czwartek, 26 lutego 2015

Miniaturka: Wywiad.

Do pomieszczenia wchodzą trzy osoby, w tym redaktor.

Witam was, proszę możecie usiąść na kanapie, a ja na krześle. Dobrze. Zaczynajmy...
Może na początek się przedstawicie?

Syn Nike: Mów mi Gabriel.

Dziewczyna-Ś.Thota* - Ja nazywam się Naszida Abla Jumn Nabicha.

Syn Nemezis: Ja jestem Ravi.

Dobrze skoro się już przedstawiliśmy, chciałabym zadać wam kilka pytań...

Naszida: Na jaki temat?

Oh... ogólny, zainteresowania jak i tego typu sprawy... postaram się dopasować swoją wymowę do waszej by łatwiej się rozmawiało.

Gabriel: Oh na Nike! Mam brudny paznokieć! Ravikuuu masz pilniczek?

Ravi: Cco?... nnie mam?

Naszida: Zachowuj się głupku.

Gabriel: No dobra, już dobra! Kontynuujmy...

Chciałabym wiedzieć jak czujecie się jako synowie bogów i jako dziewczyna ucząca się ścieżki Thota?

Naszida: Bardzo dobrze! Thot jest bardzo wyrozumiały i wielce cierpliwy, choć czasem go ponosi... ale bardzo go polubiłam.

Udziela ci czasem jakiś mądrych rad? Jakie to rady?

Naszida: Owszem udziela mi rad. Czasami nawet bardzo bezsensownych, ale też czasem bardzo mądrych.

Gabriel: Taaa sensowne rady. Posmarować chleb masłem, a może margaryną? Wybierz masło !!!

Ravi: Ja bym wolał margaryne...

Gabriel: No może masz racje Ravciu.

Naszida: Dacie mi dokończyć?!

Gabriel: No już się tak nie bulwersuj malutka.

Ravi: Malutka hihi... eee znaczy... krówka! Zjadłbym krówke!

Naszida: Idioci... a wracając, rzadko kiedy mi coś podpowiada, Thot uważa, że powinniśmy sobie sami radzić i sami szukać odpowiedzi na pytania, więc rzadko kiedy odzywa się w naszych głowach, że tak powiem.

Gabriel: Dobrze, że ja nie mam rozdwojenia jaźni...

Dobrze, dziękuję ci moja droga. Może teraz... Ravi! Jak czujesz się jako syn bogini zemsty?

Ravi: A jakoś wyjątkowo mam się czuć?

No chyba tak...

Ravi: To wtedy... jak się czuje normalny człowiek?

Gabriel: Na bogów...

Naszida: Amator...

No to może inaczej. Czy twoja matka ukazywała ci się? Rozmawiałeś z nią?

Ravi: Tak, raz mi się w śnie ukazała, nawet mam ładną mame...
Powiedziała mi bym nie jadł tyle pizzy, bo ona się zemści. No więc teraz jem zapiekanki.

Naszida: Bogowie! Jak można jeść takie ohydztwa?!

Gabriel: No wiesz... my; dzieci bogów greckich, mamy bogatą dietę. A nie tylko daktyle i co wy tam macie? A!, i wode z Nilu. My mamy pepsi, cole, pizze i burgery!

Ravi: Przestań Gabriel, bo głodny się robie.

No to jak już zakończyliście o jedzeniu, to mam pytanie do was. Po ile macie lat?

Naszida: Mi mija już osiemnasty rok.

Gabriel: Osiemnasty?! Myślałem, że starsza jesteś... Mi, droga redaktorko mija dziewiętnasty rok.

Naszida: Dziewiętnasty i taki dzieciak z ciebie?

Gabriel: Jestem sobą i nie mam robali w głowie przynajmniej.

Naszida: Jak śmiesz obrażać Thota?! Ty... ty...

Ravi: A ja trzynaście.

Dobrze dziękuję. Macie jakąś sympatię? Mam na myśli partnera...

Ravi: Nie... ale lubie Lucy.

Gabriel: Moją siostruńke?! Ooo nie...

Gabrielu, proszę, może ty masz kogoś?

Gabriel: Ahh, żadna nie spełnia moich wymagań... chociaż drzewko lubie.

Naszida: Kto to drzewko?

Gabriel: Nie interesuj się!

Ravi: Drzewko... no to jest zwykłe drzewo.

Naszida: Że co prosze? Haha, drzewo!
Gabriel: Prosze cie Naszidko, jestem zdesperowany.

Naszida: Haha głupiego, to nikt nie chce, haha.

Gabriel: A może ty zechcesz? Przeciwności się przyciągają.

Naszida: Chyba śnisz.

Gabriel: Oh, no nie rumień się tak.

Ravi: Ugh.

Gabrielu, a ty co możesz powiedzieć o swojej matce?

Gabriel: A co tu dużo mówić. Jest psychiczna i to bardzo. Nawet troche ładna. Nie wiem nooo, nie gustuje w starszych.

Może teraz pytanie o... ulubionym zwierzęciu? Ravi?

Ravi: Lubie dziki... dziki są fajne.

Naszida: Nie wiem co widzisz w tych owłosionych świniach ale...

Ravi: Nie obrażaj dzików ty... ty... Zołzo!

Gabriel: Uhuhuuu. Spokojnie Ravciu.

Naszida: Dobra... ja tylko wyrażam swoją opinię. No więc moim ulubionym zwierzęciem jest żuraw.

Gabriel: Moim świstak... a po co takie durne pytania nam zadajecie? O czym ma być ten wywiad? Rajuuu ja się tak nudze.

Dobrze, już dobrze. Przechodzimy do sedna naszego wywiadu. A więc: Co sądzicie o połączeniu herosów greckich i egipskich?

Naszida: Sądzę iż to średni pomysł. Zwyczajni ludzie i tak w historii by pisali swoje, a tylko my, herosi, byśmy znali prawdę. Mogłaby powstać rewalizacja bogów egipskich i greckich. A wtedy byłaby to dla wszystkich zguba...

Gabriel: Ja jednak uważam, że to dobry pomysł. Bogowie by złączyli siły i byliby potężniejsi. Zresztą Chaos jest wszędzie, prawda? I bogowie greccy jak i egipscy się od niego wywodzą. A gdyby herosi z obu ras się złączyli, raźniej by było i bezpieczniej dla ludzi, którzy nie mają pojęcia o nadprzyrodzonych siłach.

Naszida: Łał. To...to... to było mądrze powiedziane.

Gabriel: Dziękuję. Widzisz... nie jestem AŻ tak głupi. A ty Ravi? Co sądzisz?

Ravi: Trochę się boję, że bogowie mogą się nie dogadać. No wiecie... Zeus, jak i ... Horus? są królami bogów, więc... no wiecie o co chodzi.

Naszida: Ale, bogowie nie musieli by rywalizować. Mogłoby być tak jak tetaz jest. Każdy ma swoje terytorium,że tak powiem.

Gabriel: A ty myślisz, że gdy nadaży się okazja, by zdobyć nowe terytorium, to oni niby nie skorzystają z okazji? Śmieszne doprawdy.

Naszida: Em... no też racja.

Jak myślicie, czy herosi mogą się jakoś przyczynić by właśnie nie wybuchła ta walka o terytorium?

Gabriel: Wystarczy, że mamy własne problemy z Gają. I nie tylko my na tym ucierpimy, ale też bogowie greccy, rzymscy i egipscy.

Ravi: Gaja coraz bardziej się budzi...

Naszida: Czemu my nic o tym nie wiemy?

Gabriel: Ponieważ Egipt ma aurę, która zabezpiecza was i wasze eee... jak ty to przed wywiadem mówiłaś? Mony?

Naszida: Nomy.

Gabriel: Właśnie!  Ale prędzej czy później Ona dotrze do was, chyba że Siódemka* sobie poradzi z nią i grecy i rzymianie się połączą.

Ravi: Czeka nas wojna.

Naszida: Trzeba powiedzieć to moim ludziom! We wszystkich nomach.

Gabriel: Ani mi się waż! To zaburzy równowagę. Zresztą w przepowiedni nic o tym nie ma, a nie można przepowiedni zmieniać. Nigdy.

Dobrze, ostatnie pytanie w tym wywiadzie. Jak myślicie... jaką śmiercią zginiecie?

Gabriel: Uh... chciałbym zginąć u boku przyjaciół.

Naszida: Ja także.

Ravi: I ja!

A jak myślicie, kto by was zabił?

Ravi: Zabity przez cylkopa! Z różowymi włosami i zielonymi oczami.

Gabriel: Chyba raczej jednym okiem Ravielu.

Ravi: Oh... no racja. I on ma być taki mały i zabijać jak... śmierć!

Gabriel: Ja mógłbym zginąć w Tartarze. Zabity przez jakiegoś tytana.

Naszida: Wszelaki wybór. Jednak wolałabym cichą śmierć.

Gabriel: Taaak, chcesz moge ci dać sznur, to będzie cicha śmierć.

Naszida: Przestań ty de***u.

Gabriel: Jak śmiesz...

Naszida: Ale będzie,  to ocenzurowane? Prawda?

Ravi: Pierogi pierogi pierogi... zjadłbym pierożka.

Naszida: Przepraszam Gabiel.

Gabriel: Pfff, uraziłaś dumę syna Nike.

Ravi: Idziemyyy?! Chcem coś zjeść.

Naszida: No przepraszam no.

Gabriel: Wybacze ci ale...

Naszida: Tak?

Gabriel: Daj mi kobieto pilniczek, bo nie wyrobie z tym paznokciem!

Dziękuję wam za wywiad. Opublikujemy go w gazetce dla bogów greckich i egipskich. Do widzenia.

Ravi: Nawet poczęstunku nie dali. Pfff.

Naszida: No faktycznie,  też bym coś przekąsiła.

Gabriel: No to chodźcie robaczki, niedaleko jest jakaś restauracja. Stawiam.

Z pomieszczenia wychodzą trzy osoby.
                         * * *
Ś.Thota- Ścieżka  Thota, boga mądrości i nauki.
Siódemka- Miałam tu na myśli Wielką Siódemke z przepowiedni czyli : Jason, Leo, Percy, Annabeth, Hazel, Piper, Frank.
                
#Włóczykij.
              Obóz PółKrwi- Domki.

środa, 25 lutego 2015

Rozdział XX

 - Żenujące - mruknęła szakala bogini stojąca pod drzwiami Sali Sądu.
 Opierała się o drzwi słuchając kłótni. Zamyśliła się. Bogowie nie będą tym zachwyceni - pomyślała, ale mimo wszystko postanowiła wspierać brata.
 Po kilku minutach drzwi Sali Sądu otworzyły się, a jako że się o nie opierała, wpadła do środka, a dokładniej na Anubisa. Uderzyła plecami o jego tors.
 - Uh... - stęknęła, a zdziwiony brat ją podtrzymał, by nie zsunęła się na podłogę.
 - Zepsułaś moje wielkie wyjście - szepnął do niej.
 - Trudno - mruknęła.
 - Ej... czyżbyś podsłuchiwała? - poniósł brew do góry.
Westchnęła.
 - Mało występuję w ludzkiej cywilizacji? - syknęła. - Kiedyś byłam ważniejsza od ciebie!
 - Eee... jak chcesz się kłócić to może wyjdźmy... - powiedział.
 - Nie zamierzam się z tobą kłócić - odparła. - Tylko nie rozumiem dlaczego ludzie wolą ciebie... jestem potężniejsza, mądrzejsza... och no i oczywiście...
 - Bardzo skromna - wciął jej się w zdanie dodając do swojej wypowiedzi sarkazmu.
 Przewróciła oczami.
 - Zaraz... co ja wymieniłam? Potężniejsza, mądrzejsza... sexowniejsza - powiedziała.
Anubis zerknął na Przeszkadzacza, który miał świetny ubaw. Szakali bóg wziął siostrę na ręce jak pannę młodą i wymaszerował z Sali Sądu. Zaczęła go kopać i dźgać.
 - Mam z tym złe wspomnienia! - wrzasnęła. - Puszczaj!
 - Wolisz być przewieszona przez ramię? - zapytał.
 - Oczywiście że nie - przewróciła oczami. - A teraz puszczaj!
 - Myślę, że przydałaby ci się kolejna kąpiel w rzece - stwierdził.
 - Jesteś irytujący - mruknęła.
 - Wiem... kotku - uśmiechnął się do niej.
 - Za to cię zabiję - powiedziała patrząc na niego morderczo.
 - Nie zrobisz tego... chyba masz dziś zły dzień - mruknął.
 - Wiesz braciszku... ja mam codziennie złe dni... i brak humoru tak jak ty - mruknęła.
Anubis szedł chwilę w milczeniu mrocznymi korytarzami.
 - Przy mnie nie zachowujesz się jak ponurak - powiedział.
 - Bo znasz mnie na wylot - powiedziała posępnie. - Wiesz o mnie więcej niż ja o sobie.
 - Tak bywa... - westchnął uśmiechając się.
 - Nienawidzę cię - mruknęła.
 - Ja ciebie też kocham, siostrzyczko - odparł.
W jej oczach coraz wyraźniej było widać chęć mordu, po chwili złagodniała.
 - Kiedy Walt wraca od Sadie? - zapytała jakby z niechęcią. - Zaczynam żałować, że oddaliśmy mu fragmenty duszy...
Anput i Anubis oddali mu swoje kawałki boskiej duszy, kiedy bogini śmierci zrobiła awanturę swojemu bratu, że wygląda w ciele Walta jak śmiertelnik i dziwnie pachnie. Oczywiście dziewczyna wytrzymała kilka dni zanim mu to powiedziała. Po tym zdarzeniu boskie bliźniaki postanowiły oddać kawałki duszy, a dokładniej boską energię życiową, Waltowi. Dzięki temu nie byli z nim powiązani duszami, a czarno skóry chłopak żył. Walt nie słyszał głosów w głowie, czół się troszkę samotny ale mógł spotykać się z Sadie, która zrobiła kolejną awanturę, kiedy Anubis z nią zerwał. Walt jednak został jej chłopakiem... tak jakby.
 - Bycie na Ziemi go osłabia.
 - Wiem - mruknęła. - A kiedy odejdziesz, ta cząstka z niego wyparuje... będę musiała z nim o tym pogadać. Powinien zostać w Duat.
 - Jesteś zazdrosna? - zapytał.
Kopnęła go w udo.
 - Chyba śnisz.
 - Powinien zostać w Duat - zacytował. - Wywnioskowałem z tego, że chcesz ograniczyć do totalnego minimum jego spotkania z Sadie.  Może przecież, ale na cmentarzu... Jesteś zazdrosna.
 - On nie jest w moim typie... a z resztą... przesiadywałeś w jego ciele... wiesz, że takie coś mnie odrzuca... fuj.
 - Wiesz... po tamtym zdarzeniu już się nasłuchałem o tym, że nienawidzisz związków pomiędzy rodzeństwem. Ale on nie jest z tobą spokrewniony.
 - Ale twoja dusza w nim była - mruknęła.
 - A gdyby jej nie było zaakceptowałabyś go?
 - Nie. Jeśli wrzucisz mnie do rzeki naślę na ciebie moje szakale.
Anubis skręcił w inny korytarz, który nie prowadził do wyjścia. Po chwili łokciem otworzył drzwi do jej pokoju i położył ją na łóżku, a sam siadł w fotelu przy biblioteczce dziewczyny. Wziął jakąś książkę do rąk, a Anput zajęła się głaskaniem Kiry.

***


W wietrznych fałdach twych wiotkich

szat słyszę muzykę

Lotu, którego nie prześcigną ptaki

Czarująca bogini triumfu, o Nike

Co od wieków leci z Samotraki

Pośpiech potężnych skrzydeł twych powietrze chłoszcze

Niosąc zwycięstwo, sławę i liście laurowe

Nie pragnę ich. I temu jedynie zazdroszczę

Dla, których w porywie swym straciłaś głowę...

Vic westchnęła spuszczając głowę. Siedziała na schodkach domku Nike wraz z siostrą. Był ranek. Lucy wsłuchiwała się w każde słowo siedząc schodek niżej po turecku. Nigdy nie słyszała nic o swojej matce, więc chłonęła wszystko co o niej usłyszała. Pizduś również był zainteresowany, patrzył z zaciekawieniem w starszą heroskę.
 - Masz ładny głos - odezwał się ktoś za jej plecami.
 - Od kiedy tu jesteś? - zapytała Vic odwracając głowę.
 - Wystarczająco długo, by usłyszeć całość - odparł Jeff. - Znasz jakieś jeszcze? - spytał siadając po chwili obok niej.
 - Znam wiele wierszy o mamie - powiedziała cicho. - Ale nie zamierzam ich recytować... nie dziś.
 - Rozumiem - uśmiechnął się słabo, mimo, że miał bardzo szeroki uśmiech Jockera.
  Dziewczyna zapatrzyła się w niebo, a wiewiórka jej młodszej siostry przeszła na jej kolana i wdrapała się na ramie.
 - Opowiedz coś o mamie - poprosiła cicho Lucy.
 Uśmiechnęła się smutno do siostry.
 - Też z chęcią posłucham - stwierdził Jeff głaszcząc wiewiórkę siedzącą na ramieniu Vicky. - O Nike nie ma za wiele w mitologii...
 - Wiem - spuściła wzrok. - Nie lubię kiedy ludzie zapominają jakiegoś boga lub boginię... albo kiedy uważają że nie warto o nim mówić... żałosne.
 - Widziałaś mamę? - zapytała Lucy, niecierpliwa aż siostra zacznie opowiadać.
 - W snach - potaknęła po czym skrzywiła się. Przeszyła ją ostra fala bólu pochodząca z pleców. - Ma niebieskie oczy i brązowe włosy... no i skrzydła.
Oczy Lucy błyszczały z zaciekawienia.
 - Jej babką była Eurybia, córka Gai i Pontosa - Vic urwała na chwilę. - Eurybia poślubiła Kriosa a ich dzieckiem był Pallas, ojciec Nike, a jej matką jest Styks, córka Okeanosa. Moja matka urodziła się przed panowaniem Kronosa.
 - Ona... Nike, była tytanidą - zauważył Jeff.
 - Tsa - mruknęła Vic. - Miała trójkę rodzeństwa. Zelosa, Kratosa i Bię... Styks jako jedna z pierwszych... albo nawet pierwsza wysłała ich wraz z Nike przyszła z pomocą do Zeusa, wysyłając swoje dzieci przeciw tytanom. Zeus w ramach wdzięczności pozwolił zostać im wśród bogów.
 - Fajnie - stwierdził Jeff.
 - Aha - mruknęła.  - Została nieodłączną towarzyszką Ateny. Dzięki niej bogini mądrości odnosiła sukcesy w bojach i można powiedzieć, że stały się tak jakby...
 - Best friends forever? - podsunął Jeff.
 - Ymm... tsa - kiwnęła potakująco głową po czym znów zapatrzyła się w niebo.
 - Mów dalej - Lucy przybliżyła się do siostry patrząc na nią maślanymi oczkami.
 - Jeszcze? - podniosła brew do góry, a dziewczynka przytuliła się do jej ręki. - O ile mi się dobrze zdaje wiesz, jakie są jej atrybuty...
 - Miecz, wieniec laurowy, gałązka oliwna, liść palmowy i laska przypominająca kaduceusz - odparła. - I wół.
 - Wół? - Jonathan zmarszczył czoło.
 - Jej święte zwierze - potwierdziła Vic.
Chłopak zagwizdał.
 - Bogini zwycięstw lubi woły, tego się nie spodziewałem - mruknął.
  - Bogini zwycięstwa, siły, szybkości i patronka sportu - powiedziała Vic dodając dziedziny których on nie wymienił. - Ona nie jest tylko od zwycięstw.
 - Zapamiętam - powiedział, by na przyszłość nie irytować córki owej bogini.
Lucy pochłonęła wszystko o powiedziała jej siostra. Pizduś zaś próbował ćwiczyć utrzymywanie równowagi na kolanie Jonathana.
 - Kotku, zapomniałaś powiedzieć, że twoją mamę umiłował Alexander Wielki - westchnął Alex siedzący za nią.
Victoria słysząc jego głos omal nie spadła ze schodów.
 - Ja-a-k... - zdziwiła się.
 - Sekret zawodowy - Alex nachylił się i pocałował swoją dziewczynę.
 - Alexander Wielki umiłował boginię, której imię tłumaczy się jako zwycięstwo. Ty, Alex jesteś chłopakiem dziewczyny o imieniu znaczącym to samo - westchnął.
 - Czysty przypadek - powiedział blondyn znów składając na ustach partnerki czuły pocałunek. - To że ona jest od Nike, a ja od Ateny i jak to ująłeś... są Bff też jest przypadkiem.
 - To dlatego dzieci Nike zawsze dogadywały się z Wami - mruknął Jeff.
 - Oczywiście, relacje między matkami mają na nas wpływ. Dlatego podczas bitwy o sztandar mamy sojusz z jej rodzinką i jesteśmy nie do pokonania- Alex posłał mu kolejny blady uśmiech.
Szczerze mówiąc to chciał, by Jonathan go polubił. 
 - Czasami się zdarza, że ktoś nas pokona - mruknęła Vic.
 - Kiedy nie chce wam się grać? Owszem.
 Vic spojrzała na siostrę.
 - Po pięciu wygranych cały obóz postanowił stawić nam czoła - powiedziała do niej. - To znaczy, nam i rodzeństwu Alex'a... w tedy też wygrali, bo... było ich za dużo...
 - Kiedy to było? - zapytał Jeff.
 - Cztery lata temu... - odparł Alex przytulając Vicky.
 - Wciąż mam bliznę - powiedziała ponuro patrząc na swoją odsłoniętą kostkę, na której widniał ślad po czyjejś włóczni.
 - Nie martw się, ja też - Alex zerknął na swój nadgarstek.
Pizduś w wiewiórczym języku powiedział : Fajnie, też tak chcę! Błahahahahaha! Gdzie mój nóż od masła? Wiewiórka zaczęła kręcić się do na udach Jeffa po czym wróciła na kolana Vic. Wspięła się po niej, by dotrzeć do Alex 'a, a z jego ramienia wskoczył na dłoń Lucy.

  W tym czasie Włóczykij leżała na szpitalnym łóżku trzymając Terry'ego za rękę. Chłopak nie opuszczał swojej dziewczyny od poprzedniego dnia, kiedy ta się wybudziła z siedmiogodzinnej śpiączki.
 - Spałeś chociaż w nocy? - zapytała dziewczyna.
 - Eee... nie - odparł. - Czuwałem przy tobie.
Posłała mu słaby uśmiech.
 - Nie musiałeś... - powiedziała.
 - Chciałem - nachylił się nad nią i cmoknął ją w czoło. - Jak się czujesz?
 - Nieco lepiej - odparła.
Chłopak gładził kciukiem jej dłoń.
 - Co wam jest, co? - zapytał.
 - Hę? - zmarszczyła brwi.
 - Martwię się o ciebie i siostrę - wyjaśnił.
 - Coś się stało hurtowni kiedy spałam? - zapytała.
 - Nie. Ma tak od dwóch tygodni - mruknął. - Zaraz przyniosę ci śniadanko do łóżka - zmienił temat uśmiechając się do niej.

   Lytos jak każdego ranka przechadzał się po lesie. Podczas spaceru towarzyszyły mu skowronki. Lubił te ptaki. W sumie, lubił każde leśne i dzikie stworzenia. Trzy skowronki siedziały na porożu satyra, reszta latała ciesząc się świeżym, porannym powietrzem, co jakiś czas siadały na ramieniu Lytosa by odsapnąć, a potem znów wzbić się w powietrze i ganiać z resztą skowronków.
   Wyszli z linii drzew na polanę leśną. Satyr usiadł na trawie i wyciągnął swoje piszczałki, i zaczął grać. Ptaki momentalnie sfrunęły na ziemię i patrzyły swoimi małymi oczkami na swojego pół koziego przyjaciela. Muzyka z jego piszczałek była spokojna, ale miała radosny nastrój. Satyr grał jeden ze swoich ulubionych utworów. Podczas gry miał zamknięte oczy. Melodia roznosiła się po polanie, a inne ptaki, siedzące na drzewach, również skierowały łebki w stronę satyra. Wiewiórki wychyliły łebki ze swoich norek wybudzone ze snu, a bardzo lubiły spać w przeciwieństwie do młodych zajączków, które od wschodu słońca biegały w okół nory.
 Kiedy Lytos grał zwierzęta jakby zatrzymały się w czasie, a skończywszy znów wszystkie stworzenia powróciły do swojej rutyny, a ptaki na nowo zaczęły świergotać, na gałęziach, natchnione muzyką satyra.
  Skowronki uciekły w las bawiąc się w ganianego. Lytos otworzył oczy i spostrzegł siedzącego na przeciw niego pół kozła.
 - Hej Olaf! - uśmiechnął się.
 - Witaj Lytos - odparł biały satyr.
 - Co tam?
 - Em... nie ma niczego o czym byś nie wiedział - odparł z lekkim uśmiechem.
Lytos zaśmiał się krótko po czym razem w Olafem ruszyli w stronę pawilonu jadalnego.

 - Gdzie Terry? - zapytał Gabriel, po kilku minutach trwania śniadania.
 - Z Włóczykijem - mruknęła Vic z lekkim westchnieniem patrząc jak Pizduś zjada jej ser z kanapki.
 - Ekhm, można? - zapytał ktoś za jej plecami.
Odwróciła się i uśmiechnęła na widok Lytosa.
 - Oczywiście - odparła. - Siadajcie.
Olaf i Lytos przysiedli się do niech.
 - Co tam u panny bezimiennej? - zapytał Lytos.
 - Nie wiem, nie ma mnie tam - mruknęła Vic.
 - Wstałaś lewą nogą - zauważył satyr.
 - Nie - odparła.
 -Spadła z łózka na plecy - odezwała się Lucy patrząc na pół kozły.
 - A już miałem się pytać o twoje zdrówko panno zwycięska- westchnął Lytos. - Ale wnioskuje, że...
 - Czuję się coraz gorzej - odparła grobowym głosem i nie odzywała się przez jakiś czas patrząc jak Pizduś je za nią jej kanapki.
 Wyszła z pawilonu jako pierwsza i skierowała się od razu w stronę Izby, gdzie zastała przyklejonych do siebie herosów.
 - Na miłość Nike - jęknęła. - Przestańcie się przysysać - padła na krzesło obok łóżka Meriel.
 - Wyczuwam zły humor - powiedział Terry.
 - Hej kelpie* - powiedziała do dziewczyny.
 - Hej hurtownio - odparła. - Co cię tu sprowadza?
 - Dowiesz się niedługo - mruknęła.
 - A gdzie zgubiłaś chłopaka? - zapytała.
 - Chyba wciąż jest na śniadaniu - odpowiedziała i odwróciła spojrzenie.
Meriel opadła z powrotem na poduszki wlepiając wzrok w ścianę, a Ter położył się obok niej i zasnął.
 Po kwadransie Terry się obudził w chili kiedy zjawił się jakiś chłopak z domku Apolla w towarzystwie swojej siostry. Dziewczyna od razu podeszła do łóżka Meriel i zaczęła ją pytać jak się czuje, czy ją coś boli i tym podobne. Zaś chłopak spojrzał na Vic.
 - Vic... Masz krew na ramieniu - zauważył.
Victoria spojrzała na niego obojętnym wzrokiem i wstała.
 - Gdybym nie miała to bym nie przychodziła, Cameron - mruknęła.
 - Co ci się stało? - zapytał szesnastolatek.
Vic spojrzała na Włóczykija, po czym chwyciła chłopaka za nadgarstek i pociągnęła go na drugi koniec Izby za parawan. Upewniwszy się, że jej brat ani jego dziewczyna jej nie widzą Vic odwróciła się plecami do syna Apolla i zrzuciła bluzkę. Od jej karku wzdłuż kręgosłupa miała rany, z których niektóre krwawiły.
 - Zaatakowały cię wściekłe koty? - zapytał.
 - Nie żartuj sobie - powiedziała grobowym głosem.
 - W takim razie coś ty sobie zrobiła?
 - Jednego dnia bolą mnie plecy, drugiego mam rany - odparła. - Nie wiem jakim cudem... a raczej przekleństwem.
 Chłopak westchnął i nalał jej nieco nektaru do szklanki. Vic usiadła na szpitalnym łóżku i wzięła kilka łyków. Rany na jej grzbiecie zniknęły.
 - Chyba pomogło - powiedział Cameron, ale skóra dziewczyny znowu pękła.
 - Nie pomogło - mruknęła oddając mu szklankę.
Cam usiadł obok niej i zajął się oczyszczaniem z zaschniętej krwi jej ran.
 - Któremu bogowi podpadłaś, co? - zapytał.
 - Wydaje mi się... że nikomu - poczuła jak odpiął jej stanik. - Ej! - zaprotestowała podtrzymując biustonosz, by nie opadł z jej piersi na podłogę.
 - Nie przesadzaj - powiedział. - Chcę ci tylko odkazić skórę i nałożyć papkę z ziół.
 - Jupi, zielsko - powiedziała bez entuzjazmu.
Cameron zignorował to, a po chwili zaczął nakładać maść z ziół.
 - To powinno uśmierzyć ból - powiedział i podał jej jakiś biały szlafrok. - Załóż to.
 - Dzięki - mruknęła, a gdy została sama za parawanem pozwoliła stanikowi opaść na podłogę i założyła szlafrok.
 - Viiiickiii! - dobiegł ją głos zaspanego Terry'ego.
 - Co?
 - Gdzie się podziałaś Kapturku? - tym razem głos należał do Meriel.
Vic wzięła swoje rzeczy i wyszła zza parawanu.
 - Jestem tu cały czas - mruknęła kładąc bluzkę wraz z biustonoszem na łóżko obok legowiska Włóczykija.
 - O czym rozmawiałaś sam na sam z tamtym przystojniakiem, co? - Meriel poruszyła znacząco brwiami.
 - Pokazałabym ci, ale aktualnie nie mam nic pod szlafrokiem, a na plecach mam papkę ziołową - powiedziała.
 - Po co? - Ter zmarszczył brwi.
 - By przestała mnie skóra na plecach boleć.
 Jej brat westchnął i musnął wargami policzek Włóczykija.
 - Yyy - jęknęła. - Gdzie mój Alex...
Ktoś odchrząknął. Trzy głowy zwróciły się w tamtym kierunku. O framugę drzwi opierał się chłopak Vic. Podszedł do swojej dziewczyny i usiadł obok niej na jej łóżku
 - Rozumiem, że ma pani niedysponowana - westchnął.
 - Niestety - odparła. - Dziś będę dotrzymywać towarzystwa Włóczykijowi. Ter, zrób sobie wolne.
 - Emm okey - Terren opadł z powrotem na łóżko.
 - Ekhm, Terry. Może wróć do domku, co?
 - Emm okey - odparł sennie.
 - Dasz radę sam dojść?
 - Aż tak padnięty nie jestem - ziewnął wstając i wyszedł.
Alex delikatnie przytulił się do Vic i cmoknął ją w policzek. Meriel zerknęła na nich po czym przymknęła oczy i zasnęła. Córka Nike zrzuciła buty i również się położyła, lecz na boku.
 - Alex, zostaniesz? - zapytała.
 - Mam wolną godzinkę, a potem trening - odparł.
 - Ja tu będę co najmniej pięć godzin.
 - Przyjdę po łucznictwie - obiecał i położył się obok niej.
Dziewczyna nie była senna, ale udało jej się odpłynąć w krainę snów, kiedy się obudziła Alex'a nie było. Usiadła po turecku na łóżku przecierając oczy i spojrzała na Meriel siedzącą na łóżku obok.
 - Jak długo spałyśmy? - zapytała Włóczykij.
 - Dwie godziny - odpowiedziała z ziewnięciem Vicky i stwierdziła, że ból pleców znacznie się zmniejszył.


*Kelpie - koń wodny.



  ~Zakrwawiony Kapturek


Rzeźba Ateny, a na jej dłoni stojąca Nike
Pallas Athena statue at Vienna

Oraz Art

Greek Goddess Athena


Och, no tak... Jeszcze jedna mała uwaga - NIE BĘDZIE KOLEJNEGO ROZDZIAŁU JEŚLI NIE SKOMENTUJECIE TEGO!!!
(nie dotyczy miniaturek)

środa, 18 lutego 2015

Rozdział XIX cz.II

Czy można być świadomym, wszystko słyszeć i czuć, gdy jest się nieprzytomnym lub w śpiączce?
Otóż tak, tego właśnie doświadczyła Włóczykij. - Co tu tak ciemno?!- Rzekła, oczywiście nie na głos tylko w podświadomości.
Nagle poczyła piekący, prawie nie do wytrzymania ból z tyłu czaszki. Strasznie pulsowało i wrało to miejsce. Chciała się chwycić ręką,  ale nie mogła się ruszyć.
Spróbowała otworzyć oczy- zero.
- Co jest?!- Myślała gorączkowo.
Nagle pojawiło się malutkie światełko w ciemnocie, która ją otaczała. Punkt stawał się większy i ze ździwieniem ujrzała postać, której najmniej się spodziewała.
- Anubis.- Wyszeptała.
Nagle światła zgasły.
Znajdowała się w jakiejś małej komnacie.
Standardowo znajdowało się tam łóżko, biurko z krzesłem, jakiś regał z książkami, mała szafa, dywan i duże lustro.
Pokój w sam raz dla faceta.
Chłopak opierał się o ścianę i z iskierkami radości spoglądał na dziewczynę.
- Co ja tu u diaska robię?!- Podniosła o oktawę głos.
- Aktualnie stoisz Włóczykij. - Podkreślił dosadnie ostatnie słowo. Ta spojrzała w jego prawie czarne oczy, które się teraz pięknie błyszczału, i o których czasem śniła.
- Nie złość mnie ty cholerny Grabarzu. Przed chwilą nie mogłam się ruszyć,  a teraz tadam! jestem tutaj z TOBĄ i najnormalniej w świecie mogę się poruszać i nic mnie nie boli. O co chodzi?- Ostatnie zdanie wyszeptała.
Spojrzał na nią w milczeniu zastanawiając się czy jej powiedzieć. Ma zakaz... ale co oni mu zrobią, jak powie tylko ociupinę?
Spojrzał na jej niebieską czuprynę. Zrobił trochę ździwioną minę, ale spodobała mu się ta odmiana w jej wyglądzie, choć wolał naturalny kolor..
- Odkąd cię poznałem... to znaczy ee- Zająkał się i przysiadł na łóżku. - Chodzi o to, że... kurcze nie wiem jak ci to wyjaśnić!
Pochyliła głowę na znak niezrozumienia,jak piesek. Zrobiła kilka kroków i po turecku przysiadła na puchowym dywaniku.
- Jestem córką...- Zawachała się. - Boga mórz.
Chłopak zrobił duże oczy.
- A jednak, to prawda.- Wyszeptał- Widzisz... bogowie istnieją i Greccy i Egipscy. Akurat tutaj nie ma zaburzeń wiary jak na przykład w Rzymie i w Grecji. Rozumiesz o co mi chodzi prawda?- Skinęła głową by mówił dalej.- W Egipcie tego nie ma, emm... jesteśmy jak by to ująć... odizolowani od reszty bogów, mamy własnie zasady i obrzędy.
- Do rzeczy Anubisie.
Bóg zarumienił się lekko, gdy usłyszał swoje imie z jej malinowych ust.
- Ty jesteś córką Posejdona. Ale też jest coś w tobie z.. - Zrobił krótką pauze - Egiptu.
Gdy powiedział ostatnie słowo niespodziewanie przeszył go ogromny ból, jakby odrywali od niego skórę na żywca. Syknął przez zęby i łapiąc się rękami za brzuch skulił się.
Przerażona lekko dziewczyna zrobiła kilka kroków w jego stronę i położyła rękę na ramieniu i odezwała się miekkim głosem.
- Hej, co się stało?
Chłopak syknął przez zaciśnięte zęby i powoli wyprostował się.
- Nnie mmogę ci nic mówić Włóczykij. Każdy bóg egipski i grecki złożył przysięgię, że nie będzie ingerować się w...- Znów przerwał i tym razem złapał się za głowę.
Spojrzała na niego z współczuciem. W ciemnobrązowych oczach tlił się ból.
-Są takie piękne...- pomyślała.
Strasznie blada cera...szlachetne rysy twarzy... i te włosy! Czarniejsze od smołowego czy kruczego koloru.
Odwzajemnił jej spojrzenie i uśmiechnął się leciutko mimo bólu.
- Pora się budzić Włóczykiju. Jeszcze się spotkamy...- Jego głos odbijał się echem i cichnął, a obraz zaczął się rozmazywać i jaśnieć, ukazując biało-brązowe pomieszczenie i kilka osób pochylających się nad nią.
                           * * *
Biały kruk szybował nad bardzo, jak dla niego, kolorowym miastem. Postanowił się przelecieć, zostawiając swoją panią razem z Keią, czyli panią jeż, która także jest albinosem.
Tak... pani kochała wszystko co białe.
Kruk także nie był taki zwyczajny...
Był o wiele mądrzejszy od swoich czarnych braci i umiał liczyć.
- Kra! - Odezwał się zdziwiony widokiem jakiegoś bardzo dużego obozu. Postanowił zobaczyć z bliska co tam się wyrabia.
Kilka machnięć skrzydłami i centralnie nad jeziorem zapikował w dół. W ostatnim momencie,  przed zderzeniem z wodą rozprostował skrzydła i poszybował na pobliskie drzewko.
Siedział tak z kilkanaście minut
- Ciągle nastolatkowie... frunę gdzie indziej.- Pomyślał w swoim języku i już miał startować, gdy nagle oniemiał.
Koło jeziorka przechadzał się najspokojniej satyr! Bez żadnego stroju by śmiertelnicy nic nie zauważyli ani bez kszty strachu!
- Hana będzie zdziwiona na śmierć jak jej powiem, że widziałem satyra! I to białego.- Nagle zrobił jeszcze wieksze oczy, bo zjawiło się jeszcze więcej satyrów, ale znacznie dalej od tego białego.
- Co tu sie wyrabia. - O mało co nie zleciał z drzewa.- CENTAUR?!
Inni mogli, to usłyszeć jako zwykłe krakanie, ale satyrzy nie.
Musi koniecznie powiedzieć Hanie by tu przyszła, będzie tu bezpieczna. A Tipo musi dbać o bezpieczeństwo swojej pani.
Nie zastanawiając się długo wzbił się w powietrze. Bo około pół godzinie był w ,,Domku", który satyrzyca sama zbudowała w głębi nieuczęszczanego lasu.
- Tipo! Gdzieś ty na bogów się podziewał?!
- Kra!
- Oh, no to opowiadaj.- Usiadła na pieńku, a na kolanach położyła sobie Kei. Im bardziej albinos zagłębiał się w swoją opowieść, tym bardziej Hana nie mogła uwierzyć.
- Kra kra!
- Nieprawdopodobne... tutaj jakiś obóz z satyrami. Aale ja nie mogę do niego chyba iść... przecież jak oni zareagują na Satyrzyce?! Nigdy nie było samicy satyra... i nie powinno być!
- Pii? - Zapytała Kei
- Dlatego mała, że jak nimfa z satyrem się zwiąże, to urodzić może się tylko nimfa lub satyr. A ja...- Załamał jej się głos.
Tipo widząc, że jego pani zaraz się rozpłacze sfrunął na jej ramię i małą główką przytulił się do policzka pięknej dziewczyny.
- Dziękuję wam.- Wyszeptała.- Za trzy się pakujemy i zobaczymy jak nas przyjmą.
                         * * *
Szedł zatłoczonymi ulicami Kairu, oczy miał zasłonięte pół przeźroczystą chustą, by ludzie nie krzyczeli na widok krwi.
Nie wiedział dokąd idzie ani jaki ma cel. Po prostu chodził. No i był głodny. Ale niestety nie posiadał żadnych monet.
Przechodził właśnie obok jakiegoś ciemnego zaułka i zobaczył tam starszą kobietę, która klęczała.
Nic nie myśląc podszedł do niej i spojrzał z góry.
Nieznajoma czując czyjąś obecność podniosła swoje ciemne oczy na przybysza.
- Dobry człowieku, czy masz może czym, że się ze mną podzielić?- Spytała mocno zachrypniętym głosem. Było coś w niej niespotykanego, wyczuwał to.
- Niestety sam jestem biedny. Bez jedzenia przez dwa dni. Wcześniej przynajmniej miałem drzewo daktylowe, ale ścieli je. Pozostały mi tylko dwa owoce tej rośliny...- Powiedział cicho swoim głębokim głosem.
Staruszka tasowała go dokładnie wzrokiem.
- Faktycznie wychudzony jesteś młodzieńcze. Mi niestety nawet na dwa marne daktyle nie starcza. Widzisz w jakich łachmanach siedze?
-Dlaczego nie wyjdziesz na targ? Tu ci nie dadzą pieniędzy.
Fuknęła zirytowana i poprawiła siwe włosy.
- Nie jestem rzebraczką! Swoją godność mam chłopcze.
Zdziwiony chłopak nic nie mówiąc sięgnął do kieszeni spodni i wyjął z niej dwa małe owocki.
- Proszę. - Podał je zszokowanej kobiecie.
- Masz wielkie serce młodzieńcze.- Jej oczy zajaśniały mocno.- Choć jesteś uszebti...
- Usze.. co?!- Zmarszczył brwi. Zaś ona nie odpowiedziała mu na, to pytanie tylko kontynuowała.
- Będziesz miał dużą rolę do odegrania Benie. Masz moje wsparcie.- Jej postać zajaśniała, a na plecach zaczęły pojawiać się tęczowe skrzydła.- Jestem Izydą! Boginią magii. Moje słowo jest ważne. -Młoda, już,  kobieta wzbiła się szybko w powietrze i ślad po niej zaginął.
Po kilkunastu minutach blondyn ocknął się z szoku.
Izyda? Bogini magii? Czyli egipscy bogowie... Oh.
Podrapał się po głowie i dostnął palcem linię wodną.
Co jest ...
Nie wyczuł spływającej krwi, która zawsze była.
Postanowił poszukać gdzieś lustra.
Skierował się na stragan z różnokolorowymi chustami i ujrzał lustro. Dwa kroki i stanął przed nim.
Jakie było jego zdziwienie, kiedy zobaczył swoje oczy.
Nie były już całkowicie czarne z czerwonymi kropkami i wyciekającą krwią. Białka oczu były normalne, nie było żadnej cieczy wylewającej się. Za to tęczówki były koloru bordowego. Jakby cała krew skomulowała się w nich.
Uśmiechnął się lekko i ściągnął półprzeźroczystą chustę. Nareszcie mógł chodzić bez niej bez wstydu przed innymi.
Już chciał ją schować do kieszeni,  gdy odkrył, że doczepiona do spodni jest sakiewka, która pobrzdękuje.
Otworzył ją i ze zdumieniem ujrzał tam bardzo dużo pieniędzy. Wśród nich był mały kawałeczek papirusu. Zacielawiony rozwiną go i przeczytał zawijaste pismo.
     Masz tutaj wskazówki jak dotrzeć do Per-Anch*, przyjmą cię tam miło, gdy powiesz,  że to ja cie przysłałam.
                                       Izyda.
Na drugiej stronie były pomocne zdania by dotrzeć do 'dobrego' miejsca.
-To czas wyruszyć w nieznane...
                          * * *
- Włóczykij! - Krzyknęło kilka osób na raz.
- Czego się drzecie? Głowa mnie boli..-Burknęła otwieracąc całkowicie oczy, zobaczyła nad sobą Jeffa, Vic, Lucy, Raviego i jakąś dziewczynę, która podała jej szklanke z nektarem.
- Wypij, ale powoli! - Ostrzegła i odeszła do innego pomieszczenia.
Włóczykij ostrożnie zaczęła pić.  Smak był zdumiewająco pdobny do kwasu chlebowego, który sąsiadka często ją częstowała w dzieciństwie.
Po skończeniu odłożyła szklankę na małą szafkę i dotknęła głowy w okolicach potylicy.
- Ał...- Sykneła i opadła z powrotem na poduszkę.- Ile byłam nieprzytomna?
- Krótko,  zaledwie siedem godzin.
- Oh na Hadesa... ile? A co sie...- Urwała zdanie przypominając sobie jak upadła na głowę
- Właśnie, co się z tobą dzieje Włóczykij? Od tygodnia chodzisz jak żywy trup, z nikim nie gadasz. Nosz kurde dziewczyno też nic nie jadłaś!- Prawie krzyczał Jonathan.
Zawstydzona lekko spuściła oczy, tak... trochę popadła w lekką depresję. Martwiła się strasznie o brata i ciągle myślała o swojej mamie i reszcie rodziny. Jej tata cóż... no jest bogiem i nie ma zbytnio czasu by z nią porozmawiać.
- Ja.. ja po prostu tęsknię za bratem...- Oczy leciutko, prawie niezauważalnie zaszkliły się.
Storm spojrzał z troską na siostrę i ją przytulił mocno do siebie.
- Będzie dobrze... Merielku.- Szepnął jej na ucho by inni nie usłyszeli.
- Pożałujesz.- Odszepnęła i podniosła trochę kąciki ust do góry. O to Jonathanowi chodziło, roztrzepał jej włosy i usiadł na krześle obok.
Lucy położyła Pizdusia na pościeli i ten od razu zakopał się w kołdrze.
Po drugiej stronie łóżka usiadła Victoria i spojrzała niepewnie na poszkodowaną. Po chwili namysłu uścisnęła ją lekko, a Włóczykij to odwzajemniła.
- A gdzie Terren?- Spytała.
- Pewnie w swoim łóżku pod kołdrą i krzyczy na każdego kto się zbliży ...- Odezwał się Ravi.
- A co mu takiego?- Była zaskoczona.
- To on cie znalazł. - Powiedziała Lucy wyciągając Pizdusia i dała mu piórko z pościeli. Zadowolony włożył je w swój puszysty ogon i usiadł na barierce łóżka i zaczął uczyć się utrzymywać równowagę.
- I co? On mnie tutaj przyniósł? - Dopytywała.
- Nooo tak. Przyleciał na pegazie razem z tobą. Miałaś ponoć lekko rozciętą potylice i krew z nosa ci ciekła. Chyba się przeraził na ten widok- Mówiąc to Jeff pogładził swoje włosy, które prawie sięgały do pasa.
Nastała chwila milczenia.
- A co z Venorą?!
- Chodzi po obozie, nikomu nie daje się dotknąć, ani nawet zbliżyć na rozpiętość skrzydeł- Wyjaśniła Vicka.- podobno chodzą słuchy, że z jej kopyt płynęła woda, gdy kopnęła córkę Afrodyty.
- Aha. -Podsumowała Włóczykij. - A Chejron?
- Był tu i dał ci ambrozję.- Odpowiedział Ravi.
- Lucy zaraz twoja wiew...- Nie dokończyła, gdyż rozległ się głośny plask, ponieważ Pizduś spadł z łóżka na swój grubiutki brzuszek.
Lucy niezgrabnie go podniosła i przytuliła.
- To normalne.- Powiedziała siostra Victorii.
Znów nastała chwila milczenia, a przerwał ją później Ravi.
- Zjadłbym pizze.- Powiedział na co każdy się zaśmiał.
- Ja też.- Stwierdziła Lucy.
- To chodź!  Zaraz kolacja.
Dziewczynka wzięła Pizdusia, który gryzł materac od łóżka.
- Kiedy stąd wyjdę? - Spytała Włóczykij.
- Chejron mówi, że za dwa dn...- Przerwał Stormowi wypowiedź nagłe otworzenie drzwi. Pojawił się tam brązowo-czerwonowłosy chłopak o piwnych oczach, w których kryły się iskierki radości jak i troski.
-Włóczykij! - Podszedł do swojej dziewczyny szybko i momentalnie wpił się w jej usta.
- To my może...- Zaczęła Vic.
- Tak, zdecydowanie. - Poparł Jeff.
Wyszli oboje z Izby i przeszli kilka kroków.
- Noo... to ja ide do Alexa, pa Jeff!- Pożegnała się.
- Ta, cześć. - I zaczął powoli iść w stronę Jadalni.
- Sie masz Jeff!- Usłyszał głos i odwrócił się w kierunku dźwięku.
- A, cześć Lytos. Co tam?
- A dobrze, zaciśniam więzły z Olafem. Stary mówię ci, nie wiedziałem że tak fajnie się z nim gada. Inni satyrowie mówili że odludek ale...- Zaczął mówić monologiem, a drugi chłopaka z chęcią go słuchał.
                             * * *
- Zaburzysz Maat Anubisie!- Odezwał się jeden donośny głos.
- Anput mnie zastąpi! Ona mało występuje w ludzkiej cywilizacji, ja często,  a mamy taki sam wygląd więc nie będzie różnicy! Tyle, że na nią będą mówić moim imienie... ale ona się zgodziła na to!- Prawie krzyczał chłopak.
- Ale tak nie można! Urodziłeś się nieśmiertelnym i takim pozostaniesz!
- Nie ma mowy! Jeżeli śmiertelnik może zostać bogiem, to to musi działać w drugą stronę!  Inaczej by to sensu nie miało. Zrozum, to Przeszkadzaczu!
Stary bóg zamilkł nie mając więcej argumentów. Poprawił swoją peruke i rzekł.
- Horus ci to samo powie co ja! I Izyda... no Ra to nie wiem, ale są inni bogowie, którzy tego nie poprzą.
- Jeszcze zobaczysz- Wyszeptał tajemniczo Anubis.
Już miał odchodzić, ale ...
- Młodzięcze, a po co ci to?
- Dla rozmaitości i nowych doznań
-odpowiedział od razu.
Przeszkadzacz westchnął ciężko i patrzył w plecy oddalającego się boga.
                             * * *
*Per-anch - Dom Życia.

#Włóczykij

                          Terry.

wtorek, 17 lutego 2015

Miniaturka ~ Szakale cz. 3


  Spojrzała na niego lekko zdziwiona.
 - Wyglądasz znajomo - powiedziała.
 - Mmm... pewnie dlatego, że obydwoje mamy psie głowy, mogłaś widzieć się w lustrze - Anubis posłał jej lekki uśmiech, a ona się cicho zaśmiała.
Prawdą było iż jej twarz zmieniała się od tego w co wierzyli patrzący na nią, albo jak chcieli ją ujrzeć. Dotyczyło to wszystkich bogów o dwóch głowach - ludzkiej i zwierzęcej.
Anput spojrzała na Nil rozciągający się po jej prawej stronie.
 - Fajnie stąd widać zachody słońca - powiedział Anubis.
 - Skoro tak mówisz - spojrzała na niego. - Wiesz czemu Egipcjanie budują nasze świątynie od wchodu? Mama nie chciała mi powiedzieć.
 - Uważają, że na zachodzie jest kraina umarłych - powiedział Anu. - Znam się trochę na tym.
Oczy Anput zaświeciły. Tak jak myślałam.
 - Twoją dziedziną jest śmierć - powiedziała.
 Anubis się zawahał.
 - Tak... A twoja? - zapytał.
 - Nie ważne - mruknęła odwracając wzrok.
Chłopak poczuł się trochę głupio.
 - Wybacz - szepnął. - Chcesz się pobawić?
 - Umiem tylko grać w Patyczki i Senet - odparła smętnie.
 - Senet jest nudny - mruknął Anubis. - Lubisz się ganiać?
Potaknęła i poczuła jak Mira trąci ją nosem.
Zapytaj go, czy ja też mogę - szczeknęła suczka.
 - Jasne - odparł Anubis, a Anput spojrzała na niego dziwnie.
 - Ty... ją rozumiesz? - zdziwiła się.
 - Tak - kiwnął głową.
Czyli nie zwariowałem - pomyślał. - Ona też rozumie psy.
 Mira szczeknęła, co wyrwało go z zamyśleń.
 - Co? - zamrugał oczami.
 - Mira powiedziała, że chce ganiać - powiedziała dziewczyna.
Anput podeszła bliżej niego, a Mira usiadła przy wysokiej trawie. Macie pięć minut - szczeknęła. - Nie macie ze mną szans - wypięła dumnie pierś do przodu, a oni zaczęli biec.
 Anput biegła równo z Anubisem, ale kiedy zmieniła formę na szakala wyprzedziła go. Chłopak spojrzał na nią zdziwiony i przyśpieszył słysząc za sobą uderzanie łap o muł rzeczny.
Po chwili poczuł jak coś szarpnęło go za jego lnianą, czarną przepaskę na biodrach.
 Teraz ty gonisz - szczeknęła Mira i zaczęła biec śladem szakalicy. Anubis został daleko w tyle.
Po kwadransie usiadł na brzegu dysząc. Pies i szakal podbiegły do niego.
 - Co się stało? - zapytała Anput siadając obok niego w ludzkiej formie.
 - Jak ty... - wziął głębszy oddech. - Jak to zrobiłaś? - zapytał.
 - Kiedyś widziałam jak bogini Izyda zmienia się w ptaka, pomyślałam, że też bym tak chciała. Wybiegłam na dwór i usiadłam na piasku cały czas myśląc o mojej psiej głowie, a potem wyobraziłam sobie całego zwierzaka... to, że nim jestem... że jestem...
Nastała chwila milczenia.
 - Szakalem - powiedzieli równocześnie młodzi bogowie.
 Takie zwierze nie istnieje... nie rozumiem. Co to za nazwa? - zaszczekała Mira.
 - My jesteśmy szakalami - powiedział Anubis.
 - Tak... czarnymi szakalami - Anput wlepiła spojrzenie w swoje stopy wybrudzone błotem i mułem. - Chcesz spróbować?
 - Co? - zmarszczył brwi.
 - Czy chcesz spróbować uwolnić swoją zwierzęcą formę? - zapytała ponownie i wstała.
Chłopak podniósł się.
- Zamknij oczy i wyobraź sobie samego siebie - podpowiedziała Anput. - A potem jak zmieniasz się w szakala.
 Przestańcie używać tej nazwy - zaskomlała suczka.
Zignorowali to. Anubis uczynił to co powiedziała dziewczyna.
- Nie mogę - powiedział po kilku minutach.
 - Spróbuj biegnąc - dziewczyna złapała go za nadgarstek i zaczęli biec.
  Anput zmieniła formę na szakalą. Anubis biegnąc wyobraził sobie, że biegnie na czterech łapach, ma czarną sierść, wysokie uszy, pyszczek, ogon i czarną sierść, taką jak jego towarzyszka.
Poczuł, że jego ciało maleje oraz większą siłę w nogach... a raczej w czterech. Jego serce biło mocniej i szybciej. Zawył zafascynowany. Anput zwolniła i spojrzała na niego. Obydwoje wyglądali jak szakale roczniaki. Mira dogoniła ich chwilę potem. Chłopak cofnął się. Suczka była większa od niego, przez co poczuł się niepewnie, ale towarzystwo dziewczyny dodało mu odwagi.
Po chwili młody szakal leżał twarzą w mule przygnieciony przez Anput.
 Ej! - z jego gardła wydobyło się ciche warknięcie.
 Co? z Mirą nie mogę się tak bawić, jest za ciężka - odparła szakalica.
Anubis podniósł pysk. Suczka rzeczywiście była wysokim psem, który mocno stąpał po ziemi, zaś Anput była w miarę lekka i miała jako zwierze szczupłą sylwetkę, podobnie jak on.
Poruszył się, a ona spadła z jego grzbietu. Po kilku minutach zabawy byli ,,poruszającymi się grudkami mułu''. Wybrudzeni od nosa po ogon spojrzeli po sobie. Anubis poczuł jak Mira chwyta go za skórę na karku i zanosi do wody.
 Rety... ale z was brudaski  - mruknęła Mira wkładając Anubis do rzeki. Anput była następna.
Jak tylko znalazła się obok swego towarzysza chlapnęła go wodą. Odwzajemnił się jej tym samym. Mira nie wybrała żadnej ze stron, po prostu chlapał raz jedno raz drugie, by zmyć z nich muł. Co jakiś czas ich postacie migotały.
Gdy wyszli przybrali ludzkie formy. Wystarczyło dziesięć minut pobytu na słońcu w zenicie, by ich  ubrania, skóra i włosy wyschły.
 - Powinnam już iść, mama będzie się martwić... chociaż od jakiegoś czasu jest bardziej obojętna - dziewczynka westchnęła.
 - Odprowadzę cię - zaproponował Anubis.
 - Dziękuję - uśmiechnęła się i zaczęli iść na południe.
 - Kim jest twoja mama? - zapytał chłopiec.
 - Boginią rzek - odparła. - Neftyda. A tata... Set.
 - Ozyrys mi mówił o nim... są rodzeństwem, prawda? Ozyrys, Izyda, Set i Neftyda... i jeszcze jedne sokoli bóg - podrapał się po głowie próbując sobie przypomnieć imię boga, ale po chwili zrezygnował.
 - Aha - przytaknęła. - Twoim ojcem jest Ozy...
 - Nie - przerwał jej w pół słowa. - On i Izyda się tylko mną opiekują. Powiedzieli, że rodzice mnie porzucili.
 - Porzucili? - powtórzyła z nie dowierzaniem dziewczyna.
 - Znaczy się... moja matka mnie oddała, bo bała się, że ojciec mnie skrzywdzi... nie przepadał za mną.
Anput zatrzymała się i zrobiła coś czego Anubis się nie spodziewał. Przytuliła go. Z lekkim szokiem odwzajemnił to.
 - Nikt mnie nigdy nie przytulił - wyznał Anubis.
 Milczała. Po trzech minutach puściła go i spojrzała na niego swymi intensywnie niebieskimi oczami, a on na nią ciemno brązowymi.
 - Dalej pójdę sama, dziękuję ci Anu - powiedziała i szepnęła coś, co dotarło do chłopca, kiedy dziewczyna wraz z psem się oddaliły.
  Idąc w stronę swojego domu Anubis patrzył w niebo.
 - A więc też jesteś Boginią Umarłych - powiedział jakby do siebie i uśmiechnął się. Zmienił formę na szakala i pobiegł w stronę domu.

   Mira biegała sobie z innymi psami na zewnątrz. Anput weszła do świątyni. Kilku kapłanów składało Neftydzie ofiarę z ryb.
 - Yh... znowu na obiad sushi - mruknęła Anput.
Jakiś kapłan spojrzał na nią.
 - Na bogów -  powiedział z przerażeniem.
 - No to mam kłopoty - westchnęła dziewczyna i zmieniła się w szakala po czym pobiegła jakimś korytarzem i schodami w górę.
Neftyda siedziała na czerwonej kanapie głaszcząc kota, który najeżył sierść widząc Anput.
 -Phhhhrrra! - syknął.
Anput zawarczała, a Rzeczna Bogini zgromiła ją spojrzeniem. Szakal położył po sobie uszy i zaskomlał odchodząc w stronę swojego pokoju. Padła na poduszki swojego łóżka. Westchnęła i po jakimś czasie poszła do swojej małej łazienki i wzięła kąpiel w kamiennej wannie. Odetchnęła z ulgą odprężając się w ciepłej wodzie. Umyła włosy olejkiem z lotosu. Zanurzyła się, a potem wyszła w wanny. Wytarła włosy w bawełniany, biały ręcznik, po czym innym owinęła swoje ciało. Spojrzała na lustro. Wyglądała na starszą niż rano.
 W miarę upływu czasu Anput i Anubis starzeli się coraz wolniej. Gdy minęły dwa miesiące Szemu Anput i jej brat wyglądali na jakieś jedenaście - dwanaście lat. Codziennie rano Anubis czekał w wysokiej trawie, aż dziewczyna po przywitaniu ojca pójdzie się z nim bawić. Po południu zawsze wracała do domu, więc chłopiec resztę dnia spędzał na brzegu Nilu rozmyślając, aż do wieczora. Potem wracał do świątyni Izydy.
  Kilka dni potem przed południem Anput siedziała za świątynią Neftydy na brzegu. Obserwowała szczura biegającego niedaleko niej. Pochyliła się nad stworzeniem, ale jak tylko ją wzięła na ręce szczur rozwiał się w szary pył. Anput krzyknęła jak najszybciej pozbywając się resztek szarego proszku z dłoni. Ktoś dotknął jej ramienia i odwróciła się natychmiast. Spostrzegła Anubisa. Wciąż była w szoku tego co dokonała nie zamierzenie. Anubis przyciągnął ją do siebie i przytulił. Dziewczyna zaczęła cicho płakać.
 - Spokojnie - pogładził jej włosy. - Nie ma co ryczeć.
 - To n-nie pier-r-wszy raz - powiedziała, głos się jej łamał. - Nie panuję nad swoją m-mocą. B-boję się, że kiedyś sp-potka to, któregoś z moich b-blisk-kich - załkała.
 - Ciii - szepnął dalej gładząc jej włosy. - Pociesz się tym, że na mnie to nie zadziała...
Łzy stopniowo przestawały jej ciec po policzkach. Odsunęła się od niego. Wytarła dłonią swoje poliki i zauważyła, że od jej łez Anubis miał całe mokre ramię. Przełknęła ślinę.
 - Przepraszam - szepnęła.
 - Nic się nie stało - powiedział.
 - A tak w ogóle to z kont się tu wziąłeś? - zapytała.
 - Em... nie pojawiłaś się rano, więc wciąż czekałem w trawie jako szakal - odparł. - Potem usłyszałem twój krzyk i przybiegłem.
 - Siedziałeś tam od wschodu słońca? - zdziwiła się.
 - Eee... przez jakiś czas spałem - odparł.
Uśmiechnęła się do niego.
 - Ja też spałam... godzinę temu wstałam - powiedziała.
 - Śpioch.
 - Ty też - mruknęła.
 -Wiem - odparł z satysfakcją.
Zaśmiała się cicho. Anubis po chwili nastawił uszu.
 - To ja lepiej już pójdę... wolę uniknąć Seta wybudzonego ze snu - powiedział i zmienił się w szakala, po czym umknął w krzaki.
 Set wyszedł zza świątyni.
 - Anput, co się stało? - zapytał sennie.
 - Nic takiego tato... po prostu... moja moc znów wymsknęła się z pod mojej kontroli - powiedziała i podeszła do ojca.
 - Od dziś uczysz się nad nią panować - w jego głosie była stanowczość. - No i musisz już zacząć studiować ścieżkę umarłych.
 - Tak tato - spuściła wzrok.

  W Kiedy minął Szemu [najcieplejszy miesiąc, opis pod Szakale cz.2] nastał Achet, a po nim Peret. Nil zaczął wylewać użyźniając pola, które ówcześnie zasiali egipscy rolnicy.
  Anput coraz rzadziej widywała się z Anubisem. Czasami nawet dzień i noc poświęcała na naukę. Wybierała się na cmentarze rozmawiając z duszami, które utknęły na Ziemi, czasami wybierała się do miasta i badała świeże zwłoki, oczywiście za zgodą rodziny zmarłego. Jako, że była boginią nie spotykała się z odmową. Ćwiczyła z małymi stworzonkami swoją moc i nauczyła się nad nią panować. Uśmiercała kiedy chciała i co chciała. Przy pasie miała czarny nóż. Sama również ubierała się w tej barwie.
 Czerń oznaczała żyzne ziemie, a Egipcjanie nawet podczas pogrzebów mieli białe szaty. Jednak ona uznała ten kolor za mrok i ciemności, które uwielbiała. Często wybierała się na lewy brzeg Nilu, na zachód, gdzie chowano zmarłych w piachu. Westchnęła czując obecność niezadowolonych dusz, które nie mogą odejść. Muszę coś wymyślić, by przestały cierpieć - powtarzała sobie w myślach, ale potrafiła odesłać je tylko do Duat za pomocą swojego noża, ale przecież to nie wystarczy.
 Co do czego, ale charakter dziewczyny zmienił się od kiedy zaczęła pracować w umarłymi. Stała się zimna, jej spojrzenie było lodowate, a głos chłodny i poważny. Była pewna siebie, a Mira zawsze dotrzymywała jej kroku.

   Izyda, drugie najpotężniejsze bóstwo po Ra, patrzyła jak stary bóg przechadza się po ogrodzie świątyni ku jego czci. Ślina kapała mu z dzioba, krok miał powolny, a spojrzenie niewyraźne.
 - Jeśli on odejdzie, będę najpotężniejsza wśród bogów, a mój mąż zostanie faraonem - powiedziała do siebie wychylając się zza krzaku róży. Kiedy bóg odszedł mamrocząc pod nosem o wiewiórkach, bogini pobiegła na ścieżkę, którą wcześniej spacerował Ra i do miski zebrała tyle jego śliny ile się jej udało. Poszła nad Nil i znalazła kilka kawałków gliny. Zaczęła ją rozgniatać w dłoniach po czym włożyła kupkę gliny do miski ze śliną i wymieszała je ze sobą po czym ulepiła węża. Zobaczyła Ra idącego brzegiem rzeki. Rozkazała wężowi, by ugryzł boga. Stworzenie odpełzło. Bogini zmieniła się w ptaka i po chwili słychać było wrzask Ra. Zemdlał z bólu i przerażenia. Set, który był w pobliżu ze swoją wyglądającą na czternaście lat córką znaleźli boga leżącego na ziemi. Zabrali go do jego świątyni i położyli na słonecznym łożu.
 Ra jęknął i otworzył oczy. Naczynka w białkach gałek mu popękały.
 - Anput, on umiera? - zapytał Set.
Córka pokręciła przecząco głową.
 - Nie, ale jego ciało słabnie... daję mu dwa tygodnie... potem zacznie umierać - powiedziała.
Bastet weszła na piętro świątyni.
 - Panie! - zawołała i podbiegła do łoża.
 - Pójdę po jakiś medyków - odezwał się Set, a kiedy wrócił towarzyszyli mu inni bogowie.
Chnum, Szu, Ozyrys, Tot, Ptah, Amon, Neftyda, Hathor i Izyda. W kącie o ścianę opierał się Anubis.
Tot podszedł do łoża ich faraona i obejrzał ranę na jego prawej łydce.
 - To zdecydowanie był wąż - powiedział.
 - To już wiemy - mruknęła Anput pokazując mu dłoń, na której był szary pył, pozostałość po wężu. - Duży, wyglądał jak Kobra Królewska.
 Tot zaczął szperać w swojej torbie, aż wyciągnął flakonik z żółtą cieczą i wlał zawartość do ust Ra.
 - Odtrutka, powinna pomóc - powiedział.
Ciało faraona wygięło się w łuk, a czarne znamiona w okół rany powiększyły się.
 - Nie pomogło - stwierdził Set.
Amon podszedł do leżącego Ra i dotknął jego czoła.
 - Jad węża jest niezwykle mocny - powiedział i odsunął się. - Spróbuję go wyleczyć, ale może mi to zająć jakiś czas, dam wam znać, jeśli Bóg wyzdrowieje - mówiąc to dał im jasno do zrozumienia, że mają wyjść.
 - Ja zostanę - odezwała się Anput.
 - Nie - powiedział stanowczo Amon.
 - Jeśli coś spieprzysz ja mogę spowolnić jego śmierć nawet do miesiąca - uparła się.
 - Więc zostań, ale...
 - Będę siedzieć cicho w kącie - przewróciła oczami i zauważyła Anubisa pod ścianą.
Podeszła do niego.
 - Hej - powiedziała.
 - Hej - na jego twarz wstąpił lekki uśmiech. - Słyszałem o twoich postępach... nieźle.
 - Dziękuję.
 - Ozyrys nie ma tyle czasu, by mnie uczyć... - westchnął.
 - Jestem samoukiem - odparła.
Zarumienił się zawstydzony.
 - Nauka cię pochłonęła całkowicie, co? - zmienił temat. - Przestaliśmy się... bawić mułem.
 - Tak - uśmiechnęła się na te wspomnienia.
Anubis zauważył podirytowane spojrzenie Amona. Wszyscy bogowie, którzy mieli wyjść wyszli, oprócz szakala.
 - Zobaczymy się potem - powiedział i wyszedł.
Anput usiadła na krześle pod ścianą i patrzyła jak Amon próbuje uzdrowić Ra. Nie minęła nawet godzina jak szakalica musiała interweniować. Złapała Ra za rękę szepcząc po nosem i powstrzymując jego śmierć.
 - Ostrożniej z zaklęciami - upomniała jednego z najstarszych bogów.
Przez następne dwa dni spokój, aż w końcu Amon musiał coś zepsuć. Anput przez cały czas trzymała dłoń Ra.
 - Jeśli chcesz używać słowa śmierć w swoich zaklęciach... to ugryź się w język - powiedziała patrząc morderczo na boga. - Ta formułka jest przeznaczona dla Bogów Śmierci. Mimo, iż powiedziałeś, że chcesz zabić truciznę, powinieneś wiedzieć, że to działa tylko na istoty żywe, nawet jeśli kierujesz do czegoś takiego jak jad węża to by się odbiło na bogu - po jej słowach Amon zirytowany wyszedł z pokoju i więcej nie mieszał się w sprawy, w których w grę wchodziło czyjeś życie.
Wychodząc minął się z Anubisem.
 - Podsłuchiwałem - powiedział nie kryjąc tego. - Brawo... rozzłościłaś do czerwoności Amona.
Dziewczyna przewróciła oczami.
 - Od trzech dni nie spałam, jestem marudna, więc mnie nie denerwuj - ostrzegła go.
 - Jasne, Moja Pani i Władczyni - skłonił się teatralnie, co wywołało nikły uśmiech na jej twarzy.
 Przez kolejny tydzień różni bogowie próbowali uleczyć Ra, ale żaden nie dawał rady. Bóg Słońca spojrzał na Bastet, która od czasu kiedy Amon się poddał strzegła swego faraona.
 Set siedział pod ścianą. Anubis stał za Anput i wspierał ją swoją magią, kiedy ta podtrzymywała życie boga. Ptah oczyszczał wciąż ropiejącą ranę na łydce Re. Hathor trzy razy dziennie podawała faraonowi do ust jedzenie i picie, które wzmacniało nieco jego organizm. Do pokoju weszła Izyda.
 - Panie pozwól, że ja cię uleczę - powiedziała.
 - Spróbuj siostrzyczko, może ci się uda - mruknął pod nosem Set.
Podeszła do łoża Ra. Ptah odsunął się.
 - Nie zostało ci wiele życia, Panie - stwierdziła. - Jak tylko dotrze do serca umrzesz okropną śmiercią... wielce bolesną.
Ra patrzył na nią marszcząc czoło. Anput spojrzała na nią podejrzliwie.
 - Zatrułaś naszego Faraona - powiedziała. - Ten ptak, który latał w tedy nad Nile, to byłaś ty...
 - Bystra dziewczynka - powiedziała Izyda. - I masz świetną pamięć. Tak, otrułam Ra.
Nastało milczenie.
 - Czemu? - odezwała się Hathor w tym samym momencie co Set i Ptah.
 - Jak wiecie jestem druga w kolejności - powiedziała nie zadowolona.
 - Chcesz tronu dla Ozyrysa - powiedział słabo Ra. - I pragniesz mocy.
 - Tak - jej oczy błysnęły. - I tylko ja mogę cię uleczyć.
 - Czemu tyle zwlekałaś? - zapytał Set.
 - Bo to było zabawne jak próbujecie go ocalić - odparła. - Wyjaw mi swoje Tajemne Imię, Ra. W tedy cię uzdrowię.
 - Nie zrobię tego - powiedział.
 - Zrobisz, albo umrzesz, taką śmiercią, która przerazi nawet obojętnych na to zjawisko Bogów Śmierci - powiedziała,
Anput cofnęła się o krok wpadając na Anubisa, lecz cały czas mierzyła boginię morderczym wzrokiem głodnego szakala.
 - Więc... Ra? - spojrzała faraonowi w złote oczy.
 - Dobrze - odparł i zaczął wymieniać imiona, które nadali mu ludzie, sam sobie nadał, albo właśnie wymyślał.
 - Żadne z tych imion nie jest Twoim Tajemnym! - Izyda była podirytowana, nachyliła się nad starcem. - Powiedz - rozkazała,a on szepnął jej coś na ucho.
Bogini odzyskała humor i z uśmiechem na ustach uleczyła Ra po czym wyszła z pokoju.
Ra usiadł na łóżku.
 - Wyjść - rozkazał wszystkim - Bastet zostań.

 Po kilku minutach Bastet wyszła z pokoju Ra jak dumna kotka, ale w głębi duszy lekko przygnębiona. Wszyscy, którzy czekali w korytarzu spojrzeli na nią. Było tam też kilku innych bogów.
 - Bastet? - Bes spojrzał na kotkę. - Co się stało?
 - Nic takiego - odparła i odwróciła się do Set'a. - Ra odchodzi do Nieba, zostajesz zwolniony z obowiązku walki z Apopisem.
 -Ale... on ucieknie z Duat - Set patrzył na nią podejrzliwie.
 - Nie martw się... ja mam do tego nie dopuścić - powiedziała.
 - Czyli opuszczasz nas? - zapytała cicho Hathor.
 - Taka jest wola naszego Pana - powiedziała i skierowała się do wyjścia ze świątyni ku czci Ra, by już wiecznie walczyć z wężem Apopisem i nie pozwolić mu uciec, ani siać chaosu na ziemi.


~Zakrwawiony Kapturek



~Mira~
Via Facebook    Great show NEWS from Mammendorf-Germany: BIS MCh + Int. Race Ch. Face to Face al Jalalabad has won today for the first time in the veteran class Vet. CAC+Vet.BOB and last but not least Vet.BIS!!!!   Sibil Turatto

sobota, 14 lutego 2015

Miniaturka ~ Szakale cz.2

 Następnego dnia Set'a obudziły szczenięce piski i pomruki. Wstał i podszedł do jednej z dwóch kołysek.
 - Anbis na Bogów! - jęknął Pan Chaosu. - Bądź cicho.
Maluch wlepił w ojca spojrzenie małych czarnych oczek. Set przewrócił oczami i poczuł jak ktoś obejmuje go od tyłu. Spojrzał na swoją żonę, która wzięła na ręce ich synka, a sam podszedł do kołyski córki. Anput była jeszcze pogrążona we śnie. Po dłuższym czasie otworzyła jedno intensywnie niebieskie oko, a potem drugie. Ziewnęła, a widząc tatę wyciągnęła do niego małe rączki. Set wziął ją na ręce.
 Wciągu kilku dni Set zdążył znienawidzić swojego syna, Neftyda w obawie, że jej mąż zrobi coś Anubisowi wymknęła się w nocy z domu. Biegła brzegiem Nilu, aż dotarła do świątyni Izydy. Weszła i uklękła przed ołtarzem.
 - Izydo! Siostro! - zawołała, a po chwili. - Izydo, proszę cię!
Po chwili pojawiła się przed nią kobieta z tęczowymi skrzydłami.
 - Jest środek nocy... co się stało? - zapytała.
 - Mój mąż, Set... och... nie chcę by coś się stało Anubisowi - łzy pociekły jej po policzku. - Pomóż mi go chronić, sama jestem za słaba - zaszlochała.
 - Siostro... - szepnęła Izyda z troską w głosie i uklękła przy niej. - Zaopiekuję się Anubisem - obiecała. - Proszę nie płacz - otarła jej łzy.
Izyda wzięła na ręce Anubisa.

   Miesiąc później, w południe najcieplejszej pory roku egipskiej*, Pan Chaosu, jego żona i dziecko siedzieli, w cieniu, na schodkach świątyni poświęconej Neftydzie. Był bezwietrzny dzień. Anput jako, że zrodzona w dwóch bogów rosła i rozwijała się szybciej od ludzkich. Od czasu narodzin jej wygląd i zachowanie zmieniło się, tak że teraz przypominała czteroletnie dziecko, ale włosy urosły jej do pasa. Były gęste i czarne.
  Anput obserwowała umierającego motyla, siedząc na kolanach taty . Owad siedzący na piasku próbował wzbić się w powietrze. Był coraz słabszy, aż w końcu się poddał. Córka Set'a zafascynowana nadal wpatrywała się w motyla. Spojrzała na tatę i wskazała rączką na owada.
 - Tata, daj!
  Set machnął ręką i piasek uformował się w wielką rękę, która podała dziewczynce motyla. Anput wzięła go w nieporadne i niezdarne, dziecięce dłonie i uniosła stworzenie na wysokość oczu. Set patrzył uważnie na swoją córkę. Motyl poruszył się i zatrzepotał skrzydłami. Wzniósł się za kilka centymetrów w górę po czym zastygł, a spadając zmienił się w szary pył, który pokrył dłonie dziewczynki. Anput zaczęła płakać. Neftyda opiekuńczo pogładziła policzek córki, która bardziej się rozryczała.
 - Anput, uspokój się - powiedziała z troską w głosie Neftyda.
Powiew wiatru zdmuchnął z rąk dziecka pył.
 - Szu - mruknął Set. - Co cię tu sprowadza?
 - Prądy powietrzne - odparł z dumą bóg i spojrzał na swoją pra-wnuczkę. - Ależ z ciebie beznadziejny ojciec Set.
 - To nie moja wina, że ona ryczy - mruknął.
 - Tak, ale nic nie robisz, by przestała!
 Anput tarła dłońmi oczy, ale już nie płakała. Pojedyncze łzy spływały po jej policzkach. Spojrzała na Szu.
 - Dziadzio? - zdziwiła się, bo nie zauważyła jak bóg powietrza się pojawił.
 - Ach, witaj Anput - Szu uśmiechnął się do niej. - Neftydo, wyglądasz cudownie z tym kwiatem we włosach. Widzę, że wam się układa w związku - powiedział.
 - Yhym - mruknął Set.
 - Jest cudownie - odezwała się bez entuzjazmu Neftyda,  przypominając sobie Anubisa.
 - Izyda z tego co wiem miała ostatnio sprzeczkę z Ozyrysem, znaczy się... to było wczoraj. Chyba nadal są na siebie obrażeni - Szu mówił szybko, przy okazji zmieniając temat. - Dobra, to ja lecę - po tych słowach rozpłynął się w powietrzu.
Set westchnął.

W tym czasie na słonecznej barce Ra obserwował swoimi złotymi oczami Egipt z góry.
 - Set i Neftyda to ciekawy związek - stwierdził. - Czyż nie Bastet?
 - O tak, Panie - kocia bogini skłoniła mu się.
 Ra siadł na tronie, a jego kości zazgrzytały.
 - Anput boi się własnej mocy, nie dziwię się jej. Umiejętność uśmiercania i spopielania... widzę ją w roli Bogini Śmierci - powiedział Ra.
 - Ja też, Panie.
 - A moc Anubisa objawiła się?
 - Jeszcze nie, Panie - odparła Bastet.
 - Jeśli jego siostra ma moc śmierci, to on pewnie życia, ale mogę się mylić i w tedy będziemy mieć dwóch Bogów Umarłych.
 - Ludzie umierają, Panie - powiedziała Bastet. - Nie wiedzą co robić, kiedy kogoś dusza uleci... ani co się z tą duszą dzieje.
 - Tego nie wiedzą nawet bogowie, więc potrzebujemy Anput... no i Anubisa, jeśli będzie miał tę samą dziedzinę - mruknął Ra i ziewnął.
 - Jak on się czuje u Izydy i Ozyrysa? - zapytał.
 - Z tego co wiem, całkiem dobrze - odparła.
 Bastet wzięła głębszy oddech stojąc niedaleko tronu. Ra zapadł w drzemkę.  Ślina ciekła mu z ust, a kiedy jego głowa przybierała ptasią formę, wydzielina kapała z dzioba. Ra był już starym bogiem. Mimo, że wciąż najpotężniejszym, jego ciało słabło z każdym dniem. Kocia bogini martwiła się o swego Pana.
  Wieczorem na Słonecznej Barce pojawił się niespodziewany gość. Ra obudził się z drzemki. Przybysz ukląkł przed tronem.
 - Set? Powstań. Nie korzystasz z urlopu macierzyńskiego? - zapytał sennie Ra.
Set skrzywił się lekko.
 - Urlop macierzyński jest dla kobiet - stwierdził Set.
Bastet posłała mu spojrzenie mówiące Nie pyskuj, no chyba, że chcesz stracić język.
 - A z resztą, Panie... dałeś mi tylko miesiąc wolny - Pan Chaosu zignorował kotkę.
 - No tak... - zamyślił się Ra. - W takim razie: Witaj na pokładzie, Set. Właśnie wpływamy do Duat.
W dłoni Pana Chaosu pojawiła się włócznia, a Bastet wydobyła z rękawów noże, a jej kombinezon przybrał czarną barwę, taką jak jej włosy, które miała związane w kitek.
  Set stał na dziobie łodzi, kiedy Bastet obchodziła cały pokład, a jej kocie, bursztynowe oczy błyskały drapieżnie co jakiś czas.
 Dopiero po trzeciej Bramie, w wodzie przemknęło coś długiego i czarnego. Po chwili z rzeki wynurzył się demon o zielonych oczach. Set wbił mu włócznię w gardło zanim ten zdążył przewrócił łódź. Stwór nie był sam. Drugi demon wyskoczył za barką, gdy spadła otworzył szczęki chcąc wbić nie w Słonecznego Boga. Bastet mu nie pozwoliła na to. Skoczyła i wymierzyła kopniak w pysk rybio-podobnego potwora. Stwór poleciał na Set'a, któremu nabił się na włócznię. Bóg wyrzucił go za burtę. Ra natomiast pochrapywał na tronie.
 Przez kwadrans był spokój, potem z wody wynurzył się Stwór o wysokości siedmiu metrów, miał końską głowę, ale zamiast grzywy białe ptasie pióra, a oczy zielone. Wysunął różowy, rozdwojony język.
 - Jam jest Pan Niczego... dosłownie - odezwał się stwór. - Nazwij mnie, albo zjem twoje wnętrzności.
 - Nazywam cię Irytującą Przeszkodą - powiedział Set. - A teraz sio!
Stwór zanurkował, a barka płynęła dalej.
 - Jesteś mało kreatywny - powiedziała Bastet dźgając kolejnego potwora, którego przyciągnęło światło łodzi.
 - To następnym razem ty wymyślasz - odparł Set.
 - Na pewno będzie lepsze - miauknęła wyrzucając małego demona, o głowie przypominającej nożyczki, do wody w chwili kiedy z rzeki wyskoczyły trzy skrzydlate stwory. Ra obudził się, a barka zajaśniała mocniej. Bastet skoczyła na jednego z demonów. Stanęła na jego grzbiecie i wbiła mu sztylet w szyję, drugiemu między oczy. trzecim zajął się Set rozpruwając mu brzuch.
 Zmagali się z tego typu stworami, chroniąc Ra i słoneczną barkę, dopóki nie wpłynęli do ostatniego, Dwunastego Domu Nocy.
 - Coś... za cicho - mruknęła Bastet.
 - Dobra... plan działania jak zawsze. Zajmiesz się demonami, a ja Apopisem - powiedział Set.
 - Jasne - burknęła.
 - A tak w ogóle, kto ci pomagał, kiedy mnie nie było? - zapytał zainteresowany.
 - Sobek... i kilka razy Hapi... - odparła.
 - Bes nie chciał sobie brudzić rączek... a może ty nie chciałaś jego towarzystwa, hę? - Set poruszył znacząco brwiami.
 Syknęła na niego pokazując zęby. Set odwrócił się od niej i spotkał się twarzą w twarz z Apopisem, któremu pięścią przyłożył między oczy, a potem dźgnął go włócznią.
 - Oddajcie mi Ra - zasyczał i rozwarł pysk.
Set trafił go włócznią w podniebienie. Prawie się przebiła na wylot. Wąż charknął z bólu, a na Seta poleciała czarna maź.
 - A żebyś połknął se ogon! - warknął Set wyciągając włócznię.
 Wąż wymachiwał łbem w powietrzu, lecz po chwili jego rana się zagoiła. Zanurkował, a łodzią zatrzęsło. Set pobiegł na tył Słonecznej Barki w chwili kiedy Apopis, a raczej jego pysk i połowa ciała, wystrzeliła w powietrze. Zasyczał i wykrzywił jakby się uśmiechał. Oczy błysnęły mu na czerwono. Kiedy Set zajmował się wężem, Bastet przeganiała demony, odcinała im głowy, dźgała i biła pięściami.
 Zmagali się się z tym do wchodu słońca, kiedy Słoneczna Barka wypłynęła z Duat.
Ra obudził się.
 - Ominęło mnie coś? - zapytał.
 - Nic szczególnego, Panie - odparła Bastet. - Demony, Wodospad Lay, demony, stwory, Apopis, więcej demonów...
 - Aha - ziewnął bóg.
 
Minął kolejny miesiąc i kilka tygodni. Anput wyglądała jak dziecięciolatka i co ranka wstawała wcześnie rano, by przywitać się z ojcem, który wracał z nocnej pracy u Ozyrysa.
 - Tata! - zawołała jednego ranka, kiedy jej ojciec pojawił się w małej świątyni Neftydy.
 - Witaj Anput - przytulił córkę. - Jestem padnięty.
 - Nie dziwę ci się tato - odparła. - Idź odpocznij.
 -Tak właśnie zrobię - powiedział i wyminął córkę.
  Anput w czarnej jedwabnej sukience wybiegła ze swojego domu i zaczęła biec ścigając się z beżowym psem, którego znalazła kilka tygodni wcześniej. Suczka była porzucona  przez swoją rodzinę, odwodniona i głodna. Młoda bogini zajęła się psem, który od tamtej pory zawsze rano czekał na nią przy świątyni, by wyszła się z nią pobawić.
 - No dalej Mira! - zawołała dziewczynka widząc, że pies został w tyle.
Odpowiedziało jej szczeknięcie, które zrozumiała w swoich myślach: Już przyśpieszam!.
  Po chwili suczka wyprzedziła dziewczynę. Teraz ty jesteś w tyle - zaszczekał pies.
Biegły póki nie straciły świątyni z oczu. Sucha trawa sięgała do szyi dziewczyny. Wybiegając z trawy wpadła na jakiegoś chłopca w jej wieku, który wcześniej stał przy zaroślach na brzegu obserwując pływające w Nilu ryby.
 Anput spojrzała na chłopca, a on na nią swoimi brązowymi oczami.
 - Kim jesteś? - zapytała dziewczynka. - Jestem Anput - przedstawiła się i zeszła z chłopca.
Podała mu rękę, by wstał, a on przyjął jej dłoń i podniósł się.
 - Nazywam się Anubis - odparł.




CDN
~Zakrwawiony Kapturek





*Pory Roku

 ~Achet - pora wylewów, woda użyźnia pola ( czyli Jesień)
 ~Peret - pora cofania się wód, kiełkowanie i wzrost plonów (inaczej Zima i początek wiosny)
 ~Szemu - pora sucha, zbiory ( Wiosna i Lato)

 Podczas okresu, który nazywamy zimą panowała najprawdopodobniej temp. 18-20 stopni C. Podczas Szemu 27-40 stopni C. W Achet zaś 20 - 30 stopni C.
Każda z r roku trwała po cztery miesięcy.
W przeliczeniu na nasze:
Achet mniej więcej od września do połowy grudnia.
Peret połowa grudnia do połowy kwietnia.
Szemu od połowy kwietnia do września.








niedziela, 8 lutego 2015

Rozdział XIX cz. I

Włóczykij przechadzała się wzdłuż strumyka Zefira, chciała chwilę pobyć sama. Nie zwracała uwagi nawet na osóby,  które mijała. Była nieobecna duchem, czyli myślała. Tym razem o Anubisie. Czy jeśli bogowie greccy istnieją,  to egipscy też?
O raju... obezwładniłam boga...
Pogładziła naszyjnik, który od niego dostała, chciałaby znów go zobaczyć...
Trzeba zrobić kolejny wypad na miasto,  tylko kiedy?
Jej rozmyślania przerwał nagły szum. Po chwili spostrzegła,  że stoi na piasku, a po jej prawej stronie rozlega się piękne morze.
- O kurde...- Wyszeptała zachwycona widokiem.- Jezioro to pikuś z morzem...
- Co nie?- Odezwał się potwierdzający głos za jej plecami. Podskoczyła lekko i odwróciła. Stał tam Terry z założonymi rękami i patrzył obojętnie na dziewczynę. - Tak. Coś się stało? - Spytała.
- To ja się powinienem zapytać. Unikasz mnie od dnia, w którym wróciliśmy z jeziora, a było to prawie tydzień temu. Co ja ci takiego zrobiłem Włóczykij?- Spojrzał na nią smutno.  Dziewczyna zrobiła minę zbitego psa, sama nie wiedziała co się działo. Stała się ponura przez te kilka dni, nawet nie chciało jej się ćwiczyć,  a to była bardzo, ale to bardzo rzadkość.  Nawet podczas choroby ćwiczyła. Nie była także w odwiedzinach u Venory..., czy nawet słowa z Olafem nie zamieniła.
- Ja.. ja nie wiem.- Mówiąc to spuściła głowę zawtydzona minimalnie.
- Ogółem chodzisz dość ponura.- Podszedł do niej blisko, tak że dzieliło ich zaledwie parę centymetrów. Chwycił jej podbrudek i podniósł by spojrzała na niego. Uczyniła to i odkryła, że w jego piwnych oczach widać pełno troski pomiaszanej ze smutkiem. Bez zastanowienia przytuliła go mocno do siebie i położyła swoją głowę w zgięciu obojczyka. Ten mile zaskoczony oddał uścisk i lewą ręką zaczął gładzić plecy dziewczyny. Nic się dla nich nie liczyło, tylko ta chwili. Szumy i pluski morza nie rozpraszały ich, a mewy nawet nie piszczały głośno.
- Przepraszam- Wyszeptała ze zdziwieniem,  że to powiedziała. Canavan też nie krył zdumienia. Ona i słowo przepraszam!? Znów uniósł jej podbrudek i musnął lekko jej usta.
- Nie masz za co Włóczykiju- Potarł swój nos o jej i wpił się znów w jej wargi. Był to długi i subtelny całus, przez który świat dla nich przestał istnieć. Terr powoli wprowadził swój język w jej usta i czekał na pozwolenie na dalsze pieszczoty. Dziewczyna otworzyła swoje usta szerzej  i pozwoliła by pogłębił pocałunek,  a ten z radością to uczynił.
Po chwili rywalizowali o dominację ustną.
Nie liczyli czasu, minuty, godziny czy dnie nie miały dla nich znaczenia.
- Ooo jak wy słodko wyglądacie! Mówią,  że miłość rozwita na wiosnę,  ale w lato... no w sumie rośliny też w lato rosną,  więc nie ma różnicy,  no ale Afrodyta tak mówiła,  ale co mnie ona obchodzi!? - Oderwali się od siebie i spojrzeli na kobietę odzianą w zieloną suknię,  a na głowie miała wianek z kłosów.
- Kim jesteś?- Spytał Terry.
- Oh? Ah tak, Terren Canavan, syn Nike. Oj nie poznajesz mnie? No kto by poznawał taką boginię o której jest mało mitów! - Zaczęła marudzić, gładząc swoje brązowe włosy. - W sumie o twojej matce też nie jest dużo. - Zachichotała i skierowała swój wzrok na dziewczyne.
- Oh... a jednak to prawda. Kwiatuszek od Posejdona! Tajemniczy i zakazany kwiatuszek.
- Demeter.- Powiedziała Włóczykij. - Jesteś Demeter, bogini roślinności i tego typu.
Bogini poprawiła swoje hebanowe włosy i podniosła dzbanek z ziemii.
- Tak. Przynajmniej ty jedna mnie rozpoznajesz.- Ustawiła się profilem do nich, jak jeden z jej posągów.- Teraz raźniej synu Nike?
Chłopak stał patrząc niezrozumiale na tę scenke.
- A..oh. yy..- Wydukał
Bogini prychnęła.
- Cóż za elokwencja w tych czasach! Powonieneś jeść więcej owsianki.
Włóczykij na te słowa uśmiechnęła się lekko, lecz momentalnie spoważniała.
- Pani Demeter... w jakiej sprawie się zjawiasz? Bogowie nigdy...
- Nigdy nie pojawiają się bezinteresownie! Tak znam, to powidzenie. I się z nim zgodzę.  Chciałam tylko byś droga M...
- Włóczykij! - przerwała jej.
- Droga Włóczykij- Powiedziała Demeter z kpiną.- Byś przekazała, to Chejronowi. Oczywiście sama bym mu dała, ale nie widzi mi się szukanie go po calutkim obozie. Więc chcę żebyście razem go znaleźli i dali mu to.- Wyciągnęła kremową kopertę z dzbanka i podała dziewczynie.- Nie radzę otwierać. A za wykonanie tego wielce trudnego zadania- Rzekła z ironią- Dostaniecie nagrodę. Oboje.
Odwróciła się od nich, przeszła kilka kroków i zamieniła się w mgiełkę i odleciała w kierunku tylko sobie znanym.
- To było dziwne.- Stwierdził Terr.
- Eh... no. Musimy znaleść Chejrona.
- Nie widziałem go dzisiaj. Pana D. też nie... chodź.
Złapali się za rękę i spacerkiem dotarli do domku Nike.
- Włóczykij!  Hej.- Powiedziała Victoria, która siedziała z Jeffem, Alexem i Gabą przy drzwiach na ławce.
- Cześć rzekoma udawaczko.- Rzuciła niedbale i już miała iść do siebie, gdy córka Nike ją zatrzymała.
- Udawaczko?  Czemu niby udawaczka?
- Wcale nie grałaś aktorstwa gdy się ścigałyśmy, dobrze o tym wiesz. Tylko nie możesz się pogodzić z przegraną. " Znudziło mi się ciągłe wygrywanie" - Zacytowała ją Włóczykij.
- Skąd ty to...
- Drzewa takze mają uszy. I nie,  to nie Jeff mi to powiedział jakbyś chciała wiedzieć.
Kapturek lekko się zmieszała i przytuliła do Alexa. A Włóczykij rozejrzała się po towarzystwie i nic nie mówiąc odeszła na swoje terytorium.
- Co jej jest?- Spytał Gabriel.
- Nie wiem, od czasu powrót z jeziora taka chodzi i nic nie chce powiedzieć. - Wyjaśnił Terry.
- Może ma jakiś problem i nie chce by jej przeszkadzano?- Wtrącił Alex.
- Może...- Mruknęła Vic ponuro.
- Ej Jeff, może ty z nią pogadasz? W końcu najdłużej się znacie. - Zaproponował Terr.
- No nie wiem...- Zaczął mówić.
- Może ty i jeszcze Olafa poprosimy? Oni też są ze sobą blisko. A ty Terr?- Spytał Gaba.
- Próbowałem, wydawało mi się, że chce się wygadać, ale nagle się powstrzymała i..- Już chciał powiedzieć o spotkanej bogini, ale powstrzymał się. - ... zamilkła no.
- Dziwne.- Oznajmiła Vic.
Nagle ich rozmowę przerwało pojawienie się Venory. Victora wstała z poważną miną.
- Co u licha ona tu robi?!
Koń stanął dęba i zamachał swoimi nietoperzowymi skrzydłami.
- Ma uzdę założoną- Spostrzegł Jeff.
Wszyscy zerbrali się,  w bezpieczniej oczywiście odległości, przed pegazem.
Venora zirytowana zarżała głośno i tupnęła kopytem.
- Co za... - Nie dokończyła, bo wpadła na pomysł. Podeszła szybko do Terrego i pochyliła się,  dając mu znak, by na nią wsiadł.
- Yyy, mam wsiąść?
- No dawaj stary!- Ponaglił go Alex.
Chłopak, to uczynił i momentalnie klacz zerwała się do dzikiego galopu. Pędzili tak chwilę i znaleźli  się niedaleko pól truskawek. Koło drzewa leżała niebieskowłosa, była nieprzytomna, a z nosa leciało jej trochę krwi.
- Na Hadesa!- Terr zeskoczył z Venory i popędził do Włóczykija.
Uklęknął i wziął delilatnie swoją dziewczynę w ramiona, dźwignął się i wsiadł na pegaza, który do nich podszedł i uklęknął by wsiedli.
Venora wzbiła się delikatnie w powietrze i poleciała do Wielkiego Domu, a dokładniej do Izby Chorych.
Położył delikatnie na jednym z wielu łóżek i momentalnie podbiegły do niej dwie dziewczyny,  które miały warte akurat w tym miejscu.
- Czy ona...- Spytał wahając się.
- Będzie dobrze- Powiedziała,  chyba, Cleo z domku Hekate i wyprosiła go na zewnątrz.
Chłopak niczym zombie dotarł do swojego domku i położył się na łóżku,  które było piętrowe.
Leżał tak, że nawet nie zauważył jak Paczka przyjaciół weszła do domku.
- Co chciała Venorka? - Spytał Alex.
Terr coś wymamrotał pod nosem i nakrył się kołdrą.
- Terry! Co ci?- Spytała lekko zaniepokojona Vic.
Nie dając jakichkolwiek oznak Gaba wspiął się na drabince do jego łóżka i zdarł z niego kołdrę.
- Terrenie Canavan! Mów zaraz co się dzieje, chłopie no!.
Chłopak podniósł się do pozycji siedzącej z złością patrząc na osoby, które zakłóciły mu spokój.
- Włóczykij leży nieprzytomna w Izbie, to się stało! - Krzyknął. - Chyba spadła z pegaza, ale to niemożliwe!  Ona?!
Mamrotał tak jeszcze chwilę.
Reszta stała jak wryta. Włóczykij w mini-szpitalu, co się mogło stać?
                          * * *
-Anput, wiesz jeszcze za wcześnie na naukę. Wogóle nawet nie było rady bogów. Tylko pan Ozyrys wie... no i ty.
To bezsensu siostro.
- No w sumie trochę racji masz... - Cmoknęła go w polik- Ide do Bastet pogadać.
Gdy wyszła z jego komnaty, chłopak westchnął ciężko i przywołał do siebie wspomnienie z spotkania na cmentarzu z Włóczykij.
- Tajemnicza i piękna- Mruknął zanim zapadł w sen.
                               * * *
# Włóczykij.
Czytasz- Komentarz

                       Posąg Demeter