czwartek, 25 grudnia 2014

Rozdział X cz. I

Następnego dnia, gdy Włóczykij obudziła się ze swojej długiej drzemki, znowu spadła z łóżka prosto na twarz. Zaklnęła pod nosem i podniosła się z ziemi, przeszła kilka kroków trąc oczy piąstkami jak małe dziecko i po chwili znów się przewróciła, tylko że w tył o próg.
-Cholera jasna!-Krzyknęła zirytowana. Kiedy wstała, otworzyła swój kufer i z zrezygnowaniem stwierdziła, że znajduję się tam tylko jej bielizna na przebranie i jeden zestaw, składający się z koszulki na ramiączkach i czarnych rurek.
-A mogłam więcej rzeczy spakować...-mruknęła pod nosem.-Trzeba poprosić centaura o wypad na miasto. Konieczne.
Jak się przebrała i rozczesała swoje gęste, brązowe włosy z ledwo widocznymi zielonymi końcówkami, zostawiła je rozpuszczone. Jedno zerknięcie w lustro, zawiązanie glanów i po chwili wychodziła ze swojego domku kierując się ku jadalni. Po drodze spotykała przypadkowe osóby, przy okazji się z nimi witając z uśmiechem,  no cóż by tu powiedzieć,  Włóczykij była bardzo towarzyska. Po chwili zauważyła satyra, który do niej radośnie pomachał i podbiegł by zagadać.
-No witam, witam Włóczykija-Przywitał ją Olaf, satyr który ją przyprowadził do obozu.
-Cześć Olaf.-Uśmiechnęła się. -Jak tam?
-Po staremu. Z nikim się nie zadaje, no poza tobą i kilkoma innymi herosami.
-Aj Olaf, Olaf. Oni nie wiedzą co tracą chłopie!-Zrobiła zamieszaną mine.-Raczej satyrze. Sorki.
Roześmiał się lekko.
-Dobra panno Włóczykij, musze iść na chwilkę do mojego domku.-Przytulił ją przyjacielsko, odwzajemniła uścisk i po chwili blondyn się oddalił w podskokach. Wzruszyła ramiomami i dalej dążyła do punktu pożywienia, gdy chciała przejść przez drzwi, ktoś w tym samym momencie nie patrzył gdzie idzie i brutalnie przewrócił dziewczynę.
-No do cholery no! Ile razy mam sie jeszcze przywracać...-Rzucała ciągle takie klątwy podnosząc się z ziemi. Podniosła głowę by spojrzeć na winowajce. Był to opalony chłopak z piwnymi oczami i potargani włosami o kolorze hebanowym. Kiedy wstając ustabilizowała się, stwierdziła że jest on o połowe głowy wyższy. "Przystojny" pomyślała. 
-Przepraszam nie chciałem. No dobrze wybaczę ci, niech ci będzie. Ahh dziękuję za łaskawość.-Powiedziała z irytacją, patrząc płci przeciwnej w oczy, wyrażając swoje niezadowolenie.
Chłopak otrząsając się z szoku, spowodowanego stłuczką z dziewczyną, która mu się spodobała, wydukał.
-Pprzepraszam cię.
Uniosła lewą brew ku górze, z lekkim politowaniem spojrzała na chłoptasia.
-Yhym, spoko. Jeszcze chwila i upadki będą moją specjalnością. -Uśmiechnęła się lekko. Wyciągnęła rękę w jego stronę,  przedstawiając się- Włóczykij,  córka Posejdona i tak dalej...
Zdumiony uścisnął jej delikatną rączkę.
-Terry, syn Nike.-po chwili milczenia, zacytował Włóczykija- I tak dalej...
Zachichotała cicho pod nosem i puściła jego ciepłą dłoń.
-Nike powiadasz? Powiem ci, że to bardzo fajna marka butów. A twoja siostra to ciekawa hurtownia.
-Eee...-Zdezorientował się. Widząc jego minę i słysząc niezbyt zrozumianą odpowiedź,  zarechotała głośno. "A jest ładna jak się śmieje..." zamyślił się Terry.
-Halo?! Jeszcze żyjesz czy do Hadesu przyjęli? Terry!-Krzyknęła mu na ucho. Ten przestraszony nagłym wybudzeniem z zamyślenia, nie wiedząc co robi, odruchowo podciął przeciwnika i powalił go na ziemię. Po chwili zorientował się co zrobił i ,o zgrozo, komu to zrobił.
-Przepraszamprzepraszam! Naprawde nie chciałem. -Spojrzał skruszony na leżącą dziewczynę,  która zwijała się ze śmiechu. "Eee... coś tu jest nie halo.. jej to nie boli ani nie jest zła?!?"pomyślał nerwowo, kucając przed dziewczyną.
-Nie jesteś zła Włóczykij? -zapytał niepewnie.
-Hahaha... nie, ttwojaa mina była zabóójcza.-Wyciągnęła ku niemu rękę by ją podniósł. Z chęcią to uczynił. Gdy oboje stanęli w pionie, spojrzeli sobie w oczy,  stal zmieszała się z bardzo jasnym zielono-brązowym kolorem oczu chłopaka. Włóczykij,  psując chwilę,  zabrała swoją rękę z uścisku drugiej ręki.
-Przepraszam ale ja zamierzam też coś zjeść,  zanim skończy się pora śniadania. -Uśmiechnęła się lekko- To do zobaczenia i smacznego!
I weszła do jadalni, kierując się ku swojemu stolikowi, głośno powiedziała
-Smacznego wszystkim!
Gdy usiadła,  odruchowo zerknęła na stolik bogini Nemezis. Jeff akurat wstawał ze swojego miejsca i pośpiesznie wyszedł z pomieszczenia. Wyruszyła ramionami i zaczęła zajadać się kanapkami. W połowie posiłku do jadalni wszedł Chejron.
-Mam wiadomość dla was moi mili, czy zła czy dobra sami uzgodnijcie sobie.-Zrobił przerwę milczenia by utworzyć napięcie. -Macie dwa dni tylko dla siebie, odwołuję treningi. A za około tygodnia odbędzie się bitwa o sztandar!
Wkoło rozległy się wiwaty i podziękowania. Po komunikacie skierował się ku wyjściu. Włóczykij postanowiła się postarać o wypad do miasta. Wstała szybko i nie patrząc na nic pobiegła za centaurem. Niestety po drodze potknęła się o wystającą deskę i runęła jak długa. Zaklnęła szarczyście, uśmiechnęła się do osób chichoczących z jej niezdarności i biegła dalej.
-Chejronie! Proszę zaczekać!-Wrzeszczała za nim.
Odwrócił się słysząc jej nawoływanie i zapytał.
-Coś się stało?
-Mam taką nietypową prośbę Chejronie. Dzisiaj rano zauważyłam, że mój kufer jest pusty... Nie wzięłam po prostu ubrań ze swojego pokoju jak... no wiesz. I chciałam prosić o jakiś wypad do miasta po kilka ciuchów. Powinno mi starczyć pieniędzy.-Spojrzała na pół człowieka z wielką prośbą w oczach. Ten przypominając sobie,  że uciekła z domu i w jakich warunkach żyła, niechętnie się zgodził jednak zarzucił jej warunek. Ma z nią pójść,  ktoś w razie czego. Coś w typie ochroniarza. Dziewczyna,  nie hamując swoich  emocji, przytuliła go. Gdy już zamierzała odejść,  Chejron wręczył jej sakiewke,  mówiąc:
-Kup sobie coś porządnego Włóczykiju. I uważaj na siebie!
Po chwili było słychać tupot jego kopyt, których dźwięk malał.
Miło zdziwiona,  podskoczyła wesoło i biegiem zaczęła szukać Olafa. Po długim biegu u szukaniu, zrezygnowana skierowała się ku boisku do siatkówki. Usiadła na pobliskiej ławce z dala od wszystkich, zaczęła cicho pogwizdywać melodię dla dzieci,  Twinkle twinkle little star.
-Serio?  Ta piosenka jest tak stara...
Lekko przestraszona, odwróciła się do osóby,  która to powiedziała i odkryła,  że jest to Terry.
-A, to ty. Co z tego, że stara. Wiesz Terry, czasem mam takie przebłyski. Tę melodie słyszałam jak byłam malutka i ciągle ją nuce by nie zapomnieć. Do ciotki trafiłam jak miałam około czterech lat...-Zmarkotniała nagle na myśl o swojej opiekunce.
-Hej mała, nie smutaj mi tutaj.-Spróbował pocieszyć.
-Po primo, nie jestem mała.  Po drugie primo, nie mówi się nie smutaj. A po trzecie primo, gdybym cię nie znała to bym powiedziała, że od Apolla jesteś. -Uśmiechnęła się lekko.
Prychnął rozbawiony.
-No wiesz co. Ja i Apollin haha.
-A właśnie Bycie, moge tak mówić?  Ok, dziękuję.  Widziałeś gdzieś Olafa?
-Bucie?! Pfff. Nie, nie widziałem. A co?
-Szukam go. O, a jak tam u siostry?
-Byłem dzisiaj z braćmi u niej, dobrze jest. Żyje. Siedzi u niej ten... jak mu tam? Johny?
-Jonathan-Poprawiła automatycznie.
-No właśnie,  Vicia wraca do zdrowia.-Zamilkł patrząc w dal.-Hej Włóczykij,  czy to nie Olaf?
-Co?Gdzie? -Spojrzała w kierunku w którym But pokazywał. Szedł tam biały satyr z opuszczoną głową.
-Jejku, dzięki Bucie- Nie mogąc się powstrzymać,  musnęła go lekko w policzek i pobiegła biegiem w stronę pół kozła. Ten zamglonym wzrokiem odprowadzał dziewczynę trzymając się ręką za miejscem w którym go dotknęła ustami.
-Oooooooolaf. Hej chłopie czekaj! -Włóczykij krzyczała za nim.
Ten słysząc bardzo donośny głos, odwrócił się i spojrzał na Włóczykija, która dostała mało dostrzegalnej zadyszki.
-Tak? Chciałaś coś? -Zapytał smutno.
-Ej Olaf, rozchmurz sie! Mam dla ciebie super propozycje, nie do odrzucenia!
-Mianowicie?- Spytał z iskierkami zaciekawienia w oczach.
-Wypad na miasto! Mam pozwolenie od Chejrona. Powiedział, że mam sobie kogoś wziąć w razie czego i bym sama nie szła.  Więc ta dam!
-Ale dlaczego ja? Przecież tyle osób znasz więc ...
-Ponieważ jesteś moim przyjacielem. Uratowałeś mnie przed stawonogiem. Przeprowadziłeś do obozu. Zaniosłeś do izby chorych gdy zemdlałam... wymieniać dalej?- Spojrzała mu w zielone oczy, w których widniał szok.
-Mam pprzyjaciela?-Mruknął do siebie z niedowierzaniem. -Mam przyjaciela!  Hahaa-Zaśmiał się radośnie i przytulił
przyjacielsko ją do siebie. Włóczykij roześmiała się wesoło i dała się obkręcić wokół osi.
Jednak żadne z nich nie wiedziało,  że tej scenie przygląda się ze smutkiem i z zazdrością,  pewien chłopak od Bogini Zwycięstwa ...
.
Czytasz~Proszę zastaw komentarz.
#Włóczykij

środa, 24 grudnia 2014

Rozdział IX

  Victoria, gdy się obudziła zauważyła Jonathana siedzącego przy jej łóżku. Wydawało jej się, że  chłopak spał. Oczywiście nie miał zamkniętych oczu z powodu braku w znacznej części powiek. Zerknęła przez okno, księżyć świecił wysoko, prawie w pełni, na letnim niebie.
Szturchnęła lekko Jeffa w ramię, po czym jeszcze raz. Zero reakcji z jego strony. No cóż, jutro najwyżej będzie go bolał kark. Czując ból brzucha opadła z powrotem na poduszki. Zastanawiania się czemu Lily tak wybuchła na treningu. ,,Może miała okres?'' - pomyślała córka Nike, a zaraz po tym zasnęła.

  -Pobudka, śpiąca królewno - obudził ją głos, który z pewnoscią należał do płci przeciwnej.
Otworzyła oczy.
Kiedy jej wzrok przyzwyczaił się do światła porannych promieni słonecznych dostrzegła Jonathana. Trzymał w dłoniach miskę z czymś co wyglądało jak budyń. Skrzywiła się, ale zjadła. Poczuła jak ból mija, a energia powraca. Chłopak wziął od niej pustą miskę.
- Dziękuję - powiedziała.
- Nie ma za co - uśmiechnął się, a ona odwzajemniła jego uśmiech.
Nastała niezręczna cisza, która przeciagnęła się do kilku minut.
-Więc teraz jesteś moją osobistą nianią? - przerwała w końcu milczenie. - Czy może pielęgniarzem?
Chłopak nie krył szerokiego uśmiechu.
- Twoje marzenia mnie zaskakują - posłał jej znaczące spojrzenie.
Dziewczyna ukryła rumieniec.
- Ach, bierz mnie całą - zacytowała Romeo i Julie.
- Biorę Cię za słowo - dokończył.
Zaśmiali się.
Chłopak pierwszy raz rozmawiał z nią bezproblemowo i na luzie. Zawsze czuł podniosłość, znudzenie i powagę  w jej głosie, zazwyczaj patrzyła na niego jakby ją nudził. Widział w niej uosobie nie zwycięstwa i z tego, że jest dumna ze swojej nadpobudliwej matki, oczywiście błękitnooka dziewczyca odziedziczyła w znacznyp stopniu cechy rodzicielki. Czasami udawało mu się usłyszeć jej śmiech. Jednak teraz, w jej głosie wyczówał swobodę słów, co jakiś czas nawet rozbawienie.
Widać musiał być z nią na osobności, by poznać jej ukrytą stronę.
Rozmawiali i śmiali się póki nie zjawił się Alexander. Nie uraczył Jeffa, który patrzym na syna Ateny morderczo, nawet spojrzenim. Blondyn usiadł na łóżku Victorii.
-Mógłbyś wyjść Storm? - zapytał Alex patrząc na Jeffa kątem oka i nie czekając, aż wyjdzie pocałował dziewczynę, która z irytacji zacisnęła dłonie na pościeli.
Po kiklu sekundach Alex otworzył jedno oko, by zerknąćna Jonathana. Syn Nemezis miał w oczach chęć mordu. Alexander uśmiechnął się i pogłębił pocałunek. Krew Jeffa zabulgotała. Victoria dostała odruchu wymiotnego spowodowanego przez syna Ateny, który podrażnił jej tylną część języka, ale nie puściła pawia. Zirytowana dała chłopakowi z liścia, a on spojrzał na nią urażony.
- Mógłbyś wyjść Verlac? - zapytała.
Spojrzał na nią pytająco, poczym przewrócił oczami. Wstał.
- Znowu masz te swoje humorki - mruknął idac w stronę drzwi.
- Humorki?! - wkurzyła się i chciała wstać, ale Jonathan jej na to nie pozwolił.
Alex puścił do niej oczko i wyszedł, wytarła
Victoria opadła na poduszki.
-Zabij go - powiedziała wlepiając spojrzenie w sufit
-Wiesz, że bym to zrobił z chęcią - odparł.
Dziewczyna zmarssyła brwi.
- Z jakiego powodu? Ty praktycznie nigdy z nim nie gadałeś - podniosła się lekko na łokciach.
Jeff żałował, że nie ma tu Włóczykij, która pewnie wymyśliła jakieś drobne kłamstewko. Jonathan nie chciał się przyznać do prawdy...
- Eee... bo ten... tego...
,,Jestem debilem'' - pomyślał.
- Podrywał cię? - unisła lekko lewą brew do góry.
Chłopak w zakłopotaniu odpowiedział:
- Tak! Właśnie, tak!
Dziewczyna wybłychła śmiechem, a on zaczerwienił się, co było bardzo widoczne na jego bladej skórze.
- Nie podrywał mnie - powiedział. - On tylko... najbardziej mi dokuczał z powodu tego - wskazał na swój uśmiech.
Udalo mu się skłamać... oczywiście raz czy dwa go obraził, co nie było takie przykre jak docinki mini Afrodyt.
- To już przeszłość Jeffy - powiedziała.

  Następnego dnia.
   Z samego rana, kiedy dziewczyna jeszcze spała, wparadowali jej bracia. Jonathan spał na wolnym łóżku obok, które przybliżył do Vic o kilka centymetrów. Oczywiście zrobił to kiedy dziewczyna już spała.
- Siostrzyczko nasza droga! - wykrzyknął Gabriel na wejściu.
Córka Nike obudziła się. Jeff również, tylko, że on spadł dodatkowo z łóżka.
- Eee? Czego? - wymamrotała wyrwana z objęć snu.
Jeff usiadł zaspany na łóżku, zerknął na zegar, który wskazywał piątą rano.
- Martwiliśmy się o ciebie - powiedzial Terry. - Dexter chciał powiedzieć o zajściu z Lily mamie...
- Ale mi nie pozwolili - burknął najmłodszy trzymając w dłoni but.
- To dobrze - odetchnęła z ulgą. - Pewnie i tak już o tym wie i ma to gdzieś.
Terry rozejrzał się.
-Czyżmy Włóczykij wyparowała? - wypowiedział swoje myśli na głos.
- Pewnie jeszcze śpi - odparła dziewczyna z naciskiem na ostatnie słowo.
Gaba i Dext spojrzeli na siebie porozumiewawczo.
Vic mruknęła coś pod nosem o spaniu, opadła na poduszkę i nakryła kołdrę na głowę.
Jeff siedział cicho na łóżku.
Bracia oblegali ją jeszcze przez kilka minut, po czym poszli. Dext jednak chciał jeszcze chwilę posiedzieć z siostrą, która wciąż nie wychylała sie z pod kołdry.
-Siostra - zacząl niepewnie. - Bo ten... ty nigdy nie mówiłaś co dostałaś od mamy.
Jeff zaciekawiony usiadł teraz na łóżku dziewczyny.
- I co? - odezwała się w końcu Vic.
- Powiesz co dostałaś?  No bo... wiesz... Gabriek dostał miecz, Terry też, ja mam skrzydlatego szczura, a ty?
  - Pegaza Darkness'a i miecz - mruknęła, chodź nie tylko to, nikomu nie mówiła o tej drugiej rzeczy, nikomu na tyle nie ufała by to pokazać. - Umyj uszy Dext.
To co dostała, a raczej odziedziczyła po Nike było zbyt cenne, no i była by punktem drwiny.
- Ale... myślałem, że ty go poprostu znalazłaś jak byłaś w drodze do obozu... Gaba mówił, że coś jeszcze masz. Czemu nie powiesz?
- Idź już Dext - odparła na wpół śpiąc.
Chłopiec wyszedł mamrocząc cos pod nosem.

   Przez kolejne trzy dni córka Nike leżała w łóżku w izbie. Jeff siedział przy niej. Opuszczał treningi, spał na łóżku obok niej, czasem nawet rezygnował z posiłków.
Ostatniego dnia, gdy już się obudzila przyszedł Chejron oznajmiając, że może już iść do siebie.
Dziewczyna wstała i jak na skrzydłach pobiegła do swojego domku jak tylko zebrała się z izyby.
Jeszcze tego samego dnia zjawiła się na treningu. Tęskniła za tym. Wieczór zaś poświęciła Darkness'owi. Co prawda Gabriel i Terry codziennie przychodzili zaopiekować się koniem, ale zwierze za nimi nie przepadało, zawsze starał się ugryść któregos z braci, kiedy zaczynali mu pleść warkoczyki lub kopnąć gdy czyścili mu kopyta.
  Gdy weszla do stajni poczuła przyjemny dla niej zapach koni. Skierowała się do boksu swojego małego, dwumetrowego pupilka, który zaczął przednim kopytem kopać w drzwiczki na widok swojej pani za którą nadal po pięciu latach czuł się odpowiedzialny. Otworzyla boks i weszla do konia, który zarżał i liznąl ja po twarzy. Przytulila go wdychajac delikatną końską woń, gdy uslyszała jak do stajni ktoś wchodzi. Wychyliła się i stwierdziła iż to panna Nie Lubię Swojego Imienia, Więc Zwij Mnie Włóczykij.

~ Zakrwawiony Kapturek
Piszaca pod czujnym okiem Włóczykija, która ją wciąż poganiała

wtorek, 23 grudnia 2014

Miniaturka~ Rodzina

Pierwsze promienie słońca przebijały się przez rolety, rażąc i zarazem budząc dorosłą kobietę. Ta mruknęła z niezadowolenia i przeciągnęła się rozkosznie, mrucząc przy tym jak kot. Gdy już w pełni obudzona, zorientowała się,  że ktoś tuli się do niej jak do pluszowego misia. Uśmiechnęła się z czułością,  patrząc na swojego męża,  który cicho pochrapywał. Patrzyła tak dłuższą chwilę,  aż w końcu nie wytrzymała i złożyła na jego ustach czuły pocałunek,  który został natychmiastowo oddany.
-Mmm, kocham być tak budzony.- Zamruczał jej do ucha, drażniąc je nosem. Pocałował delikatnie szyję żony i zchodził coraz niżej z pocałunkami by po chwili znów wpić się namiętnie usta ukochanej. Ta z radością poddała się pieszczotą.
Ale niestety ktoś pokrzyżował ich dalsze plany i w sąsiadnim pokoju rozległ się płacz dziecka.
Odklelili się od siebie niechętnie i spojrzeli sobie w oczy, które przesiąkały miłością.
-Ja pójdę- Powiedzieli w tym samym czasie. Zachichotali, kobieta po chwili wachania ucałowała męża w nos i wstała z łóżka by po chwili skierować się do pokoju syna. Podeszła do łóżeczka i wyciągnęła roczne dziecko, biorąc je w ramiona i tuląc do siebie.
-Zgłodniałeś co Clamer? No chodź na opa zaraz cię nakarmimy.- Cmoknęła chłopczyka czule w czoło i razem skierowali się do kuchni ,gdzie kochany małżonek smarzył naleśniki na śniadanie.
-No kogo ja widze, mój pierworodny- Uśmiechnął się promiennie na widok żony niosącej syna.- A oto naleśniki dla kochanej i kaszka dla młodszego.
-No no, utyjesz mnie kochanie.- W jej oczach zajaśniały wesołe ogniki.
-Ja? Jakże bym śmiał.-Uśmiechnął się ironicznie.
- Apropo grubości, mam coś dla ciebie.- To mówiąc skierowała się do salonu. Zdziwiony, wzruszył tylko ramionami i zaczął karmić synka. Po jakimś czasie
, czyli skończył karmić dziecko,  wróciła jego miłość niosąc w rękach mały pakunek. Uśmiechnęła sie cwaniacko i wręczyła mu daną rzecz.
Zainteresowany powoli zaczął odpakowywać prezent, w chwili gdy zobaczył zawartość pojemnika, zaniemówił.
-Czczy to...?
-Tak, to są dziecięce buciki.- Odpowiedziała za niego.
Spojrzał na nią z łzami szczęścia w oczach, podobny prezent dostał rok temu. Był to śliniaczek do jedzenia dla dziecka, prezent pod choinkę. Cieszył się jak głupi.
-Czwarty tydzień- Odpowiedziała zanim zdążył zadać pytanie.-Nie ciesz...- Przerwał jej początek monologu namiętnym pocałunkiem. Owinął swoimi ramionami jej biodra i uniósł,  kręcąc się razem z żoną dookoła. Roześmiała się serdecznie, jej serce opływało szczesciem, że jej małżonek tak pozytywnie to przyjął. Tej scenie z zaciekawieniem przyglądał się Clamer, chciał zwrócić na siebie uwagę lecz zrezygnował z tego widząc tate, który podnosi mame i ją obkręca.
-Dlatego nie żałuję,  że straciłem nieśmiertelność panno Włóczykij-Oznajmił jej, a po chwili milczenia ddodał- Kocham cię Meriel

-A ja nie żałuję,  że wyszłam za ciebie mój ty Anubisie. Też cię kocham.- Odpowiedziała złączając ich usta w delikatnym lecz subtelnym pocałunku.
                             *   *   *
Krótka miniaturka, nie powiem że nie.
A właśnie!  Z okazji Świąt chciałam ( no Kapturek też) złożyć Wam najserdeczniejsze życzenia i przepysznych potraw. Także... Wesołych  Świąt !!! ;*
#Włóczykij.

niedziela, 21 grudnia 2014

~Iryfon~

Hej Wam :)
Chcieliśmy wyjaśnić Wam nieco nasze zmiany w blogu. Otóż nie doszło jeszcze do przebudzenia Gaji, ani nikt jeszcze nie wpadł do Tartaru ;). Dojdzie także do spotkania rodzeństwa w CHB, to nasz wymysł i wiemy że jest sprzeczny z książką.
Różne imiona i zachowania obozowiczów mogą się różnić od książkowych.
Prosimy także o pozostawianie po sobie znaku w postaci komentarzy.
#Włóczykij
~ Zakrwawiony Kapturek
.

niedziela, 7 grudnia 2014

Rozdział VIII cz.II

Był zły.  Nie, to mało powiedziane. Był cholernie zły,  gdy się obudził, jego młodszy braciszek powiedział mu, co zrobił Alex wczoraj, wieczorem razem z Vic. Nie mógł tego przyjąć do świadomości. Ona i on?! Nonsens.
W swoim stanie kierował się ku jadalni na śniadanie. Szedł tak, nie patrząc przed siebie lecz pod nogi, nagle wpadł na kogoś,  kto się przewrócił od nagłego uderzenia.
-Uważaj jak chodzisz tępa.. Jeff?- Włóczykij dopiero teraz dojrzała na kogi wpadła. Miała kiepski humor, nie dość że spadła rano z łóżka to jeszcze nie mogła ujarzmić swoich włosów. Aż w końcu uczesała je w luźnego koka.
-Hej..., co się stało? - spytała, widząc jego oczy,  które były wypełnione smutkiem i żalem.
Ten nań spojrzał i ujrzał jej oczy. Ze stalowych tęczówek aż wypływała troska .
-Nic takiego.- Odpowiadział.
-Wiesz Jeff, nienawidzę jak ktoś kłamie. A umiem to bardzo doskonale wykryć-Warknęła na niego- Więc nie pieprz mi tutaj tylko mów co się stało,  bo widzę, że jest coś na rzeczy.
-A co cie to tak ciekawi co?! Święta się znalazła, córunia Posejdona. A tfu! Idź mi stąd. - Odwarknął jej. Musiał na kimś wyładować swoje emocje, ale niestety tym kimś była Włóczykij.
Jej oczy wypełnił smutek, niesamowity smutek.
-Czasem warto spojrzeć dalej niż tylko na swój nos, strasznie egoistyczny nos. Ale nie zniżając się do twojego poziomu, chcem tylko ładnie ująć, że jesteś świnią. Egoistyczną świnią.- spojrzała jeszcze raz na niego i szybko skierowała się na śniadanie. Zrozumiał co powiedział. Zrozumiał do KOGO to powiedział. Do osóby, która go rozumiała i lubiła, ale teraz się oddalała w kierunku jadalni, zraniona. Poczuł się bardzo głupio. Gdy wszedł do stołówki zobaczył ją jak siedziała przy swoim stoliku, sama z ponurą miną.  Kiedy ich oczy się spotkały,  Włóczykij szybko odwróciła wzrok, wbijając go w kubek, który po chwili wypełnił się niebieskim kisilem. Westchnął ciężko i usiadł obok brata, który,  oh Bogowie, znowu opychał się pizzą.
-Będziesz gruby, zobaczysz Ravi.
-Eee?-Spojrzał na niego jak na wariata. Po chwili przełknął jedzenie i odpowiedział- Dietetyczna pizza Pana D. ma mnie utuczyć? Haha.
Jonathan spojrzał na brata z politowaniem. Spojrzał na swój talerz i po chwili pojawiła się na nim sałatka z dużą dawką chilli.
-Panno Włóczykij,  proszę czy mogłabyś pójść ze mną? -Spytał Chejron, wchodząc do jadalni.
Dziewczyna podniosła się z miejsca i podążyła za centaurem. Po chwili znaleźli się w gabinecie w Wielkim Domu.
-Jest to gabinet pana D., ale aktualnie go nie ma gdyż jego żona..., a zresztą nieistotne. Poprosiłem ciebie tutaj, by z tobą porozmawiać. Olaf już mi powiedział, że uratował cię od skorpiona z Podziemia. I słyszałem,  że uciekłaś od ciotki- spojrzał na dziewczynę świdrującym zwrokiem- To nie dobrze. Ona cię ochraniała...
-Tym, że nie dbała o mnie, używała tylko jako dostawcy z sklepu do domu?! Taka to ochrona?! Nie no to ja dziękuję bardzo, ale takie coś,  za przeproszeniem mam głęboko w poważaniu.-Przerwała mu.
-Im śmiertelnik gorszy... w wyglądzie i zachowaniu,  tym lepszy dla półboga. Wytwarza się aura ochrony,  coś w rodzaju pola siłowego. A ty jej zwiałaś.-Spojrzał wymownie na Włóczykija.-Tym samym się narażając. A właśnie, rozmawiałem z panem D. a raczej poprosiłem by porozmawiał z Posejdonem w twojej sprawie, lecz twój ojciec odmówił,  mówiąc cytuje: ''Wszystko w swoim czasie,  Zeusie zaraz ci to wyjaśnie, oh Amifitro spokojnie...", dalsze cytowanie nie ważne,  ważne jest to, że Posejdon ma wobec ciebie pewne zamiary, sam nie wiem jakie.-Wyjaśnił. Po chwili milczenia dodał-Chcesz może poznać swoich braci?
-Braci? Słyszałam tylko o..., jak mu tam było?  Perry?
-Percy Jackson, syn Sally Jackson i Posejdona. A drugi to Tyson, trochę szokujące,  ale to cyklop.
-Mam braci...-mruknęła do siebie,  mając w oczach radosne iskierki.-Zawsze chciałam mieć braci, obojętnie jakich. Kiedy ich poznam?-Dopytywała.
-Oh. Z Tyson'em możesz porozmawiać przez iryfon, a Percy tu będzie za około dwa tygodnie, lepiej byście się na żywo spotkali,  on akurat wróci z pozostałymi..., a Tyson pracuje w kuźni swojego ojca, czasami dostaje wolne, to nas odwiedza. A teraz chodź,  czas treningu się zbliża.
Wyszli z pomieszczeń i skierowali się ku grupce  ludzi, Włóczykij szeroko się uśmiechnęła do nich i pomachała wesoło. Większość osób odwzajemniła gesty, choć dwie osoby niespecjalnie. Jeff lustrował ją smutnym wzrokiem, ale ona zignorowała je, a Victoria prychnęła tylko pod nosem i zwróciła się do centaura.
-Sztylety, łuki czy miecze?
-Dzisiaj tylko sztylety i miecze, a jutro łuki i oszczepy. Dobrze moi mili zaraz was dobiorę w pary... Jeff i Terry, Włóczykij i Victoria,  Alexander i Paul...-Wymieniał jeszcze przez chwilę,  a potem wyznaczył ćwiczenie- Dzisiaj tylko rozbrajamy przeciwnika, jasne?
Włóczykij spojrzała na swoje sztylety "źle wyważone" pomyślała. Podniosła wzrok na Vic i zaatakowała. Odbiła jej atak i korzystając z tego że Włóczykij przekręciła głowę w inną stronę,  rozbroiła ją.
-No no, Panno-Bez-Imienia trochę uwagi na walkę- Powiedziała znudzona.
-No cóż córko hurtowni bytów,  bywa tak czasami. - Uśmiechnęła się ironicznie.
-Ohoho, widzę że trzeba ciebie przeszkolić Włóczykiju w walce na sztylety. Uwaga zmiana par!- Oznajmił Chejron- Jeff z Włóczykijem, Victoria z Terry'm...- gdy chłopak to usłyszał,  uśmiechnął się do siostry na co ta wywróciła oczami.- No ćwiczymy ćwiczymy!
Włóczykij spojrzała na chłopaka,  który się do niej zbliżał. Szedł ze opuszczoną głową.  Spojrzał w jej oczy i szybko odwrócił wzrok widząc jej zimne spojrzenie. Zaczął jej po kolei tłumaczyć jak trzymać sztylet i jakie ruchy wykonywać,  jednak nie ośmielił się spojrzeć w jej oczy.
Ta jednak słuchała go z uwagą,  ochłonąc każde słowo jak gąbka wodę, ale także go obserwowała dokładnie. Wiedziała,  że jest mu ciężko i smutno, że tak wybuchł. Dostrzegła to, jednak nie zamierzała tak łatwo wybaczyć.
-No a teraz spróbujmy  przećwiczyć te ruchy.- Powiedział chłopak biorąc swoje sztylety, podarunek od swojej matki. Włóczykij wzięła swoje z kwaśną miną. Ku zdumieniu chłopaka,  odłożyła jeden.
-Wole jednym.- Wyjaśniła krótko,  przeszywając go wzrokiem.
-Okay, jak chcesz- I nagle zaatakował, szybko odparła atak czując jak adrenalina rozchodzi się po jej ciele. Zaszarżowała na niego zajadle, on zdziwiony z łatwością odbijał jej ataki. Po chwili sam zaczął napierać na nią. Każdy przerwał swoją walkę i przyglądał się nowicjuszce i Jonathan'owi, nawet Chejron nie miał im za źle,  że nie stosowali się do jego zaleceń. Jeff jednym ruchem rozciął jej skórę na ramieniu na co ta krzyknęła oburzona i jeszcze z większą siłą zaatakowała. Chłopak uśmiechnął się szeroko, dosłownie,  i walczył dalej. "Bitwa" doszła do takiego momenty, że oboje byli już wycieńczeni lecz nadal tak trwali nie chcąc urazić swojej dumy przegraną. Włóczykij nagle się potknęła i wywróciła, tak że leżała obok rozwidlenia strumyka. "Woda da ci siłę. Uleczy cię. Pamiętaj. " usłyszała głęboki, męski głos w swojej głowie. Wyciągnęła lewą rękę w stronę wody i zanużyła ją w niej.  Poczuła jak na nowo wzbiera się w niej energia i ku zdziwieniu,  rany się zagoiły. Podniosła się z ziemi i spojrzała na zmęczonego Jeff'a. Podeszła do niego i na nowo zaatakowała,  jeszcze z większą siłą niż poprzednio, ten wycięńczony został rozbrojony przez nowicjuszke. On. Pogromca sztyletów.
-Jeszcze się zemszcze- mruknął do siebie.
-Nic dziwnego. W końcu syn Nemezis.-Powiedziała do niego z uśmiechem lecz jej oczy nadal pozostały chłodne i pełne urazy.
Wkoło rozległy się brawa.
-Podobnaś do Percy'iego, mówię ci-Zagadnął centaur- Jak pierwszy raz tutaj walczył, też posłurzył się wodą i pokonał swoją dziewczynę.
Zaśmiała się. -No dobrze koniec treningu, macie wolne. Ale za dwie godziny widzimy się na treningu kolejnym!
Gdy ludzie się powoli rozchodzili, do Włóczykij'a podszedł blondyn z błękitnymi oczami.
-Siemka, jestem Alexander,  w skrócie Alex.-Uśmiechnął się zalotnie- A ty to pewnie Włóczykij,  ta?
-No popatrz, popatrz. Słuch cię nie zawodzi. A jeśli tak sie nazywam, to co w związku z tym?- Zirytowała się.  Ten blondas ewidentnie ją podrywał, ją,  on, dobre sobie. Tak dokładniej przyjrzała się mu i z niechęcią musiała stwierdzić że był ładny. Krótke blond włosy,  postawione na żel,  jasne brwi, błękitne oczy i był troszkę od niej wyższy.
-A nic, chciałem ciebie poznać i sprawdzić czy plotki są prawdziwe.
-Co? Jakie plotki?
-Że jesteś wysportowana, inteligentna, ładna i zadziorna, jak widać ta plotka nie jest kłamstwem. - Puścił jej oczko i uśmiechnął się słodko. "Ja pierdziele, czemu ja? Oh Bogowie za co" jęknęła w duchu.
-Od kogo jesteś? -Spytała jeszcze bardziej zirytowana.
-Syn Bogini mądrości, Aten- Wypioł dumnie pierś do przodu.
Włóczykij nie wytrzymała i wybychnęła chichotem.
-A..atena? Hahaha. Ja piii.. pitole, a ja myślałam, że dz..dzieci ma mądre.
Chłopak spojrzał na nią urażony.
-A nie jestem? No wypraszam sobie tak!
-Przepraszam bardzo blondasie, nie mam zamiaru tracić wolnego czasu na tak bezsensowną rozmowe. Cześć.
Chłopak odprowadzał dziewczynę wzrokiem zdziwionym, urażonym, ale z podziwem, aż nie zniknęła mu z widoku.
              *Dwie godziny później*
-No moi drodzy!  Dzisiaj krócej poćwiczymy, ponieważ muszę jeszcze z kimś porozmawiać. A więc...
-Nie zaczyna się zdania od 'a więc'- wtrąciła Włóczykij,  co wywołało ogólny chichot zgromadzonych.
-No no, niech ci będzie. Dobra, dobieramy sie w pary. Może Włóczykij i Victoria, Alex i Aaron...
Dziewczyny zbliżyły sie do siebie,  Vic wyciągnęła z pochwy swój własny miecz, dostała go w swoim śnie,  gdzie pierwszy raz spotkała swoją matke. A jej przeciwniczka, wzięła jeden z grupowych. 'Kurcze, znowu źle wyważony' zaklnęła w duchu. Chwyciła dwoma rękami ostrze i obróciła nim.
-Już?  Skończyłaś?- Spytała Vic patrząc na jej poczynania.
-No już,  już ide.-mruknęła
Stanęły na przeciwko siebie i zaczęły walczyć. Po kilkunastu minutach Włóczykij była pozbawiona klingi.
-Umiesz cokolwiek? -zapytała z kpiną Wygrana.
-Strzelać z łuku-mruknęła do niej, a jeszcze ciszej, tak do siebie- I sztylety, widziałaś zołzo.
-W przeciwieństwie do moich braci nie jestem sportsmenką...
-Widać ..
-Ale jestem dobra prawiej każdej konkurencji...
Mówiła dalej ale Włóczykij jej nie słuchała, wiedziała że ten blondas sie na nią gapi, zirytowała się.
-... zależeć twoje życie. -Zakończyła. Meriel nagle zauważyła że córka bogini barów została zaatakowana, podnosiła się z przecietymi policzkami, a później zobaczyła jak jakaś dziewczyna z tęczowymi pasemkami wbija jej sztylet w brzuch, zareagowała natychmiast, tak samo Jeff. Podtrzymtwali ją i wykonali rozkaz Chejrona i zabrali ją do izby chorych.
Gdy położyli ją na łóżku,  siedzieli tak razem milcząc przez piętnaście minut aż w końcu Victoria obudziła się.
-Dzień dobry śpiąca królewno.-Uśmiechnął się lekko Jeff. Vic dotknęła się za policzki gdy się uśmiechnęła.
-Teraz macie taki sam uśmiech-Powiedziała z nutką rozbawienia w głosie Włóczykij.
-Jaki uśmiech?- zapytała Vic.
Towarzyszka podała jej lusterko.
-Co z Lily?
-Później ci powiemy- odparł Jonathana.
-A Alex?
Włóczykij jak i Jeff spięli się lekko.
-Heh, był tylko zauroczony. Obrzydził go twój uśmiech. -Wytłumaczła córka Posejdona
-Podoba ci się? -Victoria spojrzała na Jeff'a.
-Przynajmniej bedziesz uśmiechnięta ponuraku- odpowiedziała za niego dziewczyna,  ratując z opresjii- A teraz weź ambrozje.-podała jej kawałek wyrobu. Gdy go już zjadła blizny na policzkach pomniejszyły się znacznie, lecz nie zniknęły całkowicie. Od kącików biegły na kształt uśmiechu około dwóch centymetrów,  ale na szczęście były to tylko blizny zamknięte,  a nie otwarte jak u chłopaka który siedział obok.
-Znacznie lepiej, a teraz powinnaś odpocząć.
-Dziękuję wam- uśmiechnęła się lekko i zapadła w gleboki sen.
-Zostań tu z nią,  bo ktoś musi.- oznajmiła Włóczykij.
-Ej... ja chciałem ..
-Daruj sobie Jeff, dobrze wiesz, że łatwo nie wybaczam.- odpowiedziała nie patrząc na niego. Po tych słowach skierowała się do wyjścia,  a jeszcze potem do swojego domku na drzemkę.
Zrezygnowany chłopak patrzył za oddalającą się dziewczyną,  z żalem. Brakowało mu jej obecności,  pogaduszek. Wziął krzesło i ustawił je przy łóżku córki Nike. Usiadł i patrzył jak śpi. "Ona jest taka piękna" pomyślał zanim zapadł w płytką drzemkę.
.
Czytasz-Komentarz
.
#Włóczykij

wtorek, 2 grudnia 2014

Rozdział VIII cz.I

W tym samym czasie co Victoria wyszła zdegustowana, Włóczykij patrzyła w szoku na Chejrona.
-Posejdon. Córka. Ja. Aha.., Czy ktoś do cholery mi to wyjaśni?!-Zapytała ciągle będąc w szoku- No co sie tak gapicie? Wyjaśni mi to ktoś?
-Ja też jestem w całkowitym szoku panno.. Włóczykij?  Otóż, wielka trójca, Zeus, Posejdon oraz Hades, składali przysięgę,  że nie będą mieć dzieci, ponieważ stanowią zagrożenie dla bogów. Oczywiście każdy z nich nagioł tą obietnice. Zeus spłodził Thalię, Posejdon Percy'iego, a Hades Biance i Nico di Angelo. Oczywiście po wojnie, złożyli ponownie przysięgę,  lecz ty bodajże byłaś już zrodzona przed przysięgą... Kim są twoi rodzice? - Spytał Chejron.
-Nie znałam ich, mieszkałam tylko z ciocią, choć i ona nie była moją biologiczną,  tak podejrzewam.-Wyjaśniła.- Co teraz ze mną będzie?  Jestem jakimś zagrożeniem?
-Jest już po wojnie, więc nie sądzę byś stanowiła zagrożenie. Ale zdziwił mnie fakt, że nie znasz swojej rodziny. Proszę byś rano do mnie przyszła,  teraz muszę konieczne z panem D. porozmawiać. Idz zjedz kolacje dziecko.  I nie przejmuj się,  nic się nie stało. - Obiął ją delikatnie dla pocieszenia i odszedł ku Wielkiemu Domu. Włóczykij stała tak i patrzyła na ziemię,  słysząc szepty w koło.  Aż w końcu nie wytrzymała i wybiegła z jadalni kierując się ku skałką, które leżą nad jesiorem. Po jej twarzy spływało trochę łez. Po kilku minutach poczuła obok siebie czyjąś obecność,  spojrzała na prawo i ujrzała Jeff'a, który patrzył się na nią z troską w oczach.
-Jak sie czujesz? -spytał.
-Jak córka jakiegoś tam Boga, który przyznał się do córki,  wiedząc że jest ona zagrożeniem. Supiii co nie?- Powiedziała z dużą dawką ironii.- Czemu zawsze mnie spotyka takie coś?
- Oj no nie płacz już,  to nie jest takie źle.  Pomysł, że jesteś córką jednego z najpotęrzniejszych Bogów.- Pocieszał ją, lekko przerzucając swoją rękę na jej barki i lekko ją przytulił- Nie zamartwiaj się aż tak bardzo, bo nie umiem pocieszać ludzi.- spróbował zażartować. Włóczykij lekko się uśmiechnęła.
-Nie martw się,  ja też tego daru nie mam.
-Może pójdziemy po twoje rzeczy do jedenastki? - zaproponował Jonathan. Po chwili wachania postanowiła,  że pójdą i zabiorą potrzebne rzeczy oraz chłopak pomoże jej się wprowadzić.
Szli w milczeniu, Włóczykij przypomniała sobie o Anubisie. 'Czemu akurat teraz o nim myślę? ', przypomniała sobie, nagle, jego słowa 'Zawsze znajdziesz pomoc na cmentarzy', a może by tak wmysknąć się z obozy by.. nie, to nienormalny pomysł. Ale zaraz..., ona jest nienormalna, to czemu by nie?
-Ooo widzę że humor ci się już poprawił panno Ironio- Powiedział Jeff, uśmiechając się.
-Tak jakby.-Po chwili milczenia, spytała i wskazała na jego usta- Jak to się stało?
Chłopak zrobił ponurą minę i zamyślił się na chwilę.
-Wypadek podczas treningu, byłem niedoświadczony. Na moment ktoś odwrócił moją uwagę i BUM. Mamy rozcięcie. Bym go nie miał,  lecz za późno dostalem ambrozje.
-To przykre.- Spojrzała na niego współczująco. - Ja też mam dużo blizn... większości na nogach od jazdy konnej. O, już jesteśmy. Wejdziesz ze mną?  -Zapytała, patrząc na niego błagalnie. Uległ spojrzeniu.
-Nooo dooobraaa-Odparł, robiąc minę zbitego psa.
Gdy weszli do środka,  pełno głów zwróciło się w ich stronę, aż  za dużo głów.
-GRATULUJEMY!- wrzasnęli wszyscy.
Włóczykij i Jeff stali tak w głębokim szoku, nie wiedząc co robić. Po chwili podszedł do nich rudowłosy chłopak i zaprosił na imprezę na jej cześć.
- Na moją cześć?  Serio. Doprawdy nie macie czego świętować? -zapytała z kpiącym uśmiechem.
- No przecież świętujemy, to że zostałaś córką Posejdona! Wiesz teraz co to będzie?  Powinnaś czuć się zaszczczycona!- Nawijała szybko jakaś dziewczyna, mniej więcej w jej wieku, miała zielone oczy i czarne włosy,  dość długie i proste.
- Powiedziała córka Hebe- zakpił Jeff, szepcząc to na ucho Włóczykija. Nastolatka zachichotała lekko.
- No to.. jak już się odbyła owa impreza na moją cześć-przemawiała podniesionym głosem,  by wszyscy ją usłyszeli- Nic innego nie pozostaje mi jak, wam podziękować za taką wyrozumiałość. Nie sądziłam,  że tak optymistyczne przyjmiecie, to że zostałam Jego córką.
-No z charakteru, mało co jest podobna do Percy'iego.- powiedział ktoś z tłumu. Wokół rozległy się zgadzające szepty.
-Percy? Czyli to mój brat ta? Poznam go?
-No napewno. Percy jest taaaaaki przystojny..-westchnęła jedna z dziewczyn, która miała z kilo pudru na twarzy. No, nie całkiem. Tak na oko ujmując.
-Romilda, córka Afrodyty. -Wyjaśnił Jonathan,  widząc pytający wzrok Włóczykija.
-Musicie mi wybaczyć,  ale ja tylko wpadłam po moje rzeczy, by sie przeprowadzić i już mnie nie ma!-Rozległy się ponure pomruki- Ale to nie powód do zakończenia impry co nie? - Zaopanowała. Nagle rozległa się muzyka, a po chwili można było zobaczyć tańczących herosów. "I dziwne, że wszyscy się zmieścili" pomyślała Włóczykij, zabierając swoje rzeczy. - Chodź Jeff.
Po chwili, gdy już się pozbyli serpentyny, którą oberwali "przypadkiem", skierowali się ku domkowi nr. trzy. Szli w ciszy,  aż w końcu Jeff ją przerwał.
-Jak masz na imie?
- Noo Włóczykij. Przecież już mówiłam. 
-Wiesz dobrze, że nie o takie imie mi chodzi. Jak masz na prawdziwe imie?
-A po kiego ci to wiedziec co?- zapytała rozgoryczona.
-Yyy
-No właśnie.
-Nie, niee. Chodzi mi o to, czemu też nie chcesz powiedzieć. I jak masz to też,  mi chodzi.- Plątał się w swoich słowach.
-Wiesz czemu nienawidzę swojego imienia? To przez jego znaczenie, ale teraz gdy się dowiedziałam czyją córką jestem, to ta nienawiść osiągnęła poziom apogeum.
-Ale co ...
-Mam na imie Meriel, ty upierdliwy człowieku. M.E.R.I.E.L. czyli Świecące morze. Zadowolony?  A spróbuj mi to komuś powiedzieć to będziesz miał w innym miejscu ten uśmieszek!-Zagroziła, ciskając gromami  z oczu.
-Ggdzie??.- zająkał się lekko.
Weszła na ganek swojego domku i wzięła karton od chłopaka,  po chwili spojrzała mu w oczy i odrzekła przesłodzonym głosikiem
-Na dupie, mój mały Jeff'ie.
Widząc jego niekumatą mine, roześmiała się perliście.
-Na mnie pora. Dziękuję ci bardzo moja prywatna niańko. Dobranox.- Pomachała mu i weszła do pomieszczenia.
Stały tam trzy łóżka z czego, dwa wyglądały na używane, jedno z nich stało w kącie pod ścianą,  a drugie zaraz przy wejściu. Ostatnie natomiast, to wolne, stało pod oknem. Usiadła na nim i stwierdziłs, że było ono wyjątkowo wygodne. Obok znajdowała się nocna szafka, a na drugim końcu łóżka kufer, zapewne na ciuchu.
Zmęczona,  nawet nie podziwiała wyglądu pokoju, tylko od razu rzuciła się na łóżko i zasnęła. Tej gwieździstej nocy sniła, o pewnym chłopaku z cmentarza...
.
Czytasz-komentujesz
#Włóczykij

piątek, 28 listopada 2014

Rozdział VII



Victoria straciła apetyt. Wyszła.
- Córka Posejdona -  prychnęła idąc w stronę domku numer siedemnaście. - Już bardziej nie dało się zrujnować tego wieczoru - mruknęła pod nosem i spojrzała w górę na niebo przybierające granatową barwę.
-Czemu za mną idziesz? - odwróciła się.
-Nie zamierzałem słuchać jak o niej szepczą - mruknął. - Trochę mi jej szkoda - przybliżył się do Victorii. - Pamiętam reakcje twoich braci kiedy pojawił się nad tobą, pięć lat temu, symbol Nike.
-Gabriel i Terry wzięli mnie na ręce i podrzucali - uśmiechnęła się pod nosem. - Potem pojawił się Dexter.
-Przybyłaś do obozu miesiąc po mnie - powiedział. - Nie zmieniłaś się przez te pięć lat, wciąż tak samo piękna i zabójcza.
Dziewczyna się zaśmiała, zarazem czując skrępowanie.
- Lubie twój uśmiech, czemu tak rzadko się uśmiechasz?
-Zazwyczaj nie mam powodu by się szczerzyć- odparła.
Alex dotknął dłonią jej policzka. Poczuła, że się czerwieni. Chłopak nachylił się nad nią i delikatnie wargami musnął jej usta, po którym nastąpił długi pocałunek. Stała chwilę spięta. ,, Cholera, Lily mnie zabije jeśli się dowie'' - pomyślała. Dobrze wiedziała, że jej jedyna przyjaciółka jest zauroczona w Alex'ie, natomias Victoria miała inny obiekt westchnień. A jednak nie zamierzała przerwać tego co właśnie miało miejsce. Złapał ją w tali, a ona położyła swoje ręce na jego ramionach.
Odkleili się od siebie, jednak stróżka śliny znajdowała się pomiędzy ich ustami, po chwili zniknęła. Nawet nie zauważyli jak jedenastoletni syn Nemezis przyglądał im się od początku, a potem przyłączyła się do niego Lily, która wracała z kilkoma innymi herosami z kolacji.
Victoria dostrzegła ją kątem oka i dała w pysk synowi Ateny. Ravi pobiegł do swojego brata Jeff'a, by mu o wszystkim powiedzieć. Lily przeszedł lekki szok i teraz była wściekła na swoją przyjaciółkę. ,,Jak ona mogła się z nim całować?!''  - jej myśli buzowały.
Córka bogini tęczy odwróciła się, a idąc do swojego domku rzuciła przez ramię:
- Nienawidzę cię Gloom!
Victoria spojrzała Alex'owi w oczy.
-To bolało - mruknął.
-Wiem - odmruknęła.
-Co się stało?
- Em... no więc... na twój widok Lily zapominała, jak się oddycha - odparła.
Chłopak posłał Vic uśmiech.
-Tylko, że ja gdy widzę ciebie, a nie ją, mam krwotok z nosa - wyszeptał znów dotykając wargami jej warg. - Odprowadzę cię - mówiąc to objął ją w tali i razem udali się pod domek numer siedemnaście.
On ją chciał, a ona kogoś innego, kto pewnie i tak na nią nie spojrzy. W towarzystwie tego drugiego czuła się lepiej niż przy Alexandrze.
-Dobranoc - powiedział gdy byli przed jej domkiem.
-Dobranox - odparła, zawsze mówiła z końcówką ,,x''.
Dziewczyna poczuła cmoknięcie na policzku. Weszła po schodach i zniknęła za drzwiami.
-Bierz to co dają Bogowie - wymamrotała pod nosem wciąż myśląc o Alex'ie i Jonathanie.
Położyła się na łóżku, a jej bracia zjawili się po kilku minutach. Najstarszy Gabriel, o dwa lata młodszy od niego Terry i trzynastoletni Dexter. Każdy z nich opadł na swoje "legowisko".
- Nasza mała siostrzyczka ma chłopaka - Gabriel posłał jej znaczący uśmiech.
- Daj jej spokój Gaba - odezwał się Ter. - Jest już przecież dojrzałą kobietą - obydwaj wymienili się znaczącymi spojrzeniami.
-Ten Alex jest całkiem ładny - mruknął najmłodszy. - Pasuje do ciebie Viciu - zaśmiał się wraz z resztą braci.
Dziewczyna prychnęła.
-Jesteście okropni.
-Za to nas kochasz siostrzyczko - powiedzieli wspólnie.
Przewróciła oczami odwracając się do nich plecami.
Następnego dnia miała podczas treningu Chejron kazał jej walczyć z Włóczykijem.
Po chwili córka Posejdona leżała na ziemi pozbawiona sztyletów. To samo było dwie godziny potem, gdy trenowali z mieczami.
-Umiesz cokolwiek - zapytała sucho Vic.
- Strzelać z łuku - odparła.
-W przeciwieństwie do moich braci nie jestem sportsmenką, ale jestem dobra w każdej konkurencji i każda wydaje mi się łatwa - prychnęłam. - Chejron mówił bym nauczyła cie władać mieczem, od tego będzie zależeć twoje życie...
Vic poczuła na sobie czyjeś spojrzenie.
Odwróciła się w chwili gdy Lily wymierzała w nią mieczem. Victoria nie zdążyła zareagować i po chwili miała przecięte obydwa policzki. Padła na ziemię.
-Ciekawe czy nadal podoba mu się twój uśmiech.
-Ty głupia suko - syknęła dziewczyna z twarzą ociekającą krwią i podniosła się chwiejnie na nogi.
- Jak mogłaś mi to zrobić? Przecież wiedziałaś, że mi się podoba - warknęła.
-Nie mam wpływu na to co ON czuje! - odparła spokojnie córka Nike.
-Ale to odwzajemniłaś szmato! - teraz każdy się na nie patrzył.
-Lily uspokój się - wtrącił się Chejron.
Spojrzała na niego morderczo, rzuciła mu ostrze pod kopyta i niespodziewanie wyciągnęła swój sztylet i wbiła go swojej byłej przyjaciółce w brzuch, dziewczyna nie była przygotowana na takie pchnięcie. Wyciągnęła ostrze ze swojego ciała i przebiła nim na wylot ramię Lily po czym zemdlała. Przed bliskim zbliżeniem z ziemią uchronili ją Jeff i Włóczykij.
-Zabierzcie ją szybko do izby chorych, ja zajmę się tym herosem- powiedział Chejron, a oni zrobili to co mu kazał centaur.

***

Victoria obudziła się na szpitalnym łóżku, chciała wstać, ale ktoś położył jej dłonie na ramionach.
-Rana ci się otworzy - usłyszała głos Jeff'a.
Chwilę trwało zanim go dostrzegła, po przebudzeniu miała mroczki przed oczami.
-Hej - wymamrotała.
-Dzień dobry śpiąca królewno - uśmiechnął się do niej, a ona to odwzajemniła i poczuła pieczenie ma policzkach.
-Teraz macie taki sam uśmiech - Włóczykij zaśmiała się, siedziała na sąsiednim łóżku, podczas gdy Jeff na tym co Vic.
-Jaki uśmiech? - zapytała wciąż przymroczona.
Córka Posejdona podała jej lusterko. Ten widok obudził Victorię całkowicie i dotarło do niej jakim sposobem dostała się do izby chorych.
-Co z Lily? - zapytała.
-Potem ci powiemy - odparł Jonathan.
-A Alex?
- Hah, był tylko zauroczony... obrzydził go twój uśmiech - powiedziała dziewczyna.
-To dobrze, nic do niego nie czułam - spojrzała na Jeff'a. - Jak ci się podoba? - wskazała na twarz.
-Przynajmniej teraz będziesz zawsze uśmiechnięta ponuraku - powiedziała szybko Włóczykij widząc zmieszanie chłopaka. -Powinnaś jeszcze odpocząć.
- Dziękuję wam - powiedziała Vic zapadając w lekki sen.

~Zakrwawiony Kapturek
Daj komentarz ;) 

wtorek, 25 listopada 2014

Rozdział VI cz.II

Zbliżał się koniec obiadu,  więc obozowicze musieli wrócić do swoich wcześniejszych zajęć. Victoria podniosła się wolno ze swojego miejsca i skierowała się do stolika Bogini Zemsty.
-Choć Nowa, oprowadzę ciebie po obozie. No ruchy, nie zamierzam zmarnować całego dnia.-Powiedziała suchym tonem.
-No już,  już ide. Do zobaczenia Jeff- uśmiechając się,  przybiła z nim 'męską' piątkę. 
Córka Nike uśmiechnęła się w stronę chłopaka i po chwili wyszła ze stołówki wraz z Włóczykijem.
Victoria oprowadzała 'Nieokreśloną' po całym obozie. Zaczynając od Wielkiego Domu, a na końcu odwiedziły  Stajnię pegazów.
-To jest stajnia. Raz lub maksymalnie trzy razy są zajęcia z latania w tygodniu. Jest tutaj około 20 pegazów. Ja posiadam własnego ogiera, Drakness'a. Może wejdziemy?-Zaproponowała Vic zmęczonym głosem. -Masz tutaj ponumerowane
boksy, Dark jest pod numerem 5, a pod numerami..-tłumaczła- No i ostatni boks.., za tym pegazem, nie przepadają, jest niemiła, wredna, kopie strasznie. Dlatego nią zajmują się harpie.
-Mogę ją zobaczyć? -zapytała Włóczykij.
-Jeśli ci życie miłe... a zresztą chętnie popatrze.
Włóczykij weszła ostrożnie do pomieszczenia i ujrzała piękna klacz. Miała nietypowe, nietoperze skrzydła, maść koloru jasnego grafitu oraz jaskrawo białą grzywę i ogon. Gdy kobyła skierowała swój wzrok na 'intruza' nie zareagowała, tylko patrzyła się na jej poczynania.
-Hej malutka.-powiedziała miłym głosem,  wyciągając rękę w stronę pegaza. Ta nań spojrzała podejrzenie i ostrożnie podeszła i obwąchała rękę.
"No nie jestem taka malutka jak się zdaje"~ usłyszała głos w swojej głowie.
-Co do czorta?!-Spojrzała na klacz.-To ty?
Koń pokiwał głową lecz już się nie odezwała.
-Dasz się wyczyścić? Masz posklejaną sierść ...-Zapytała Włóczykij.
Kobyła parsknęła, co chyba oznaczało "Tak". 'Nowa' wyszła z boksu i ruszyła ku półce z szczotkami. Wracając zobaczyła zdumioną Victorie, która zapewne nie dowierzała, że wogóle dotykam tego pegaza. Uśmiechnęła się zwycięsko 'Nieokreślona' i wróciła do klaczy, by ją oczyścić.
-Córko bogini fajnych hurtowni z butami, jak ona ma na imię?
-Serio? Hurtownia z butami-rzekła lekko zirytowana- To jest klaczka Venora, posiada jakąś moc, ale ja nie wiem jaką... wie to tylko Chejron-odpowiedziała- A propo centaura! Zaraz jest godzina 17, wiec za około 2 godziny jest kolacja, ale ty masz iść o 18 do Chejrona na rozmowę. A potem na kolacje, skumałaś?-mówiąc to ziewnęła- A ja wracam do domku, by odpocząć.  Jak będziesz wychodzić to zamknij boks i dzwi do stajni. A potem sama się poszwędaj po obozie, nie wiem poznaj kogoś. Na mnie czas. Hej-wyszła szybko z pomieszczenia.
-No to zostałyśmy same droga Venoro. -po chwili milczenia-Chejron, centaur, to brzmi dziwnie... i ciekawe kto to..-mówiła do siebie. Po dłuższym czasie spędzonym z Venorą, którą bardzo polubiła, skierowała się ku jadalni, ponieważ dochodziła godzina 19. Niemożliwe,  że tak długo się zasiedziała w stajni. I na dodatek kompletnie zapomniała pójść do Chejrona! "Kurde"-pomyślała. Za pięć siódma,  przyspieszyła kroku, aby po chwili biec ku stołówce. "Udało się,  przynajmniej tutaj jestem na czas", podeszła ku ognisku, gdzie się wszyscy zebrali i wyrzucali po kawałku swojej porcji do ogniska. Włóczykij oddaliła się kawałek od zbiorowiska i uklękła by zawiązać buty. Nagle w koło zrobiło się cicho, przerażająco cicho. Dziewczyna podniosła głowę i spojrzała na towarzyszy, każdy patrzył w jej stronę lecz nie w oczy, tylko na coś nad jej głową. Zaciekawiona spojrzała w górę i ujrzała zielony trójząb, który powoli znikał. Po chwili już go nie było,  teraz każdy patrzył na nią

Czy ktoś mi powie o co tutaj chodzi?!-Podniosła głos,  wytrącając obserwatorów z ogromnego szoku.

-To niemożliwe. -powiedział głos za nią. Szybko obróciła się i ujrzała,  bodajże tak jak przypuszczała, Chejrona.-Witaj w naszych progach, tajemnicza Córko Posejdona.


niedziela, 23 listopada 2014

Rozdział VI. cz I

Wyszła wraz z Victorią z domku poświeconemu Hermesowi.Zmierzając ku jadalni, Włóczykij rozglądała się dookoła wszystko podziwiając,  zaś jej towarzyszka bacznie się jej przyglądała.
-Ile masz lat?-zapytała.
-15. - Odpowiedziała 'Nieokreślona'
-15, serio? I jeszcze jesteś nieokreślona, dziwne. Bogowie, dzięki Percy'iemu, mieli przyznawać się do swoich dzieci szybko. Ja zostałam określoną w wieku 10 lat. Jestem tutaj jedną z tych, które są najdłużej. Widzisz te paciorki na rzemyku, na szyi? Każdy z nich określa pobyt tutaj w każdym roku. Ja mam pięć.-Wyjaśniła ze znudzeniem w głosie-A mianowicie.., mam ciebie oprowadzić, po obiedzie oczywiście,  po obozie, ale najpierw musisz się stawić u Chejrona. Byś wcześniej z nim porozmawiała, ale musiał konieczne z panem D. porozmawiać.
-Pan D.? Dionizos?-spytała słuchaczka.
Vic spojrzała na nią ze ździwieniem.
-Zgadza się-po głębszym namyśleniu dodała- Chyba nie będę cu musiała tłumaczyć jaki Bóg od czego jest, prawda? Przynajmniej tak mi się zdaje.
-Nie, nie musisz. Kocham mitologię.-zamilkła na chwilę- A wracając do mojej orientacji seksualnej to nie jestem lezbą. I doprawdy, jak mogłaś tak pomyśleć? -uśmiechnęła się ironicznie.
-A mogłam. Już raz jedna się mnie ulepiła. Nimfa wodna. Strasznie nachalna była. No, ale się w końcu odwaliła.-pochwili rzekła- No dobra, teraz ty mi coś o sobie powiedz. Jak tu się znalazłaś,  zainteresowania.. i tym podobne. Bo przecież nieznajomej nie będę oprowadzać.-uśmiechnęła się lekko.
-Tak więc,  przyprowadził mnie tutaj Olaf, który przy okazji uratował mnie od wielkiego skorpiona. Interesuje się mitologią, jazdą konno, pływaniem oraz judo. W szkole raczej mam słabe oceny, choć z dodatkowych miałam super oceny. Mieszkam, a nie sorki, już nie mieszkam z ciotką. Coś jeszcze chcesz wiedzieć,  córko od bogini butów? -zakpiła, rozdrażniona tematem o ciotce. Victoria spojrzała zirytowana.
-Spokojnie, już. Widzę,  że zadziorna jesteś... stawiam, już nie Afrodyte tylko Aresa lub Nemezis...-Zakończyła dziwnie milknąc i patrząc na pewnego chłopaka z "długim" uśmiechem, który szedł w stronę swojego stolika.-Dobra,  jesteśmy w stołówce, niestety nie ma miejsca przy twoim tymczasowym domku, więc może usiądziesz przy...-zawachała się chwilkę- stoliku Nemezis? Smacznego!- skierowała się do swojego stolika,  gdzie siedziało trojga jej braci. Włóczykij niepewne
skierowała się do stolika, gdzie siedział mniej więcej chłopak w jej wieku. Miał dość długie,  czarne włosy, jasne oczy, bladą cere oraz wydłużony uśmiech. Obok siedział 11-latek, który opychał się pizzą. Usiadła speszona na przeciwko starszego chłopaka i spojrzała mu w oczy i uśmiechnęła się. Odwzajemnił lekko uśmiech i przywitał się.
-Cześć. Jestem Jonnathan w skrócie Jeff. A to mój młodszy brat Ravi-spojrzał z krytyką w oczach na małego,  który beknął.
-Ja jestem Włóczykij. Nieokreślona, nowa. Nikogo nie znam. I tak dalej.-odpowiedziała. Spojrzała z zaciekawieniem na usta Jeffa- Rana cięta, tak?
Spojrzał nań zdziwiony.
-Zgadza się, wypadek przy walce na sztylety. Skąd wiedziałaś? -spytał.
-Można by rzec, że się na tym trochę znam.-Przekrzywiła śmiesznie na bok głowę,  przypominała teraz, troszkę psa, który nie wie o co chodzi- Ile masz lat?
-16. Co jak co, ale potrafisz człowieka zdziwić swym bez zawstydzeniem..-przerwał na chwilę,  ponieważ nimfy przyniosły talerz i kieliszek dla dziewczyny. -Pomyśl co chcesz zjeść oraz wypić i się pojawi.-wyjaśnił.
-Czyli, na przykład, jak poprosze o rosół, to sie pojawi?
-Tak, pojawi się-Poczuł sympatię do tej dziewczyny. Coś w sobie miała,  co przykuwało uwagę. Pomyślał, że może zostaną przyjaciółmi. Nie miał zbytnio przyjaciół,  to przez jego 'uśmiech', i od niedawna oczy. Ale ona, oraz jeszcze pewna dziewczyna, nie zwarzały na wygląd i to mu się podobało.
-Halooo! Słuchasz ty mnie wogóle?  Czy myślisz tak głęboko,  że rękę do sałatki włożyłeś? - Gdy spostrzegła jego minę,  nie wytrzymała i wybuchnęła niekontrolowanym śmiechem, ściągając na siebie uwagę większości osób,  w tym pewnej dziewczyny, która  miała ją oprowadzać. Rozległy się szepty o Włóczykiju i Jeffie, 'nie powinna się z nim zadawać,  to dziwak' powiedziała jedna z córek Afrodyty, tak że,  na jej nieszczęście,  Włóczykij to usłyszała. Natychmiast przestała się śmiać i spojrzała na ów dziewczynę z ognikami w oczach.
-Może jeszcze raz powtórzysz, z jakim dziwakiem mam się nie zadawać,bo nie słyszałam- podniosła głos- Jedynego dziwaka jakiego tu widzę, to jesteś TY. Widzę,  że koleżanka ma się za lepszą od innych i mówi swoim przesłodzonym głosikiem głośno komentarze, które jej odpowiadają. A jak by ktoś tak o tobie mówił byłoby ci miło?! NO BYŁOBY?!-Krzyknęła ostatnie słowa do córki Afrodyty, ciskając błyskawice w jej stronę-No chyba wypadałoby coś powiedzieć-wycedziła.
-Ppprzeppraszaaam Jeffff.-Wyjąkała. -Spoko-Odpowiadział nadal mocno z szokowany, wybuchem nowo poznanej.
Włóczykij omiotła swoim spojrzeniem całe pomieszczenie i rzekła uśmiechając się lekko:
-Smacznego.
Po jakiś 10 minutach w stołówce zapanował z powrotem, taki sam gwar jak dotychczas.
-Nie musiałaś tego robić-Odważył się w końcu odezwać.
-Wiem, ale chciałam. Nie będzie mi jakaś tapetka mówić z kim mam się zadawać- uśmiechnęła się ironicznie- poza tym polubiłam cię.
Zerknął na nią lekko zdziwiony.
-Z wzajemnością panno Ironio. -Uśmiechnął się szeroko. Dosłownie.
-Cieszę się panie Jocker- Droczyła się.
-Osz tyy!-Zaśmiał się głośno.
Przez resztę uczty gawędzili wesoło,  czasem zamieniając zdanie z domkiem Apolla, bo znajdowali się na przeciwko. Nie wiedzieli jednak, że z odrobiną zazdrości, przygląda im się pewna dziewczyna z domku Nike.
#Włóczykij
.
CZYTASZ=KOMENTARZ

sobota, 22 listopada 2014

Rozdział V


Upłynęło kilka dni od rozpoczęcia się wakacji. Grupa Herosów stała czekając aż Chejron, który nadzorował dzisiejszą lekcję dobierze ich w pary. Mieli walczyć krótką bronią białą. Po chwili połowa z grupki młodych półbogów czekała aż centaur da znać, by mogli zacząć, natomiast pozostali niecierpliwie czekali na przydział.
-Lily ty z Clarą - powiedział Chejron. - Max i Peter... - zastanowił się przez chwilkę. - Johnatan będziesz z Jimmy'm, Alexander z Victorią... - wymawiał dalej imiona, a córka Nike stanęła obok syna Ateny.
Kiedy każdy miał już parę Chejron dał znak by zaczęli.
Victoria atakowała, a Alex postanowił wybrać obronę. Odparowywał jej ruchy. Chłopak zaczął się cofać, nie zauważył jednak jak ona podstawiła mu nogę. Runął na ziemię, kopniakiem wytrącił jej jeden z sztyletów. Wstał i teraz to on atakował. Dziewczynie było trochę trudniej kiedy on miał dwa, a ona jedno ostrze. Victorii wydawało się, że Chejronowi odbiło, Nike i Atena nigdy nie były przeciwko sobie, zawsze współpracowały. Alex myślał podobnie. To było idiotyczne. Wytrącił jej drugi sztylet, obrócił dziewczyną i złapał ją od tyłu tak, że nie mogła poruszyć rękami i przystawił jej sztylet do gardła, a ona przechyliła się do tyłu i potem w prawo. Oboje wylądowali na trawie, Alex'owi broń wypadła z rąk kiedy znalazł się na dziewczynie.
-Remis? - zapytała.
-Remis - nachylił się nad dziewczyną, ale właśnie w tym momencie przygalopował Chejron. Alex zmieszał się i wstał po czym podał dłoń zarumienionej dziewczynie.
Jeff cały czas zerknął na nią kątem oka, od początku treningu, ale teraz czuł złość wobec syna Ateny. Mimo, że za dobrze nie znał chłopaka już go nienawidził. To go rozproszyło i oberwał w skroń rękojeścią sztyletu Jim'a. Osunął się nieprzytomny na ziemię.
- Victoria, mam do ciebie prośbę - powiedział centaur. - W izbie ch...
- Panie Chejronie! - krzyknął jakiś trzynastolatek kilka metrów dalej.
- Tak Jimmy? - zapytał podchodząc bliżej. - Och - wziął na ręce nieprzytomnego Jonathana. - Chodź Victoria, Alex trenuj z Jimmym.
- O co chodzi? - zapytała dziewczyna.
Chejron tylko na nią zerknął i przyśpieszył kroku.
Kiedy znaleźli się w izbie chorych centaur położył Jeff' a na jednym ze szpitalnych łóżek.
-Trafiła do nas wczoraj - powiedział centaur. - Zajmij się nią, nim przy okazji też - wskazał podbródkiem bladego chłopaka.
-Jasne - odparłam z lekką niechęcią, a Cheiron wyszedł, a dziewczyna usiadła na krześle pomiędzy dwoma łóżkami. Zerknęła na Jeff' a.
Trochę była zmieszana przebywając w jego towarzystwie, nie miał powiek.
Wstała i poszperała w szafkach. Znalazła jakąś maskę do snu, założyła mu ją. Chłopak się przebudził i usiadł na łóżku.
-Śpij jeszcze - usłyszał głos Victorii, ale jej nie widział.
- Gdzie jestem? - zapytał.
-W izbie chorych, zemdlałeś od udeżenia w głowę - wyjaśniła dziewczyna, a on opadł z powrotem na poduszkę.
Poczuł jej dłoń na skroni.
-Boli? - zapytała przyciskając palce do lekko sinego miejsca.
-Trochę- odparł.
-Spróbuj zasnąć - powiedziała i chciała już zabrać dłoń, lecz on złapał ją za nadgarstek.
-Tylko mnie nie zostawiaj - powiedział, a ona się zaśmiała. - Mówię poważne, nie znoszę tego miejsca.
-Jasne - odparła, puścił jej dłoń i spróbował zasnąć.

*dwie godziny potem*

Jonathan obudził się z niespokojnego snu. Poczuł ja ubranie klei się do jego spoconego ciała. Zrzucił maskę nocną, Victoria siedziała na jego łóżku.
- Masz koszmary - stwierdziła, spojrzał na nią smutno.
-Od dłuższego czasu - wyznał. - Ten był wyjątkowo spokojny. Yhh...
Dziewczyna zmarszczyła brwi, ale nie odezwała się. Spojrzała na dziewczynę na sąsiednim łóżku.
-Kto to?
-Nie wiem tego jeszcze - westchnęła.
Jonatan wstał.
-Chyba powinienem już iść.
-Jak uważasz - mruknęła.
-To... spotkamy się na obiedzie?
-Jeśli ona do tego czasu się obudzi.
Podszedł do drzwi i uchylił je.
-Jeff? - odwrócił się i spojrzał na dziewczynę.
-Tak?
-Ślinisz się przez sen - Victoria posłała mu uśmiech, który on odwzajemnił i wyszedł.

Nieznajoma otworzyła oczy kwadrans potem i rozejrzała się po pomieszczeniu.
-Gdzie jestem? - wymamrotała.
-W izbie chorych.
Zerknęła na dziewczynę siedzącą przy jej łóżku.
-Eee... kim ty jesteś?
-Victoria Gloom, córka Nike.
-To się chyba czyta Najk, jesteś córką marki butów?
Victoria zrobiła facepalm.
-Córką Nike, bogini zwycięstwa. Jak masz na imię?
-Włóczykij, nazwiska nie znam - przedstawiła się nieznajoma.
-To nie jest imię - zmarszczyła brwi.
-Jest - uparła się.
-Niech ci będzie - mruknęła Vic. - Jesteś głodna?
- Troszkę - Włóczykij usiadła na łóżku. - I jak możesz być córką bogini?
-Mam ci tłumaczyć teraz jak powstają dzieci? No więc moja boska matka zeszła z Olimpu i spotkała się z mężczyzną, zakochali się w sobie, mój ojciec zabrał ją do łóżka, a tam...
-Dobra, nie chcę znać szczegółów.
- To dobrze, bo ja też ich nie znam, do obiadu zostało nam pół godziny, weź swój tobołek i chodź.
Kiedy znalazły się poza izbą, Włóczykij rozglądała się na wszystkie strony.
-Czy te konie...
-... tak, mają skrzydła - mruknęła Vic i znalazły się przed domkiem numer jedenaście. - Tu będziesz mieszkać dopóki nie zostanie określony twój rodzic, no chyba, że jesteś dzieckiem Hermesa, w tedy tu zostaniesz.
Włóczykij nie rozumiejąc co się tu dzieje spojrzała na nią pytająco.
-Nie gap się tak na mnie, nie potrzebuję adoratorek - spojrzała na nią znacząco.
-Ale ja nie...
-Miałabym wątpliwości do twojej orientacji, możliwe że jesteś córką Afrodyty.
Weszły do domku, gdzie było dość tłocznie. Podszedł do nich jeden z synów Boga podróżnych i złodziei.
-Hej Victoria - puścił do niej oczko. - A to kto?
Zirytowana dziewczyna odparła:
-Włóczykij, nieokreślona.
-Stawiam swój nóż, że to Afrodyta - powiedział jakiś chłopak.
-Włóczykij poznaj Travisa - powiedziała Vic.
-Poszukam ci po obiedzie jakiś kąt do spania - powiedział.
-Pilnuj swoich rzeczy będąc tutaj - szepnęła córka Nike do dziewczyny. -A teraz chodź na obiad.

~ Zakrwawiony Kapturek


Nie zapomnij dać komentarza...

piątek, 21 listopada 2014

Rozdział IV

Anubis zmierzał ku tronowi swojego opiekuna,boga  Ozyrysa.  Zamierzał zmusić go, by pozwolono mu, porzucić swoją "robotę", którą musiał wykonywać od zawsze. Miał tego serdecznie dość, ciągle musiał sądzić dusze, pilnować porządku.. "DOŚĆ". Stanął przed tronem władcy i czekał, aż skończy rozmawiać z pewną duszą. Po jakimś czasie zjawa odleciała, a Ozyrys spokrzał na niego.
-Tak Anubisie?
-Mam taką nietypową sprawę Panie...
-Mów że więc. Nie ugryzę cię- Zażartował.
-Chodzi o moją prace Mistrzu,  nuży mnie bardzo. Mam już dość tej rutyny. Ichciałemzapytaćczykogośmamojemieksceniema.-Powiedział bez ogródek,  lekko się czerwieniąc.
-Mógłbyś powtórzyć to ostatnie zdanie?- rzekł ze spokojem.
- Chciałem zapytać czy nie ma kogoś w zamian na moje miejsce.
Po długiej chwili ciszy i patrzenia sobie w oczy Ozyrys rzekł:
- Tak myślałem, że prędzej czy później do mnie przyjdziesz z taką prośbą. I zgaduje... chcesz się stać śmiertelny?
Z szokowany odpowiedział:
-Ttak Ozyrysie. Taki miałem zamiar.
-Będziesz musiał dogadać się z Horusem w tej sprawie oraz z Izydą. Będzie ciężko. Nie wiadomo także czy znajdzie się osoba na twoje miejsce Anubisie.
-Rozumiem. Ale postarać się mogę prawda? I mogę na ciebie liczyć, tak?
Ozyrys roześmiał się lekko.
-Na mnie zawsze możesz liczyć młodzieńcze. A teraz mi powiedz, co to za dziewczyna? Bo Sadie napewno nie.-uśmiechnął się tajemniczo.
-Dziewczyna? Jaka dziewczyna?- Zapytał, robiąc głupią minę.
-Ta dziewczyna przez która chodzisz ciągle zamyślony. I to nie jest Sadie Kane.-Rzekł z tajemniczym uśmiechem. Anubis zrobił zamieszaną minę,  a po krótkiej ciszy powiedział:
-Dzięki temu, że z Sadie mnie rozdzielili, zrozumiałem że było to tylko przyzwyczajenie, potrzeba osóby która by zrozumiała mnie... wiem to głupio brzmi, ale tak jest.-wyjaśnił-Niedawno poznałem pewną dziewczynę. Jest dla mnie wielką zagadką, tajemniczą osobą,  która mnie do siebie ciągnie. - zakończył swój monolog, patrząc uważnie na słuchacza.
Bóg zmarłych myśląc,  podrapał się po brodzie i zapytał:
-A jak ma na imie owa Tajemnicza Panna?
-Włóczykij. Nie podała swojego imienia. Ale sądząc z tego co mówiła,  nie lubi go.
- Zadziwiające! Nie lubi pierworodnego imienia..., a nazwisko?-dopytywał.
-Nie zna. Tak tak, mnie też to dziwi, ale mówiła że nie ma, ani nie zna swojej rodziny.-Odpowiadział Anubis.
-Nader dziwne, powiadam. Wybacz, ale niestety musimy,  ja i ty, wracać do pracy. Czyż nie?- powiedział służbowo. Na koniec dodał- A w sprawie tej śmiertelności,  to możesz na mnie liczyć. Wystawię się za tobą,  w razie czego. A teraz migiem, dusze same się nie podzielą.-zakończył rozmowę lekkim chichotem.
                               *  *  *
Kobieta po ciężkiej podróży w końcu dotarła do domu. Rzucając swoją torbę na fotel, skierowała się do łazienki umyć ręce. Gdy wracała do salonu, sięgnęła po swoją torbę,  wyciągając z niej glinianą figurkę- uszebti. Posiadała ona średniej długości, blond włosy które okalały drobną głowę. Jasne brwi, pod którymi znajdowały się całe czarne oczy, z czerwoną obwodódką, na kształt tenczówki. Pięknie ukształtowane usta, a w nich śnieżnobiałe zęby, których trójki były ostre jak brzytwa.
Kobieta wyciągnęła także różdżkę, by po chwili rzucić czar na figurkę. Uszebti natychmiastowo zaczęła rosnąć. Po jakiś 10 minutach, osiągnęła ludzkie rozmiary oraz drobną budowe ciała.
-Ja, ta która ciebie ożywiła, nadaje ci imię Ben. Posiadasz własną wolę oraz charakter. Twoją misją jest po prostu życie. Możesz znaleść osobę,  która cię ulepiła lub podróżować po świecie. Nakazuję ci także,  nigdy do mnie nie wracać. Idź Benie, ten który ma moc wiedzy i logicznego myślenia,  idź i żyj!-zakończyła swoje czary, mdlejąc. Miała powód by ożywić tę figurkę. Na szkolnych zajęciach,  ta dziewczyna miała w sobie coś z egiptu. Wyczuwała to, dlatego kazała jej ulepić uszebti.
W tym samym czasie Ben energicznie zamrugał powiekami oraz trzęsąc ramionami, jakby z siebie zrzucał jakąś niewidzialną sieć. Przypominając sobie rozkaz skierował się ku wyjściu. Choć nadal był oszołomiony, wyszedł na ulicę i przeszedł kawałek, by po chwili usiąść na pobliskiej ławczce, zamknąć powieki i przyzwyczajać się do nowego stylu życia.
                              *  *  *
#Włóczykij
.
CZYTASZ=KOMENTUJESZ

wtorek, 18 listopada 2014

Rozdział III

Od pamiętnego spotkania pana Grabarza minęło 5 dni. Od tego czasu, Włóczykij podążała przed siebie. Nocowała w różnych miejscach, zaczynając od drzewa, a kończąc na ławce w parku. Nie miała żadnego celu. Teraz aktualnie była w jakiejś obszernej kamienicy,  gdy niespodziewanie zobaczyła, o dziwo, wielkiego skorpiona. Był cały czarny, z czerwonymi ślepiami, a wzrostu miał około 3 stóp. Otworzyła szeroko oczy ze strachu i zamarła. Nie wiedziała czy uciekać,  czy stać bez ruchu. Jednak wybrała pierwszą opcję. Po chwili uciekała przed stworem główną uliczką i zdziwiła się, gdy spostrzegła, że nikt prócz niej nie widzi pokraki. Niespodziewanie wpadła na mężczyznę w średnim wieku.
-Hę??? Co się dzieje- Powiedział.
- Przepraszam! Bardzo! Naprawde,  ale się spiesze.-odpowiedziała łapiąc oddech.
Mężczyzna spojrzał za nią, robiąc wielkie oczy.
-To niemożliwe...- wyszeptał.- On cię ściga?
-Widzi pan go? Tak, on mnie ściga.
-Z jakiego numeru domku jesteś? -zapytał wyciągając z plecaka drewnianą pałkę, w tym samym czasie obserwując skorpiona, szukającego zapachu ofiary.
-Eee.. Numeru czego?
-Jesteś przecież półbogiem, inaczej byś nie widziała skorpiona z Podziemia.
-Pan mnie musiał z kimś pomylić. Ja półbogiem? Żarty pan sobie robi?
-Cholera! Nie uznali cię?! A mieli złożoną obietnice. A niech cię Zeusie!.
Gdy to powiedział, niebi przeszył kształtny piorun.
-No pewnie, wkurzaj się. -wymruczał- Dziecko, schowaj się za mną i nie dostań zawału, proszę.
Mówiąc jednocześnie zaczął ściągać spodnie. Z przerażeniem odkryła że... jest satyrem!
-Pan jest satyrem!-Wydyszała.
-Olaf, do usług-Krzyknął,  szarżując ku skorpionowi. Stwór wnet odwrócił się w jego stronę, atakując.
Ździwiona patrzyła jak pan Olaf, bez trudu odrywa koniec ogona przeciwnikowi i zadaje ostateczny cios między oczy. Z drwiącym uśmiechem, odwrócił się ku niej.
-A teraz ci powiem.. a raczej stwierdzę..Tak.Ja.Jestem. Satyrem.  A ty, moja droga, jesteś.półbogiem. Tylko nie wiadomo od którego tam z góry. -Puścił jej oczko-Teraz nie jesteś bezpieczna, jako istota o takich mocach. Istnieje taki obóz,  Obóz Herosów, mogę ciebie tam zaprowadzić i zapewnić opiekę.
-A..aa..ale proszę pana..jaa półbogiem?
-No chyba  nie muszę ci tłumaczyć jak dziecku!?-powiedział z ironią- Wiem, że trudno w to uwierzyć ale taka prawda. A teraz bierz swoją torbę i idziemy!
W lekkim szoku, no dobra, w oszołomiemiu ruszyła za Olafem, który zdążył już ubrać swoje spodnie. Doszli po jakimś czasie do czarnego samochodu, usiedli i pojechali w nieznaną jej drogę.
-Dobrze, że ciebie znalazłem. Inaczej ten stwór by cię dorwał. A teraz mam do ciebie takie pytanko.. wiesz cokolwiek o mitologii greckiej? -spytał
-Oczywiście! Bardzo lubie wszelkiego rodzaju mitologię. -po chwili milczenia dodała- Troszkę dziwnie to zabrzmi, ale ja pana nie znam, można by powiedzieć,  że jest pan psychopatą który wykorzystuje oszołomione dzieci a potem się z nimi zaprzyjaźnia by potem je zabić i sprzedać narządy. -zakończyła swój monolog, patrząc na niego uważnie.
Pierw na jego twarzy zawitało ogromne zdziwienie lecz potem roześmiał się w niebogłosy.
Opanowując się powiedział:
-Wiesz co, polubiłem ciebie,  masz specyficzne poczucie humoru. Rzadko kogoś lubie- nagle ucichł.
Zrobiła zmieszaną minę.
-Coś się stało,  że tak nagle zamilkłeś? Wiesz... ja mogę ci pomóc. -zaproponowała.
-Większości satyrów mają mnie za odludka, z powodu mojej mamy, ale to już inna historia, chodzi też o moje znamiona. Śmieją się z nich, gdyby przeżyli stratowanie przez pokaźnego pegaza,  a później mieli takie znamiona jak ja, ciekawe czy byłoby to śmieszne. Tylko herosi się nie smieją. -zakończył swój wywód ślepo patrząc na drogę.
Dziewczyna trochę posmutniała 'Biedak.' Przyjrzała się jemu dokładnie. Był mniej więcej jej wzrostu, jasnoblond włosy z pofarnowanymi na niebiesko końcówkami, oczy koloru zielonego, kilka drobnych piegów. Twarz o delikatnych rysach była przyłączona do dobrze zbudowanego ciała.. przynajmiej do połowy,  a od połowy w dół był kozłem o futrze jasnym jak swoje włosy. A jeśli mowa o bliznach, mial na twarzy kilka białych śladów po przecięciach, na jednym z ramion musiał mieć chyba oderwaną skórę i z powrotem zaszytą, na obojczyku widniała głęboka szrama, która o ciupinę psuła całokształt. Ale tak, to musiała przyznać,  że na swój sposób był przystojny.
-Nie widzę powodu do śmiechu i dziwię się,  że nie dostrzegają takiego fajnego faceta.- powiedziała bez ogródek.
Spojrzał nań zdziwiony i uśmiechnął się przyjaźnie.
-Schlebiasz mi. A tak właściwie jak masz na imie?
-Włóczykij.
-Pytałem o imie, a nie przezwisko-odparł z uśmiechem.
-Włóczykij. Nienawidzę swojego imienia a nazwiska nie znam. Nie znam swojej rodziny, nie miałam nigdy nikogo bliskiego, no prócz sąsiadki,  ale to nie bliska osoba. I proszę nie drąż tematu.- po dłuższej chwili dodała- a ty tak właściwie ile masz lat? Wyglądasz na 18latka.
-Ohoho, tak dobrze nie ma. Satyrowie się szybciej starzeją. Aktualnie mam 29 lat. Ale nie bierz mojego wieku na poważnie i nie mów do mnie per 'pan'. Olaf starczy. No już jesteśmy,  tylko kawałek do przejścia.
Wysiedli z samochodu, rozejrzała się po okolicy stwierdzając, że stoją na skraju lasku.
-To w drogę! -Powiedział i ruszył w głąb drzew.
Z ciekawością ruszyła za nim. Po jakiś 15 minutach marszu, dostrzegła piękną i rosłą sosnę, a dalej bramę z wykutego kamienia, ale nie zdążyła przeczytać tytułu,  ponieważ coś ruszyło się pod iglakiem, gdy tam spojrzała, ujrzała smoka. Zemdlała, za dużo wrażeń jak na jeden dzień...
#Włóczykij

Rozdział II

  Rok szkolny się skończył, zaczęły się wakacje. Herosi powracali do Obozu Pół Krwi. Victoria, dla której był to piąty rok pobytu tutaj nie mogła się doczekać spotkana ze swoją przyjaciółką Lily. Wyszła z domku Numer Siedemnaście, Domku Nike.  W przeciwieństwie do większości swoich znajomych nie wracała po wakacjach do domów,  nie chodziła do szkoły. Nie miała innej rodziny niż matka, skrzydlata bogini zwycięstwa, z którą i tak się często nie widywała...
  Idąc dalej Victoria zauważyła biegnącą w jej stronę dziewczynę ze sporą torbą na plecach, za nią szła grupka innych dzieciaków do których podbieli satyrowie, by się z nimi przywitać po dziewięciomiesięcznej rozłące.
 - Victoria! - wykrzyknęła dziewczyna i wpadła Victorii w ramiona, tak, że po chwili obie leżały na trawie.
 -Hej Lily - wymamrotała córka zwycięstwa podnosząc się i podając rękę przyjaciółce.
Lily była córką Iris, bogini tęczy. Delikatne rysy twarzy, ciemno oliwkową skórę, usta, które prawie zawsze był uśmiechnięte, oczy brązowe i włosy z naturalnymi tęczowymi pasemkami między czarnymi włosami - to wszystko odziedziczyła po matce. Victoria, córka Nike  pod tym względem się bardzo od niej różniła, miała oczywiście delikatnie wyglądającą twarz, ale miała jasno brązowe włosy. Oczy głęboko błękitne, wokół źrenicy jest złota obręcz przebiegająca przez błękitną tęczówkę, co z daleka wydawało się, że są szaro zielone, no i oczywiście jasną karnację.
 - Mam ci tyle do opowiedzenia - powiedziała Lily biorąc pod rękę przyjaciółkę i zarzucając torbę na plecy ruszył do domku numer czternaście, gdzie latem przebywała wraz ze swoim starszym o dwa lata bratem Cameronem.
  Kiedy się rozpakowywała mówiła o tym co wydarzyło się w roku szkolnym. Kiedy Lily mówiła o tym jak jeden z jej znajomych wyleciał ze szkoły, zjawił się Cam.
 -Witaj Cameleonie - Victoria wiedziała, że nie chłopak nie znosi jak go tak nazywała.
 - Już miałem cichą nadzieję, że...
Nie dokończył ponieważ jego siostra pacnęła go w ramię.
 -Ał - syknął i oparł granatową walizkę o swoje łóżko. Dziewczyny wyszły kierując się w stronę kilku obozowiczów grających w siatkę, ulubioną grę Liliy.

*** 

 Jonathan wszedł na teren Obozu.

niedziela, 16 listopada 2014

Rozdział I

Weszła do mieszkania swojej opiekunki i od razu powitał ją zapach wilgoci pomieszanej z alkoholem. Kierując się ku salonowi, zobaczyła śpiącą kobiete na fotelu.
-Śpi... tylko to zostawie i już mnie nie ma- mruknęła do siebie, jednocześnie odkładając świadectwo na stół. Skierowała się do swojego pokoju. Był niewielki, koloru morskiego z różnymi atrybutami bogów. Kochała mitologie. A wracając... okno znajdowało się na przeciwko drzwi,  z którego widać było zniszczony plac zabaw, pod lewą ścianą znajdowało się czarne łóżko, a w środku była zielonkawa pościel, na drugiej ścianie wisiała półka z książkami i rzadkimi kamieniami, które zbierała.  Pod półką,  stało stare biurko razem z taboretem. Na podłodze znajdował się puchaty dywan w kolorze turkusowym. Tak... jej pokój jako jedyny był zadbany i tylko ona miała do niego wstęp.
-MERIEL!!!- usłyszała nagle. "Aha! Czyli już zobaczyła to ździerstwo".
-Też cię miło widzieć ciotko!-odpowiedziała wchodząc do salonu, by po chwili ujrzeć ciotkę. Nic się nie zmieniła. Nadal przy sobie, rybie oczy, żabie usta i ten nos..yghh z wystającymi włosami.
-O co chodzi ciociu?
-O co chodzi? O CO CHODZI? Co to ma być dziewucho, co?! Taki wstyd! Jak śmiesz mi takie świadectwo pokazywać? - na wrzeszczała na nią,  podając świadectwo.
                         ŚWIADECTWO
PLASTYKA- 6
MATEMATYKA- 2
FIZYKA- 1
CHEMIA- 2
JĘZYKI - 2
WF - 6
HISTORIA- 3
RELIGIA- 3
BIOLOGIA- 3
DODAT.
MITOLOGIA- 6

JUDO-6
                         Z poważaniem Dyrektor:                                           Megan McGeilop

Na drugiej stronie znajdowała się jakaś mowa. Nieważne. Patrząc na to świadectwo, dziwiła się ciotce o co chodzi TO są dobre oceny.
-I co masz mi do powiedzenia smarkulo?-Naskoczyła na nią.
-No cóż... dla mnie jest to dobre świadectwo i kompletnie nie wiem o co się tak wkurzasz cioteńko- Odpowiedziała, szykując się na cios od opiekunki.
- Nie mów na mnie cioteńko  Meriel! To że tu trafiłaś to przypadek..-Ucięła w połowie zdania, robiąc duże oczy ze swojej nie uwagi.
-Przypadek? Jaki przypadek? No?
Po chwili milczenia rzekła:
- O czym ty chrzanisz dziecko? Idź lepiej mi piwo podaj, a nie mi tu swoje wywody pleciesz. No już już.
W Włóczykiju rozpętała sie burza emocji. Nie próbowała nawet ich powstrzymać,  pobiegła do swojego pokoju, po drodze przewracając krzesło, wyciągnęła plecak i spakowała kilka ciuchów, scyzoryk, kilka kosmetyków,  pieniądze oraz jeden z kamieni, niebieski. Nie wiedziała czemu go bierze, ale miała przeczucie,  że może jej się przydać. Trzaskając drzwiami szybko wyszła ze swojego byłego domu, w drodze słysząc wrzaski kochanej ciotki Suzie. Skierowała się biegiem w jedną z głównych uliczek, by po chwili wejść na cmentarz. Nie, nie odwiedzała swojej rodziny. Tylko sąsiadkę. Gdy była mniejsza, właśnie ona się o nią troszczyła. Zapraszała na obiadki,  desery lub nawet na herbatkę. Ale gdy umarła,  Włóczykij miała 12 lat, poczuła pustkę.  Bardzo jej brakowało pani Elisy. Była dla niej jak babcia.
Uklęknęła przed nagrobkiem, patrząc na wyblakłe literki.
-Muszę się pożegnać z panią,  pani Eliso. Uciekłam z domu, jednak nie wytrzymałam tej presji. Może jeszcze kiedyś tu zawitam. Brakuje mi ciebie Eliso, bardzo.-po chwili ciszy, dodała- Na mnie już czas. Do zobaczenia.
Wstając, nagle poczuła na sobie czyjś wzrok,  gdy się odwróciła,  zobaczyła chłopaka mniej więcej w jej wieku. Stał w następnym rzędzie,  gdy niespodziewanie ich oczy się spotkały, zaczął kierować się ku niej z blaskiem ciekawości w oczach...

                             *   *   *
Leżał na łóżku w postaci szakala i czuł dziwne impulsy na jednym z jego punktów na powierzchni- cmentarza. Wyczuwał, że jest tam jakaś tajemnicza moc. Nagle poczuł coś i zrobił duże oczy ze zdziwienia, myśląc "Wyczuwam tam aurę z egiptu. I nie tylko... ciut podejrzane.. zwłaszcza że to zaniedbany cmentarz i rzadko kto tam wchodzi. Czemu by nie sprawdzić? "
Zmienił się  z powrotem w postać człowieka i otworzył portal wprost na owy cmentarz. Po chwili znajdował się o jeden  rząd  dalej od pewnej dziewczyny,  która stała przy nagrobku Elisy Duborn. Gdy odwróciła się profilem do niego, zaniemówił. Była piękna. Idealniy krój ust, zgrabny nosek i te zjawiskowe oczy. Gapił się tak na nią,  dopóki się nań nie spojrzała. Gdy ich spojrzenia się spotkały,  postanowił podejść bliżej.  Po chwili, znajdował się mniej więcej 2 metry przed nią i patrzył jej w oczy.
W końcu nie wytrzymała i..
-Czy możesz się przestać gapić?
-Nie - odpowiadział.
- Jesteś jakiś psychiczny, czy co?  Nawet cię nie znam gburze.-naskoczyła na niego.
- Nie jestem psychiczny.. chyba. A co do tego gbura, to mogę się ewidentnie zgodzić. Zwą mnie Anubis, a ciebie?
Przyjrzała mu się z bliska i musiała stwierdzić,  że jest on nader przystojny. Włosy za uszy, postrzępione w kolorze czarnym, blada cera, kształtny nos i oczy... jak topiona czekolada. Miała słabość do takich oczu. Był ubrany w zwykły czarny T-shirt z zespołem Linkin Park, czarne rurki oraz glany. "Podobne do moich troche..". Nagle zorientowała się,  że chłopak czeka na odpowiedź,  a ona stoi i chamsko mu się przygląda.
-Anubis? Koledzy ciebie z grabarzem kojarzą? -zakpiła z ironicznym uśmiechem- Ja jestem Włóczykij. Tylko Włóczykij.  Bez nazwiska, Włóczykij. Nienawidząca swojego imienia, Włóczykij- podniosła głos,  denerwując się nagle.
Zauważył, że się zdenerwowała. Tak słodko wyglądała... "Przestań durny psie!"
-Nie wypada pytać... ale o co chodzi?
Ups... miał tego nie mówić, widział po niej, że zaraz nastąpi wybuch.
-O co chodzi? O moją rodzine chodzi wiesz?! Nazwisko, którego nie znam! Dzisiejszy dzień jest do dupy, nie dość że uciekłam z domu to jeszcze zaczepia mnie jakiś grabarzo-chłopak, którego nie znam. Fajny dzień nie prawdaż?-Zakończyła z ogromną ironią. Spojrzała w jego piękne oczy i wyczytała z nich duże zdziwienie i coś jeszcze czego nie mogła rozszyfrować.
-No i co, panie zakichany Anubisie? Coś masz do powiedzenia? Nie, to żegnam.-warknęła i odeszła.
Niespodziewanie złapał ją za rękę, przytrzymojąc
-Poczekaj chwil...
Nie zdążył dokończyć,  gdyż dziewczyna złapała go za rękę i wykręciła mu ją,  zarazem znajdując się za jego plecami.
- Nigdy. Więcej. Mnie. Nie. Dotykaj. Nie znam ciebie rozumiesz? Ciesz się,  że nie wyciąganęłam noża. Masz mnie zostawić.
Odepchnęła go i oddaliła się kawałek by ostatni raz na niego spojrzeć.
Spojrzał na nią z lekką złością,  ale i z podziwem.
-Nie jestem jak inne dziewczyny. Trzeba umieć walczyć- powiedziała, bo wiedziała, że chce ją o to zapytać.
-Widzę,  że nie jesteś inna i to mi się podoba- uśmiechnął sie tajemnicznie- Zapamiętaj sobie moje słowa,  zawsze znajdziesz pomoc na cmentarzu.
Rzucił ku niej wisiorek, wykrzywiona literka "Z", wykonana ze srebra.
-Jest to amulet, ten symbol to literka 'P' po egipsku, można go użyć tylko raz w wyjątkowych sytuacjach,  a otrzymasz pomoc. -wytłumaczył kierując się wolno ku niej. Gdy stanął na przeciw niej, spojrzał Włóczykijowi głęboko w oczy, aż ta się zarumieniła.
- Do zobaczenia panno Włóczykij.
Uśmiechnął się skrycie i odszedł ku furtce. Gdy mrugnęła, już go nie było.
Otrząsnęła się ze zdziwienia i spojrzała na amulet. Był niewielki mniej niż pół małego palca u ręki. Ubrała go i na chwilę rzecz zabłysła, lecz tego nie zauważyła.
-Do zobaczenia Anubisie- powiedziała w przestrzeń i z lepszym humorem, skierowała się ku wyjściu z cmentarza.
                             *    *    *
#Włóczykij