ja? - zapytał.
 - Na trumnie jest twój znak - wskazała na dolną cześć sarkofagu.
 - Mój symbol jest inny, ale bardzo podobny - powiedział.
 - To mój znaczek - mruknęła Anput. - Ja zrobiłam tę trumnę... po co chcesz ją otwierać? Jest tam coś cennego?
Izyda miała wielką ochotę zamordować brutalnie dziewczynę.
 - Tak. Jest tam mój mąż.
 - jego zwłoki - poprawiła ją Anput. - Przesiąknięte wodą, wystawione na słońce za dnia i mróz w nocy... ja bym tego nie otwierała...
 - Otwórz - rozkazała Izyda.
 - Nie.
 - Anubis!
Szakal spojrzał na swoją narzeczoną.
 - Anput, proszę - ujął jej dłoń i złożył na niej pocałunek.
 - Dobrze - westchnęła i podeszła do sarkofagu.
Wokół palców dziewczyny pojawiła się czarna mgła, kiedy dotknęła wieko. Sarkofag sam się otworzył, a fetor był nie do zniesienia.
 Po co nakładałam zaklęcie rozkładu? pomyślała.
 Niebieskozielone ciało jako tako nie było tak bardzo naruszone, ale woda, wysokie i bardzo niskie temperatury zrobiły swoje.
 Anput starała się nie zwymiotować, kiedy Izyda się rozpłakała widząc stan swego ukochanego.
 Anubis wziął swoją partnerkę za rękę i zmienili się w szakale po czym wrócili do świątyni. Mieli tylko otworzyć trumnę.
  Kiedy oni wracali do świątyni, przy Izydzie, której udało się odnowić ciało Ozyrysa, pojawił się Set.
 - No proszę - mruknął. - Nie sądziłem, że ci się uda. I ciało przywróciłaś do normy... jednak bez moich dzieci go nie wskrzesisz. A jak widzisz nie ma ich tu... - Set za pomocą swojej magi poćwiartował ciało brata na kawałki i rozrzucił je we wszystkie strony świata.

 Miesiąc zajęły Izydzie poszukiwania. Kierowana miłością do męża znalazła wszystkie jego fragmenty, które zaniosła do świątyni szakali.
 Anubis pomógł jej złożyć wszystkie kawałki w ciało i zabalsamował je po czym zmumifikował od stóp po szyję. Anput pomogła im. Przyłożyła nóż do jego ust, oczu, uszu, nosa... odprawiając rytuał ''Otwarcia Ust''  Kiedy przywrócili go do życia ciało zniknęło.
 - Co jest! - krzyknęła Izyda.
 - Umarli nie mogą powrócić do życia. Ozyrys trafił do Duat.
 - I co ja mam teraz zrobić? - zapytała żałośnie.
 - Już zrobiłaś swoje - mruknęła dziewczyna. - Teraz czas na mnie i Anubisa - powiedziała.
 - Hę? - spojrzał na nią.
 - Myślę, że wiem, gdzie jest Ozyrys, ale nie będziemy mogli go sprowadzić - dodała widząc minę Izydy, która po chwili wybiegła ze świątyni. Anubis i Anput przenieśli się do Duat.
 Pojawili się przed pałacem z czarnego kamienia.
 - Odkryłam to miejsce kilka lat temu, ale nie miałam pojęcia jak się do niego dostać - powiedziała.
 Zauważyli Ozyrysa z insygniami królewskimi stojącego przed otwartymi drzwiami.
 - Witajcie w domu, moje szakale - uśmiechnął się do nich, a oni spojrzeli po sobie. - Chodźcie - zaprowadził ich do Sali Sądu, gdzie zasiadł na tronie.
 - Teraz to ma sens - powiedziała Anput i zarecytowała:

Umarły zasiądzie na tronie
Ten co przez brata oszukany
Złożony w trumnie zostanie
Przez wody Nilu pochwycony

 Żona będzie go poszukiwać
Wskrzesi go wraz z szakalami
On na wieki będzie panować
Królestwem zwanym zaświatami

Ozyrys posłał jej uśmiech.
 - Tak. Rzeczywiście tak się stało. Witajcie w moim królestwie - powiedział.


~ Zakrwawiony Kapturek


Anubis by Silverfox5213.deviantart.com on @deviantARTLil Anubis


*
-Anpu - Egipskie imię Anubis'a. Używam Anubis w miniaturkach, by było jasne kto to jest. Jednak imię pierwotnie pisane było Inpu/Anpu.
-Miasto Psów - Kynopolis. Miasto w którym czczono Anubisa.
- Anput i Anubis byli małżeństwem. Dziś nie mówi się o szakalogłowej bogini, dlatego, że nie jest tak znana jak Anubis. Nie ma również nic w Egiptologiach, tylko urywki.
 -Pies Faraona - Rasa psa. Zdj:


- Według niektórych źródeł nie był to sarkofag, lecz skrzynia

niedziela, 1 marca 2015

Miniaturka ~Szakale cz. 4


  Anput siedziała na piasku świątyni, gdzie ludzie zakopywali ciała swoich bliskich. Trzy dni wcześniej Bastet opuściła ten świat, ale nie to było główną przyczyną jej rozmyślań. Nieprzerwanie od tamtego zdarzenia siedziała na cmentarnej pustyni. Ra wezwał ją do siebie jak tylko Bastet opuściła świątynię i podzielił się z nią swoimi obawami odnośnie dusz błąkających się po świecie żywych.
 Dziewczyna jęknęła łapiąc się za głowę nie mogąc nic wymyślić. Wstała i rozejrzała się. Był środek nocy. Dusze zebrały się w okół niej.
 - Chciałabym wiedzieć jak wam pomóc - powiedziała i wpadła na pewien pomysł. - Mogę wysłać was do Duat - jak powiedziała tak zrobiła.
Dusze zaczęły się rozglądać i po chwili obok nich przepłynęła Słoneczna Barka.
 -Ra! - zawołała Anput i zaczęła biec.
 - Czemu ich tu przeniosłaś? - zapytał.
 - Nie wiem... podświadomość mi kazała -wyznała. - Czuję gdzieś w pobliżu dziwną aurę, dusze też ją czują.
 - Rozumiem - oparł się wygodniej o tron. - To moja ostatnia podróż tą łodzią - powiedział jakby do siebie.
Anput zmieniła się w szakala.
 - Anput, chodź tu - nakazał, a ona wskoczyła na łódź.
 Skłoniła się przed Ra po czym wstała w ludzkiej formie.
 - Dotrzymaj mi towarzystwa skoro tu jesteś - powiedział.
 - Dobrze, panie - odparła i spojrzała na dziób łodzi. Stał tam Set.
 - Co tu robisz tato?
 - Ostatnie dni w pracy.
Podeszła do ojca w chwili, kiedy z wody wynurzył się jakiś stwór. Miał lwią głowę, tors zaś ludzki, tylko, że skóra była niebieska.
 - Jam jest Połykacz Dusz, nazwij mnie, a pozwolę ci płynąć dalej - oznajmił.
 - Te stwory już mnie irytują - mruknął Set i spojrzał na córkę. - Nadaj mu jakieś imię.
 - Nazywam cię Pierdołą, a teraz zejdź nam z drogi - powiedziała Anput dodając nowe słowo do słownika ludzkości.
 - Od dziś jam jest Pierdoła - lew wypiął dumnie klatę do przodu i zanurzył się pod wodę.
Set zrobił facepalm, a Anput uśmiechnęła się do niego.
 - Jesteś niemożliwa - powiedział.
 - Oczywiście tatku - odparła słodkim głosem.
 - Zaraz przekroczymy kolejną bramę nocy - mruknął.
Gdy tak się stało Anput zauważyła w oddali migoczący budynek.
 - Co to? - zapytała.
 - Jakaś ruina - mruknął Set.
Anput wyskoczyła z łodzi zmieniając się w szakala.
 - Co ty robisz? - zapytał Set.
 - To jest to... - szepnęła i zaczęła biec w stronę budynku.
Biegła przez chwilę po czym zatrzymała się przed czymś co wyglądało jak świątynia z czarnego kamienia. Wspięła się powoli po schodach i zmieniła się w człowieka. Dotknęła drzwi i spróbowała je otworzyć.
 - Zamknięte - mruknęła pod nosem. - Świątynia bez Boga - westchnęła i usłyszała w głowie szept:

Umarły zasiądzie na tronie
Ten co przez brata oszukany
Złożony w trumnie zostanie
Przez wody Nilu pochwycony

Głos cichł w jej głowie z każdym słowem. 
 - Umarły zasiądzie na tronie - powtórzyła. - Nie ma to sensu.
Zamknęła oczy i przeniosła się do świata ludzi. Była na tym samym cmentarzu. Sama. Westchnęła idąc powoli w kierunku świątyni swojej matki.
 Będąc tam padła na swoje legowisko z poduszek w swoim pokoju i zasnęła. Rano obudziła się głodna. Co się dziwić. Kilka dni nic nie jadła.
 Poszła do sanktuarium świątyni, gdzie zastała stół zakryty misami z owocami, niedaleko stali Arcykapłan odprawiał modły. Kiedy nie patrzył Anput wzięła potajemnie miskę z winogronami i bułkę w kształcie stożka po czym schowała się za kotarą. Zaczęła skubać pieczywo wsłuchując się w melodyjny głos mężczyzny. Potem wzięła się za winogrona. Pustą miskę odłożyła z powrotem na stół. Zauważyła jak Arcykapłan rozbiera posąg jej matki z szat, po czym myje go, wyciera i zakłada świeże ubranie. Anput wróciła na piętro, gdzie jej matka siedziała na kanapie w tej samej sukni, którą kapłan zakładał posągowi.
 - Już wstałaś? - zdziwiła się kobieta.
 - Jak widzisz mamo - odparła.
 - Czemu chodzisz jeszcze po domu w swojej nocnej szacie? 
 - Zaraz pójdę się przebrać - mruknęła i skierowała się w stronę łazienki. Wzięła kąpiel dokładnie usuwając piasek z włosów i muł z pod paznokci.
Wyszła z wody i wytarła się, po czym założyła świeżą czarną suknię. Szata była na dwóch ramiączkach i odsłaniała jej ramiona. Zarzuciła na siebie jedwabną czarną chustę i zakryła nią barki.
Podeszła do lustra. Rozczesała włosy, które szybko wyschły. Zostawiła je rozpuszczone i wybiegła z sanktuarium. Drogą na skróty, przez otwór w murze wydostała się ze świątyni. Biegła w stronę innej świątyni. Boso przez wysoką trawę, potem przez muł i piasek.
Dotarła na miejsce po kwadransie.
 - Chyba jednak załatwię se wierzchowca - powiedziała do siebie stojąc przed świątynią Thota.
 Minęła Obeliski, Pylony, Salę kolumnową i po chwili wkroczyła do sanktuarium.
 - Thocie! - zawołała, a Arcykapłan odprawiający modły wstał i chwycił swoją laskę. 
Spojrzała na mężczyznę.
 - Dzień dobry - mruknęła. - Czy Thot już wstał? Jak nie to niech się pośpieszy, muszę z nim pomówić - powiedziała.
 - Kim ty jesteś? - zapytał.
 - Nie kojarzysz mnie? - zdziwiła się i jej głowa stała się szakala.
 Mężczyzna padł na twarz.
 - Proszę o wybaczenie o Pani Śmierci, Anput - powiedział kapłan. - Pozwól, że dokończę modły!
 - Jasne - odparła i oparła się o framugę drzwi, a mężczyzna wrócił od modłów, po czym przeszedł do części budzenia Thota.
Anput wyczuła charakterystyczną aurę boga i odwróciła głowę, by nie patrzeć jak kapłan rozbiera i myje posąg boga, po czym zakłada świeżą szatę.
Wyszedł zostawiwszy jedzenie na stole i po chwili pojawił się Thot. Wziął daktyla z miski i gdy się w niego wgryzł zauważył boginię.
 - Och... em... Anput - posłał jej uśmiech. - Co słychać?
 - Mam sprawę - powiedziała.
 - Nie możesz znaleźć męża? Co jak co, ale ja doradzam najlepiej...
 - Nie szukam partnera. Chyba wiem co powinni robić ludzie, kiedy ktoś umrze.
 - Opowiedz mi o tym.
 Dziewczyna uczyniła to. Thot kiwnął głową.
 - Że też sam tego nie wymyśliłem - westchnął. 
 - Pomożesz mi?
 - Oczywiście.
W ciągu tygodnia nauczyli rodzaj ludzki jak odprawiać pogrzeby. Najpierw Thot wraz z Anput z Teorii, ale po tym musiała nadejść praktyka. Bogini śmierci westchnęła. ma jeszcze przed sobą mnóstwo pracy. Siedząc w swoim pokoju szkicowała na papirusie kawałkiem węgielka.
 - Anput, córko? - usłyszała głos Set'a.
 - Tak ojcze? 
 - Musisz mi przy czymś pomóc.
 - Przy czym?
Set wszedł do pokoju córki.
 - Urządzam przyjęcie ku czci mego brata - powiedział.
 - Nienawidzisz go - zauważyła dziewczyna.
 Set uśmiechnął się wrednie.
 - Właśnie dlatego córeczko. Zamierzam go zabić podczas przyjęcia - powiedział cicho.
Dziewczyna uchyliła usta w zdziwieniu.
 - Pomogę ci ojcze - oznajmiła. 
 - Świetnie - ucieszył się. - Hym... co tam rysujesz?
 - Uczę ludzi wyprawiać pogrzeby - powiedziała. - Trzeba w czymś chować ludzi... to jest sarkofag, zostanie wraz z ciałem złożony w grobowcu - powiedziała.
 - To jest to! Zamknę go w sarkofagu. Anput, jak długo potrwa zanim nauczysz ludzi tworzyć trumny?
 - Kilka lat wyznała.
 - Poczekam - odparł.
 -Gdzie jest teraz Ra?
 - W niebie, zasiada w boskim trybunale - westchnął.
 - Rozumiem.
Set posłał córce słaby uśmiech i zmienił temat.
 - Masz już kogoś na oku? W sensie... kandydata na męża?
 - Nie, ojcze - wyznała.
 - Niedobrze - westchnął. - Jeśli nie znajdziesz męża inni bogowie będą się do ciebie przystawiać. Gdybyś miała brata już dawno byłabyś jego żoną... - powiedział Set. - Nie wybaczę tego Neftydzie... - szepnął do siebie.
Anput wzdrygnęła się.
 - Jak można poślubić rodzeństwo - wstała. - Fuj.
 - Nie rozumiem cię - powiedział Set, ale dziewczyna nie usłyszała go, bo wybiegła ze świątyni. 
Słońce chyliło się ku zachodowi. Anput przedzierała się przez zarośla.
 Anubis w tym czasie kierował się w stronę brzegu Nilu. Właśnie ukończył kolejny etap nauki u Ozyrysa. Rozmyślał o swojej przyjaciółce, która już znalazła sposób jak grzebać ludzi. Po drodze spotkał Mirę, psa Anput, która właśnie zabijała węża.
 - Witaj Anubisie - zaszczekała.
 - Hej - mruknął.
 - Coś się stało?
 - Nie... nic. Nie przeszkadzaj sobie - minął ją i wszedł w wysoką trawę. Dotarł na brzegi Nilu, gdzie na piasku siedziała jakaś dziewczyna.
 - Anput! - zawołał i podbiegł do niej.
 -Anubis? - uśmiechnęła się widząc przyjaciela.
 Usiadł obok niej. Słońce stykało się z linią horyzontu.
 - Słyszałem o twoich osiągach - zaczął niepewnie temat.
 - Pomóż mi - spojrzała na niego. - Ludzie muszą się nauczyć jak odprawiać pogrzeby, by wysłać ba do Duat, ale ja... sama nie mogę nauczyć ich praktyki. Potrzebuję kapłanów i kogoś do pomocy.
 - Z chęcią ci pomogę...
Przytuliła go.
-Dziękuję - szepnęła.

 Następnego dnia spotkali się o wschodzie słońca w mieście Kynopolis. Anput była tam pierwsza, u jej boku było kilkudziesięciu robotników i architekt. Anubis pojawił się o godzinę spóźniony z większą ilością siły roboczej i kilkudziesięciu niewolników.
 - Myślałam, że zapomniałeś - mruknęła.
 - A jednak jestem - uśmiechnął się zalotnie, a ona przewróciła oczami.
 - Ahmedzie? Masz projekt świątyni? - Anput zwróciła się do swojego architekta.
- Tak Pani - odparł. - Jeśli mogę zapytać to dla kogo ta świątynia?
 - Dla bogów śmierci - odparł Anubis.
 - A wy to kapłani? - zapytał jeden z budowniczych.
 - Tak - skłamali jednocześnie.
 - Nie jesteście za młodzi? - dopytał architekt.
 - Pochlebiasz mi - powiedziała Anput. - Jednak mamy odpowiedni wiek do bycia kapłanami.
 -Rozumiem, w taki razie powinniśmy już zacząć - oznajmi Architekt.
Anput usiadła na bloku kamiennym obok Anubisa i patrzyła jak robotnicy biorą się do pracy. Niektórzy pojechali rozłupywać skałę inni zaczęli przygotowywać grunt.
 - Będziemy mieć własną świątynię, to chyba dobry początek, co nie? - zwróciła się do Anubisa.
 - Doskonały - uśmiechnął się.
 Do wieczora siedzieli nadzorując wszystko. Robotnicy przygotowali podłoże i wykonali około trzystu małych kamiennych bloków. Kiedy Architekt i robotnicy rozłożyli swoje szałasy zapadli w sen. Niewolnicy spali na ziemi ze związani na wszelki wypadek nogami i rękoma.
Anubis i Anput obeszli cały teren po czym wrócili na blok kamienny, który robił na ich ławkę.
 - Jesteś zmęczona? - zapytał Anubis dziewczyną.
 - Nie - odparła i oparła głowę o jego ramię.
 - Masz już męża?
 - Zamęczycie mnie tymi pytaniami - mruknęła. - Nie, nie mam. Ojciec powiedział, że wydałby mnie za brata, którego nie mam. Brzydzą mnie związki pomiędzy rodziną... no wiesz, że rodzeństwo łączy się ze sobą - dziewczyna wzdrygnęła się. - Albo kuzynami. Fuj. Nie mówiąc o związkach ojciec z córką, syn z matką.
 - Nie rozumiem, co cię obrzydza? To przecież naturalne, że rodzeństwo bierze ślub.
- Brzydzi mnie to - mruknęła.
Posłał jej słaby uśmiech.
 - My nie jesteśmy rodzeństwem...
Podniosła  brwi w zdziwieniu.
 - Nie znasz swoich rodziców...
 - Dlatego nie ma dowodu na to, że jesteśmy spokrewnieni.
Prychnęła i zmieniła się w szakala po czym położyła się na trawie i zasnęła. Anubis w szakalej formie ułożył się do snu przy niej.
 Nad ranem architekt powiadomił ''kapłanów'', że kilku niewolników zmarło z wyziębienia w nocy.
 - Ale nie ma się co przejmować, to tylko narzędzia mówiące ludzkim głosem - powiedział Ahmed.
 - Ilu z nich było religii egipskiej? - zapytała Anput.
 - Nie mam pojęcia, pani. Nie umieją mówić, poprzedni panowie pozbawili ich języków - skłonił się i odszedł.
 - Idę nad rzekę - oznajmiła Anput i wyminęła Anubisa.
Znalazła ustronne miejsce, z dala od ciekawskich oczu i zdjęła swoje szaty. Weszła do wody po pas i zaczęła obmywać ciało. Odwróciła się twarzą do brzegu i spostrzegła boga Maahes'a na brzegu w towarzystwie Hapi'ego. Krzyknęła zakrywając dłońmi swoje ciało.
 - Ekhm - odchrząknął Hapi. - Robisz dużo hałasu.
 - Co wy tu robicie? - syknęła.
 - Podglądamy cię - Hapi uśmiechnął się i dostał po głowie od lwiego boga.
 - On cię podgląda, a ja mam ofertę nie do odrzucenia - oznajmił Maahes.
 - Niby jaką? - zapytała.
 - To chyba jasne - lwi bóg wojny przewrócił oczami. - Chcę byś była moją żoną.
Zza linii wysokiej trawy wyskoczył Anubis.
 - Słyszałem krzyk, ale... - zająknął się, kiedy zobaczył obecną sytuację.
 - Tata mnie ostrzegał przed takimi ewentualnościami - jęknęła. - Nie poślubię cię Maahes, poszukaj kogoś innego.
 - Chcę ciebie - oznajmił.
 - Spadaj - syknęła. - Mam już narzeczonego - skłamała.
 - Masz? - zdziwił się.
 - Kogo? - zapytał Hapi.
 - A jak myślicie - zapytała. - Pomyślcie tylko co mój ukochany wam zrobi, kiedy się dowie, że mnie podglądaliście.
Maathes i Hapi wymienili zaniepokojone spojrzenia. Anubis otrząsnął się z lekkiego szoku i zawarczał zmieniając formę na szakalą. Hapi zanurkował w rzece, a Maathes przywarł do palmy.Bóg śmierci pazurami wydrapał mu oczy. Lew ryknął i uciekł, a Anu wrócił do swojej ludzkiej postaci. Anput zdążyła w tym czasie ubrać suknię. Chłopak podszedł do niej i przytulił ją.
 - Im szybciej świątynia zostanie wybudowana tym lepiej - szepnęła.
 - Tak - pogładził jej wilgotne włosy.
   Wciągu dwóch lat, Anput i Anubis nauczyli ludzi mumifikacji i rytuałów pogrzebu. Dorobili się też własnych kapłanów, kiedy ich świątynia została już wybudowana.
Anput pamiętała o rymowance usłyszanej w Duat oraz o obietnicy złożonej ojcu, że mu pomoże zabić Ozyrysa.
 Jednego z wieczorów Anput wyszła ze świątyni i poszła nad Nil. Usiadła na sporym kamieniu, patrząc jak słońce zachodzi. Anubis, kiedy zauważył, że jego przyjaciółka gdzieś poszła ruszył za jej zapachem. Gdy ją znalazł usiadł obok niej.
 - Piękny dziś wieczór - stwierdził.
 - Tak, ani jednej chmurki.
 - Wydajesz się smutna.
 - Bo jestem smutna... tata postanowił, że wyda mnie za mąż za jakiegoś boga siłą - westchnęła. - Znów zaczęli swoje zaloty, irytuje mnie to.
Anubis dotknął jej dłoni. Spojrzała na niego melancholijnymi oczami.
 - Nie chcesz ślubu z przymusu?
 - Oczywiście... Set wyda mnie pewnie za kogoś kogo nawet nie znam - westchnęła. - Uważa, że to dla mojego dobra.
 - Skoro nie chcesz wychodzić z przymusu weź ślub z miłości.
Łza spłynęła jej po policzku. Anu wytarł ją kciukiem.
 - Za kogo mam wyjść z miłości? - zapytała.
Uśmiechnął się do niej.
 - Za mnie - nachylił się i pocałował ją.


~ Kapturek




Lovers print from watercolor study by by JessicaIllustration, $25.00