czwartek, 25 grudnia 2014

Rozdział X cz. I

Następnego dnia, gdy Włóczykij obudziła się ze swojej długiej drzemki, znowu spadła z łóżka prosto na twarz. Zaklnęła pod nosem i podniosła się z ziemi, przeszła kilka kroków trąc oczy piąstkami jak małe dziecko i po chwili znów się przewróciła, tylko że w tył o próg.
-Cholera jasna!-Krzyknęła zirytowana. Kiedy wstała, otworzyła swój kufer i z zrezygnowaniem stwierdziła, że znajduję się tam tylko jej bielizna na przebranie i jeden zestaw, składający się z koszulki na ramiączkach i czarnych rurek.
-A mogłam więcej rzeczy spakować...-mruknęła pod nosem.-Trzeba poprosić centaura o wypad na miasto. Konieczne.
Jak się przebrała i rozczesała swoje gęste, brązowe włosy z ledwo widocznymi zielonymi końcówkami, zostawiła je rozpuszczone. Jedno zerknięcie w lustro, zawiązanie glanów i po chwili wychodziła ze swojego domku kierując się ku jadalni. Po drodze spotykała przypadkowe osóby, przy okazji się z nimi witając z uśmiechem,  no cóż by tu powiedzieć,  Włóczykij była bardzo towarzyska. Po chwili zauważyła satyra, który do niej radośnie pomachał i podbiegł by zagadać.
-No witam, witam Włóczykija-Przywitał ją Olaf, satyr który ją przyprowadził do obozu.
-Cześć Olaf.-Uśmiechnęła się. -Jak tam?
-Po staremu. Z nikim się nie zadaje, no poza tobą i kilkoma innymi herosami.
-Aj Olaf, Olaf. Oni nie wiedzą co tracą chłopie!-Zrobiła zamieszaną mine.-Raczej satyrze. Sorki.
Roześmiał się lekko.
-Dobra panno Włóczykij, musze iść na chwilkę do mojego domku.-Przytulił ją przyjacielsko, odwzajemniła uścisk i po chwili blondyn się oddalił w podskokach. Wzruszyła ramiomami i dalej dążyła do punktu pożywienia, gdy chciała przejść przez drzwi, ktoś w tym samym momencie nie patrzył gdzie idzie i brutalnie przewrócił dziewczynę.
-No do cholery no! Ile razy mam sie jeszcze przywracać...-Rzucała ciągle takie klątwy podnosząc się z ziemi. Podniosła głowę by spojrzeć na winowajce. Był to opalony chłopak z piwnymi oczami i potargani włosami o kolorze hebanowym. Kiedy wstając ustabilizowała się, stwierdziła że jest on o połowe głowy wyższy. "Przystojny" pomyślała. 
-Przepraszam nie chciałem. No dobrze wybaczę ci, niech ci będzie. Ahh dziękuję za łaskawość.-Powiedziała z irytacją, patrząc płci przeciwnej w oczy, wyrażając swoje niezadowolenie.
Chłopak otrząsając się z szoku, spowodowanego stłuczką z dziewczyną, która mu się spodobała, wydukał.
-Pprzepraszam cię.
Uniosła lewą brew ku górze, z lekkim politowaniem spojrzała na chłoptasia.
-Yhym, spoko. Jeszcze chwila i upadki będą moją specjalnością. -Uśmiechnęła się lekko. Wyciągnęła rękę w jego stronę,  przedstawiając się- Włóczykij,  córka Posejdona i tak dalej...
Zdumiony uścisnął jej delikatną rączkę.
-Terry, syn Nike.-po chwili milczenia, zacytował Włóczykija- I tak dalej...
Zachichotała cicho pod nosem i puściła jego ciepłą dłoń.
-Nike powiadasz? Powiem ci, że to bardzo fajna marka butów. A twoja siostra to ciekawa hurtownia.
-Eee...-Zdezorientował się. Widząc jego minę i słysząc niezbyt zrozumianą odpowiedź,  zarechotała głośno. "A jest ładna jak się śmieje..." zamyślił się Terry.
-Halo?! Jeszcze żyjesz czy do Hadesu przyjęli? Terry!-Krzyknęła mu na ucho. Ten przestraszony nagłym wybudzeniem z zamyślenia, nie wiedząc co robi, odruchowo podciął przeciwnika i powalił go na ziemię. Po chwili zorientował się co zrobił i ,o zgrozo, komu to zrobił.
-Przepraszamprzepraszam! Naprawde nie chciałem. -Spojrzał skruszony na leżącą dziewczynę,  która zwijała się ze śmiechu. "Eee... coś tu jest nie halo.. jej to nie boli ani nie jest zła?!?"pomyślał nerwowo, kucając przed dziewczyną.
-Nie jesteś zła Włóczykij? -zapytał niepewnie.
-Hahaha... nie, ttwojaa mina była zabóójcza.-Wyciągnęła ku niemu rękę by ją podniósł. Z chęcią to uczynił. Gdy oboje stanęli w pionie, spojrzeli sobie w oczy,  stal zmieszała się z bardzo jasnym zielono-brązowym kolorem oczu chłopaka. Włóczykij,  psując chwilę,  zabrała swoją rękę z uścisku drugiej ręki.
-Przepraszam ale ja zamierzam też coś zjeść,  zanim skończy się pora śniadania. -Uśmiechnęła się lekko- To do zobaczenia i smacznego!
I weszła do jadalni, kierując się ku swojemu stolikowi, głośno powiedziała
-Smacznego wszystkim!
Gdy usiadła,  odruchowo zerknęła na stolik bogini Nemezis. Jeff akurat wstawał ze swojego miejsca i pośpiesznie wyszedł z pomieszczenia. Wyruszyła ramionami i zaczęła zajadać się kanapkami. W połowie posiłku do jadalni wszedł Chejron.
-Mam wiadomość dla was moi mili, czy zła czy dobra sami uzgodnijcie sobie.-Zrobił przerwę milczenia by utworzyć napięcie. -Macie dwa dni tylko dla siebie, odwołuję treningi. A za około tygodnia odbędzie się bitwa o sztandar!
Wkoło rozległy się wiwaty i podziękowania. Po komunikacie skierował się ku wyjściu. Włóczykij postanowiła się postarać o wypad do miasta. Wstała szybko i nie patrząc na nic pobiegła za centaurem. Niestety po drodze potknęła się o wystającą deskę i runęła jak długa. Zaklnęła szarczyście, uśmiechnęła się do osób chichoczących z jej niezdarności i biegła dalej.
-Chejronie! Proszę zaczekać!-Wrzeszczała za nim.
Odwrócił się słysząc jej nawoływanie i zapytał.
-Coś się stało?
-Mam taką nietypową prośbę Chejronie. Dzisiaj rano zauważyłam, że mój kufer jest pusty... Nie wzięłam po prostu ubrań ze swojego pokoju jak... no wiesz. I chciałam prosić o jakiś wypad do miasta po kilka ciuchów. Powinno mi starczyć pieniędzy.-Spojrzała na pół człowieka z wielką prośbą w oczach. Ten przypominając sobie,  że uciekła z domu i w jakich warunkach żyła, niechętnie się zgodził jednak zarzucił jej warunek. Ma z nią pójść,  ktoś w razie czego. Coś w typie ochroniarza. Dziewczyna,  nie hamując swoich  emocji, przytuliła go. Gdy już zamierzała odejść,  Chejron wręczył jej sakiewke,  mówiąc:
-Kup sobie coś porządnego Włóczykiju. I uważaj na siebie!
Po chwili było słychać tupot jego kopyt, których dźwięk malał.
Miło zdziwiona,  podskoczyła wesoło i biegiem zaczęła szukać Olafa. Po długim biegu u szukaniu, zrezygnowana skierowała się ku boisku do siatkówki. Usiadła na pobliskiej ławce z dala od wszystkich, zaczęła cicho pogwizdywać melodię dla dzieci,  Twinkle twinkle little star.
-Serio?  Ta piosenka jest tak stara...
Lekko przestraszona, odwróciła się do osóby,  która to powiedziała i odkryła,  że jest to Terry.
-A, to ty. Co z tego, że stara. Wiesz Terry, czasem mam takie przebłyski. Tę melodie słyszałam jak byłam malutka i ciągle ją nuce by nie zapomnieć. Do ciotki trafiłam jak miałam około czterech lat...-Zmarkotniała nagle na myśl o swojej opiekunce.
-Hej mała, nie smutaj mi tutaj.-Spróbował pocieszyć.
-Po primo, nie jestem mała.  Po drugie primo, nie mówi się nie smutaj. A po trzecie primo, gdybym cię nie znała to bym powiedziała, że od Apolla jesteś. -Uśmiechnęła się lekko.
Prychnął rozbawiony.
-No wiesz co. Ja i Apollin haha.
-A właśnie Bycie, moge tak mówić?  Ok, dziękuję.  Widziałeś gdzieś Olafa?
-Bucie?! Pfff. Nie, nie widziałem. A co?
-Szukam go. O, a jak tam u siostry?
-Byłem dzisiaj z braćmi u niej, dobrze jest. Żyje. Siedzi u niej ten... jak mu tam? Johny?
-Jonathan-Poprawiła automatycznie.
-No właśnie,  Vicia wraca do zdrowia.-Zamilkł patrząc w dal.-Hej Włóczykij,  czy to nie Olaf?
-Co?Gdzie? -Spojrzała w kierunku w którym But pokazywał. Szedł tam biały satyr z opuszczoną głową.
-Jejku, dzięki Bucie- Nie mogąc się powstrzymać,  musnęła go lekko w policzek i pobiegła biegiem w stronę pół kozła. Ten zamglonym wzrokiem odprowadzał dziewczynę trzymając się ręką za miejscem w którym go dotknęła ustami.
-Oooooooolaf. Hej chłopie czekaj! -Włóczykij krzyczała za nim.
Ten słysząc bardzo donośny głos, odwrócił się i spojrzał na Włóczykija, która dostała mało dostrzegalnej zadyszki.
-Tak? Chciałaś coś? -Zapytał smutno.
-Ej Olaf, rozchmurz sie! Mam dla ciebie super propozycje, nie do odrzucenia!
-Mianowicie?- Spytał z iskierkami zaciekawienia w oczach.
-Wypad na miasto! Mam pozwolenie od Chejrona. Powiedział, że mam sobie kogoś wziąć w razie czego i bym sama nie szła.  Więc ta dam!
-Ale dlaczego ja? Przecież tyle osób znasz więc ...
-Ponieważ jesteś moim przyjacielem. Uratowałeś mnie przed stawonogiem. Przeprowadziłeś do obozu. Zaniosłeś do izby chorych gdy zemdlałam... wymieniać dalej?- Spojrzała mu w zielone oczy, w których widniał szok.
-Mam pprzyjaciela?-Mruknął do siebie z niedowierzaniem. -Mam przyjaciela!  Hahaa-Zaśmiał się radośnie i przytulił
przyjacielsko ją do siebie. Włóczykij roześmiała się wesoło i dała się obkręcić wokół osi.
Jednak żadne z nich nie wiedziało,  że tej scenie przygląda się ze smutkiem i z zazdrością,  pewien chłopak od Bogini Zwycięstwa ...
.
Czytasz~Proszę zastaw komentarz.
#Włóczykij

środa, 24 grudnia 2014

Rozdział IX

  Victoria, gdy się obudziła zauważyła Jonathana siedzącego przy jej łóżku. Wydawało jej się, że  chłopak spał. Oczywiście nie miał zamkniętych oczu z powodu braku w znacznej części powiek. Zerknęła przez okno, księżyć świecił wysoko, prawie w pełni, na letnim niebie.
Szturchnęła lekko Jeffa w ramię, po czym jeszcze raz. Zero reakcji z jego strony. No cóż, jutro najwyżej będzie go bolał kark. Czując ból brzucha opadła z powrotem na poduszki. Zastanawiania się czemu Lily tak wybuchła na treningu. ,,Może miała okres?'' - pomyślała córka Nike, a zaraz po tym zasnęła.

  -Pobudka, śpiąca królewno - obudził ją głos, który z pewnoscią należał do płci przeciwnej.
Otworzyła oczy.
Kiedy jej wzrok przyzwyczaił się do światła porannych promieni słonecznych dostrzegła Jonathana. Trzymał w dłoniach miskę z czymś co wyglądało jak budyń. Skrzywiła się, ale zjadła. Poczuła jak ból mija, a energia powraca. Chłopak wziął od niej pustą miskę.
- Dziękuję - powiedziała.
- Nie ma za co - uśmiechnął się, a ona odwzajemniła jego uśmiech.
Nastała niezręczna cisza, która przeciagnęła się do kilku minut.
-Więc teraz jesteś moją osobistą nianią? - przerwała w końcu milczenie. - Czy może pielęgniarzem?
Chłopak nie krył szerokiego uśmiechu.
- Twoje marzenia mnie zaskakują - posłał jej znaczące spojrzenie.
Dziewczyna ukryła rumieniec.
- Ach, bierz mnie całą - zacytowała Romeo i Julie.
- Biorę Cię za słowo - dokończył.
Zaśmiali się.
Chłopak pierwszy raz rozmawiał z nią bezproblemowo i na luzie. Zawsze czuł podniosłość, znudzenie i powagę  w jej głosie, zazwyczaj patrzyła na niego jakby ją nudził. Widział w niej uosobie nie zwycięstwa i z tego, że jest dumna ze swojej nadpobudliwej matki, oczywiście błękitnooka dziewczyca odziedziczyła w znacznyp stopniu cechy rodzicielki. Czasami udawało mu się usłyszeć jej śmiech. Jednak teraz, w jej głosie wyczówał swobodę słów, co jakiś czas nawet rozbawienie.
Widać musiał być z nią na osobności, by poznać jej ukrytą stronę.
Rozmawiali i śmiali się póki nie zjawił się Alexander. Nie uraczył Jeffa, który patrzym na syna Ateny morderczo, nawet spojrzenim. Blondyn usiadł na łóżku Victorii.
-Mógłbyś wyjść Storm? - zapytał Alex patrząc na Jeffa kątem oka i nie czekając, aż wyjdzie pocałował dziewczynę, która z irytacji zacisnęła dłonie na pościeli.
Po kiklu sekundach Alex otworzył jedno oko, by zerknąćna Jonathana. Syn Nemezis miał w oczach chęć mordu. Alexander uśmiechnął się i pogłębił pocałunek. Krew Jeffa zabulgotała. Victoria dostała odruchu wymiotnego spowodowanego przez syna Ateny, który podrażnił jej tylną część języka, ale nie puściła pawia. Zirytowana dała chłopakowi z liścia, a on spojrzał na nią urażony.
- Mógłbyś wyjść Verlac? - zapytała.
Spojrzał na nią pytająco, poczym przewrócił oczami. Wstał.
- Znowu masz te swoje humorki - mruknął idac w stronę drzwi.
- Humorki?! - wkurzyła się i chciała wstać, ale Jonathan jej na to nie pozwolił.
Alex puścił do niej oczko i wyszedł, wytarła
Victoria opadła na poduszki.
-Zabij go - powiedziała wlepiając spojrzenie w sufit
-Wiesz, że bym to zrobił z chęcią - odparł.
Dziewczyna zmarssyła brwi.
- Z jakiego powodu? Ty praktycznie nigdy z nim nie gadałeś - podniosła się lekko na łokciach.
Jeff żałował, że nie ma tu Włóczykij, która pewnie wymyśliła jakieś drobne kłamstewko. Jonathan nie chciał się przyznać do prawdy...
- Eee... bo ten... tego...
,,Jestem debilem'' - pomyślał.
- Podrywał cię? - unisła lekko lewą brew do góry.
Chłopak w zakłopotaniu odpowiedział:
- Tak! Właśnie, tak!
Dziewczyna wybłychła śmiechem, a on zaczerwienił się, co było bardzo widoczne na jego bladej skórze.
- Nie podrywał mnie - powiedział. - On tylko... najbardziej mi dokuczał z powodu tego - wskazał na swój uśmiech.
Udalo mu się skłamać... oczywiście raz czy dwa go obraził, co nie było takie przykre jak docinki mini Afrodyt.
- To już przeszłość Jeffy - powiedziała.

  Następnego dnia.
   Z samego rana, kiedy dziewczyna jeszcze spała, wparadowali jej bracia. Jonathan spał na wolnym łóżku obok, które przybliżył do Vic o kilka centymetrów. Oczywiście zrobił to kiedy dziewczyna już spała.
- Siostrzyczko nasza droga! - wykrzyknął Gabriel na wejściu.
Córka Nike obudziła się. Jeff również, tylko, że on spadł dodatkowo z łóżka.
- Eee? Czego? - wymamrotała wyrwana z objęć snu.
Jeff usiadł zaspany na łóżku, zerknął na zegar, który wskazywał piątą rano.
- Martwiliśmy się o ciebie - powiedzial Terry. - Dexter chciał powiedzieć o zajściu z Lily mamie...
- Ale mi nie pozwolili - burknął najmłodszy trzymając w dłoni but.
- To dobrze - odetchnęła z ulgą. - Pewnie i tak już o tym wie i ma to gdzieś.
Terry rozejrzał się.
-Czyżmy Włóczykij wyparowała? - wypowiedział swoje myśli na głos.
- Pewnie jeszcze śpi - odparła dziewczyna z naciskiem na ostatnie słowo.
Gaba i Dext spojrzeli na siebie porozumiewawczo.
Vic mruknęła coś pod nosem o spaniu, opadła na poduszkę i nakryła kołdrę na głowę.
Jeff siedział cicho na łóżku.
Bracia oblegali ją jeszcze przez kilka minut, po czym poszli. Dext jednak chciał jeszcze chwilę posiedzieć z siostrą, która wciąż nie wychylała sie z pod kołdry.
-Siostra - zacząl niepewnie. - Bo ten... ty nigdy nie mówiłaś co dostałaś od mamy.
Jeff zaciekawiony usiadł teraz na łóżku dziewczyny.
- I co? - odezwała się w końcu Vic.
- Powiesz co dostałaś?  No bo... wiesz... Gabriek dostał miecz, Terry też, ja mam skrzydlatego szczura, a ty?
  - Pegaza Darkness'a i miecz - mruknęła, chodź nie tylko to, nikomu nie mówiła o tej drugiej rzeczy, nikomu na tyle nie ufała by to pokazać. - Umyj uszy Dext.
To co dostała, a raczej odziedziczyła po Nike było zbyt cenne, no i była by punktem drwiny.
- Ale... myślałem, że ty go poprostu znalazłaś jak byłaś w drodze do obozu... Gaba mówił, że coś jeszcze masz. Czemu nie powiesz?
- Idź już Dext - odparła na wpół śpiąc.
Chłopiec wyszedł mamrocząc cos pod nosem.

   Przez kolejne trzy dni córka Nike leżała w łóżku w izbie. Jeff siedział przy niej. Opuszczał treningi, spał na łóżku obok niej, czasem nawet rezygnował z posiłków.
Ostatniego dnia, gdy już się obudzila przyszedł Chejron oznajmiając, że może już iść do siebie.
Dziewczyna wstała i jak na skrzydłach pobiegła do swojego domku jak tylko zebrała się z izyby.
Jeszcze tego samego dnia zjawiła się na treningu. Tęskniła za tym. Wieczór zaś poświęciła Darkness'owi. Co prawda Gabriel i Terry codziennie przychodzili zaopiekować się koniem, ale zwierze za nimi nie przepadało, zawsze starał się ugryść któregos z braci, kiedy zaczynali mu pleść warkoczyki lub kopnąć gdy czyścili mu kopyta.
  Gdy weszla do stajni poczuła przyjemny dla niej zapach koni. Skierowała się do boksu swojego małego, dwumetrowego pupilka, który zaczął przednim kopytem kopać w drzwiczki na widok swojej pani za którą nadal po pięciu latach czuł się odpowiedzialny. Otworzyla boks i weszla do konia, który zarżał i liznąl ja po twarzy. Przytulila go wdychajac delikatną końską woń, gdy uslyszała jak do stajni ktoś wchodzi. Wychyliła się i stwierdziła iż to panna Nie Lubię Swojego Imienia, Więc Zwij Mnie Włóczykij.

~ Zakrwawiony Kapturek
Piszaca pod czujnym okiem Włóczykija, która ją wciąż poganiała

wtorek, 23 grudnia 2014

Miniaturka~ Rodzina

Pierwsze promienie słońca przebijały się przez rolety, rażąc i zarazem budząc dorosłą kobietę. Ta mruknęła z niezadowolenia i przeciągnęła się rozkosznie, mrucząc przy tym jak kot. Gdy już w pełni obudzona, zorientowała się,  że ktoś tuli się do niej jak do pluszowego misia. Uśmiechnęła się z czułością,  patrząc na swojego męża,  który cicho pochrapywał. Patrzyła tak dłuższą chwilę,  aż w końcu nie wytrzymała i złożyła na jego ustach czuły pocałunek,  który został natychmiastowo oddany.
-Mmm, kocham być tak budzony.- Zamruczał jej do ucha, drażniąc je nosem. Pocałował delikatnie szyję żony i zchodził coraz niżej z pocałunkami by po chwili znów wpić się namiętnie usta ukochanej. Ta z radością poddała się pieszczotą.
Ale niestety ktoś pokrzyżował ich dalsze plany i w sąsiadnim pokoju rozległ się płacz dziecka.
Odklelili się od siebie niechętnie i spojrzeli sobie w oczy, które przesiąkały miłością.
-Ja pójdę- Powiedzieli w tym samym czasie. Zachichotali, kobieta po chwili wachania ucałowała męża w nos i wstała z łóżka by po chwili skierować się do pokoju syna. Podeszła do łóżeczka i wyciągnęła roczne dziecko, biorąc je w ramiona i tuląc do siebie.
-Zgłodniałeś co Clamer? No chodź na opa zaraz cię nakarmimy.- Cmoknęła chłopczyka czule w czoło i razem skierowali się do kuchni ,gdzie kochany małżonek smarzył naleśniki na śniadanie.
-No kogo ja widze, mój pierworodny- Uśmiechnął się promiennie na widok żony niosącej syna.- A oto naleśniki dla kochanej i kaszka dla młodszego.
-No no, utyjesz mnie kochanie.- W jej oczach zajaśniały wesołe ogniki.
-Ja? Jakże bym śmiał.-Uśmiechnął się ironicznie.
- Apropo grubości, mam coś dla ciebie.- To mówiąc skierowała się do salonu. Zdziwiony, wzruszył tylko ramionami i zaczął karmić synka. Po jakimś czasie
, czyli skończył karmić dziecko,  wróciła jego miłość niosąc w rękach mały pakunek. Uśmiechnęła sie cwaniacko i wręczyła mu daną rzecz.
Zainteresowany powoli zaczął odpakowywać prezent, w chwili gdy zobaczył zawartość pojemnika, zaniemówił.
-Czczy to...?
-Tak, to są dziecięce buciki.- Odpowiedziała za niego.
Spojrzał na nią z łzami szczęścia w oczach, podobny prezent dostał rok temu. Był to śliniaczek do jedzenia dla dziecka, prezent pod choinkę. Cieszył się jak głupi.
-Czwarty tydzień- Odpowiedziała zanim zdążył zadać pytanie.-Nie ciesz...- Przerwał jej początek monologu namiętnym pocałunkiem. Owinął swoimi ramionami jej biodra i uniósł,  kręcąc się razem z żoną dookoła. Roześmiała się serdecznie, jej serce opływało szczesciem, że jej małżonek tak pozytywnie to przyjął. Tej scenie z zaciekawieniem przyglądał się Clamer, chciał zwrócić na siebie uwagę lecz zrezygnował z tego widząc tate, który podnosi mame i ją obkręca.
-Dlatego nie żałuję,  że straciłem nieśmiertelność panno Włóczykij-Oznajmił jej, a po chwili milczenia ddodał- Kocham cię Meriel

-A ja nie żałuję,  że wyszłam za ciebie mój ty Anubisie. Też cię kocham.- Odpowiedziała złączając ich usta w delikatnym lecz subtelnym pocałunku.
                             *   *   *
Krótka miniaturka, nie powiem że nie.
A właśnie!  Z okazji Świąt chciałam ( no Kapturek też) złożyć Wam najserdeczniejsze życzenia i przepysznych potraw. Także... Wesołych  Świąt !!! ;*
#Włóczykij.

niedziela, 21 grudnia 2014

~Iryfon~

Hej Wam :)
Chcieliśmy wyjaśnić Wam nieco nasze zmiany w blogu. Otóż nie doszło jeszcze do przebudzenia Gaji, ani nikt jeszcze nie wpadł do Tartaru ;). Dojdzie także do spotkania rodzeństwa w CHB, to nasz wymysł i wiemy że jest sprzeczny z książką.
Różne imiona i zachowania obozowiczów mogą się różnić od książkowych.
Prosimy także o pozostawianie po sobie znaku w postaci komentarzy.
#Włóczykij
~ Zakrwawiony Kapturek
.

niedziela, 7 grudnia 2014

Rozdział VIII cz.II

Był zły.  Nie, to mało powiedziane. Był cholernie zły,  gdy się obudził, jego młodszy braciszek powiedział mu, co zrobił Alex wczoraj, wieczorem razem z Vic. Nie mógł tego przyjąć do świadomości. Ona i on?! Nonsens.
W swoim stanie kierował się ku jadalni na śniadanie. Szedł tak, nie patrząc przed siebie lecz pod nogi, nagle wpadł na kogoś,  kto się przewrócił od nagłego uderzenia.
-Uważaj jak chodzisz tępa.. Jeff?- Włóczykij dopiero teraz dojrzała na kogi wpadła. Miała kiepski humor, nie dość że spadła rano z łóżka to jeszcze nie mogła ujarzmić swoich włosów. Aż w końcu uczesała je w luźnego koka.
-Hej..., co się stało? - spytała, widząc jego oczy,  które były wypełnione smutkiem i żalem.
Ten nań spojrzał i ujrzał jej oczy. Ze stalowych tęczówek aż wypływała troska .
-Nic takiego.- Odpowiadział.
-Wiesz Jeff, nienawidzę jak ktoś kłamie. A umiem to bardzo doskonale wykryć-Warknęła na niego- Więc nie pieprz mi tutaj tylko mów co się stało,  bo widzę, że jest coś na rzeczy.
-A co cie to tak ciekawi co?! Święta się znalazła, córunia Posejdona. A tfu! Idź mi stąd. - Odwarknął jej. Musiał na kimś wyładować swoje emocje, ale niestety tym kimś była Włóczykij.
Jej oczy wypełnił smutek, niesamowity smutek.
-Czasem warto spojrzeć dalej niż tylko na swój nos, strasznie egoistyczny nos. Ale nie zniżając się do twojego poziomu, chcem tylko ładnie ująć, że jesteś świnią. Egoistyczną świnią.- spojrzała jeszcze raz na niego i szybko skierowała się na śniadanie. Zrozumiał co powiedział. Zrozumiał do KOGO to powiedział. Do osóby, która go rozumiała i lubiła, ale teraz się oddalała w kierunku jadalni, zraniona. Poczuł się bardzo głupio. Gdy wszedł do stołówki zobaczył ją jak siedziała przy swoim stoliku, sama z ponurą miną.  Kiedy ich oczy się spotkały,  Włóczykij szybko odwróciła wzrok, wbijając go w kubek, który po chwili wypełnił się niebieskim kisilem. Westchnął ciężko i usiadł obok brata, który,  oh Bogowie, znowu opychał się pizzą.
-Będziesz gruby, zobaczysz Ravi.
-Eee?-Spojrzał na niego jak na wariata. Po chwili przełknął jedzenie i odpowiedział- Dietetyczna pizza Pana D. ma mnie utuczyć? Haha.
Jonathan spojrzał na brata z politowaniem. Spojrzał na swój talerz i po chwili pojawiła się na nim sałatka z dużą dawką chilli.
-Panno Włóczykij,  proszę czy mogłabyś pójść ze mną? -Spytał Chejron, wchodząc do jadalni.
Dziewczyna podniosła się z miejsca i podążyła za centaurem. Po chwili znaleźli się w gabinecie w Wielkim Domu.
-Jest to gabinet pana D., ale aktualnie go nie ma gdyż jego żona..., a zresztą nieistotne. Poprosiłem ciebie tutaj, by z tobą porozmawiać. Olaf już mi powiedział, że uratował cię od skorpiona z Podziemia. I słyszałem,  że uciekłaś od ciotki- spojrzał na dziewczynę świdrującym zwrokiem- To nie dobrze. Ona cię ochraniała...
-Tym, że nie dbała o mnie, używała tylko jako dostawcy z sklepu do domu?! Taka to ochrona?! Nie no to ja dziękuję bardzo, ale takie coś,  za przeproszeniem mam głęboko w poważaniu.-Przerwała mu.
-Im śmiertelnik gorszy... w wyglądzie i zachowaniu,  tym lepszy dla półboga. Wytwarza się aura ochrony,  coś w rodzaju pola siłowego. A ty jej zwiałaś.-Spojrzał wymownie na Włóczykija.-Tym samym się narażając. A właśnie, rozmawiałem z panem D. a raczej poprosiłem by porozmawiał z Posejdonem w twojej sprawie, lecz twój ojciec odmówił,  mówiąc cytuje: ''Wszystko w swoim czasie,  Zeusie zaraz ci to wyjaśnie, oh Amifitro spokojnie...", dalsze cytowanie nie ważne,  ważne jest to, że Posejdon ma wobec ciebie pewne zamiary, sam nie wiem jakie.-Wyjaśnił. Po chwili milczenia dodał-Chcesz może poznać swoich braci?
-Braci? Słyszałam tylko o..., jak mu tam było?  Perry?
-Percy Jackson, syn Sally Jackson i Posejdona. A drugi to Tyson, trochę szokujące,  ale to cyklop.
-Mam braci...-mruknęła do siebie,  mając w oczach radosne iskierki.-Zawsze chciałam mieć braci, obojętnie jakich. Kiedy ich poznam?-Dopytywała.
-Oh. Z Tyson'em możesz porozmawiać przez iryfon, a Percy tu będzie za około dwa tygodnie, lepiej byście się na żywo spotkali,  on akurat wróci z pozostałymi..., a Tyson pracuje w kuźni swojego ojca, czasami dostaje wolne, to nas odwiedza. A teraz chodź,  czas treningu się zbliża.
Wyszli z pomieszczeń i skierowali się ku grupce  ludzi, Włóczykij szeroko się uśmiechnęła do nich i pomachała wesoło. Większość osób odwzajemniła gesty, choć dwie osoby niespecjalnie. Jeff lustrował ją smutnym wzrokiem, ale ona zignorowała je, a Victoria prychnęła tylko pod nosem i zwróciła się do centaura.
-Sztylety, łuki czy miecze?
-Dzisiaj tylko sztylety i miecze, a jutro łuki i oszczepy. Dobrze moi mili zaraz was dobiorę w pary... Jeff i Terry, Włóczykij i Victoria,  Alexander i Paul...-Wymieniał jeszcze przez chwilę,  a potem wyznaczył ćwiczenie- Dzisiaj tylko rozbrajamy przeciwnika, jasne?
Włóczykij spojrzała na swoje sztylety "źle wyważone" pomyślała. Podniosła wzrok na Vic i zaatakowała. Odbiła jej atak i korzystając z tego że Włóczykij przekręciła głowę w inną stronę,  rozbroiła ją.
-No no, Panno-Bez-Imienia trochę uwagi na walkę- Powiedziała znudzona.
-No cóż córko hurtowni bytów,  bywa tak czasami. - Uśmiechnęła się ironicznie.
-Ohoho, widzę że trzeba ciebie przeszkolić Włóczykiju w walce na sztylety. Uwaga zmiana par!- Oznajmił Chejron- Jeff z Włóczykijem, Victoria z Terry'm...- gdy chłopak to usłyszał,  uśmiechnął się do siostry na co ta wywróciła oczami.- No ćwiczymy ćwiczymy!
Włóczykij spojrzała na chłopaka,  który się do niej zbliżał. Szedł ze opuszczoną głową.  Spojrzał w jej oczy i szybko odwrócił wzrok widząc jej zimne spojrzenie. Zaczął jej po kolei tłumaczyć jak trzymać sztylet i jakie ruchy wykonywać,  jednak nie ośmielił się spojrzeć w jej oczy.
Ta jednak słuchała go z uwagą,  ochłonąc każde słowo jak gąbka wodę, ale także go obserwowała dokładnie. Wiedziała,  że jest mu ciężko i smutno, że tak wybuchł. Dostrzegła to, jednak nie zamierzała tak łatwo wybaczyć.
-No a teraz spróbujmy  przećwiczyć te ruchy.- Powiedział chłopak biorąc swoje sztylety, podarunek od swojej matki. Włóczykij wzięła swoje z kwaśną miną. Ku zdumieniu chłopaka,  odłożyła jeden.
-Wole jednym.- Wyjaśniła krótko,  przeszywając go wzrokiem.
-Okay, jak chcesz- I nagle zaatakował, szybko odparła atak czując jak adrenalina rozchodzi się po jej ciele. Zaszarżowała na niego zajadle, on zdziwiony z łatwością odbijał jej ataki. Po chwili sam zaczął napierać na nią. Każdy przerwał swoją walkę i przyglądał się nowicjuszce i Jonathan'owi, nawet Chejron nie miał im za źle,  że nie stosowali się do jego zaleceń. Jeff jednym ruchem rozciął jej skórę na ramieniu na co ta krzyknęła oburzona i jeszcze z większą siłą zaatakowała. Chłopak uśmiechnął się szeroko, dosłownie,  i walczył dalej. "Bitwa" doszła do takiego momenty, że oboje byli już wycieńczeni lecz nadal tak trwali nie chcąc urazić swojej dumy przegraną. Włóczykij nagle się potknęła i wywróciła, tak że leżała obok rozwidlenia strumyka. "Woda da ci siłę. Uleczy cię. Pamiętaj. " usłyszała głęboki, męski głos w swojej głowie. Wyciągnęła lewą rękę w stronę wody i zanużyła ją w niej.  Poczuła jak na nowo wzbiera się w niej energia i ku zdziwieniu,  rany się zagoiły. Podniosła się z ziemi i spojrzała na zmęczonego Jeff'a. Podeszła do niego i na nowo zaatakowała,  jeszcze z większą siłą niż poprzednio, ten wycięńczony został rozbrojony przez nowicjuszke. On. Pogromca sztyletów.
-Jeszcze się zemszcze- mruknął do siebie.
-Nic dziwnego. W końcu syn Nemezis.-Powiedziała do niego z uśmiechem lecz jej oczy nadal pozostały chłodne i pełne urazy.
Wkoło rozległy się brawa.
-Podobnaś do Percy'iego, mówię ci-Zagadnął centaur- Jak pierwszy raz tutaj walczył, też posłurzył się wodą i pokonał swoją dziewczynę.
Zaśmiała się. -No dobrze koniec treningu, macie wolne. Ale za dwie godziny widzimy się na treningu kolejnym!
Gdy ludzie się powoli rozchodzili, do Włóczykij'a podszedł blondyn z błękitnymi oczami.
-Siemka, jestem Alexander,  w skrócie Alex.-Uśmiechnął się zalotnie- A ty to pewnie Włóczykij,  ta?
-No popatrz, popatrz. Słuch cię nie zawodzi. A jeśli tak sie nazywam, to co w związku z tym?- Zirytowała się.  Ten blondas ewidentnie ją podrywał, ją,  on, dobre sobie. Tak dokładniej przyjrzała się mu i z niechęcią musiała stwierdzić że był ładny. Krótke blond włosy,  postawione na żel,  jasne brwi, błękitne oczy i był troszkę od niej wyższy.
-A nic, chciałem ciebie poznać i sprawdzić czy plotki są prawdziwe.
-Co? Jakie plotki?
-Że jesteś wysportowana, inteligentna, ładna i zadziorna, jak widać ta plotka nie jest kłamstwem. - Puścił jej oczko i uśmiechnął się słodko. "Ja pierdziele, czemu ja? Oh Bogowie za co" jęknęła w duchu.
-Od kogo jesteś? -Spytała jeszcze bardziej zirytowana.
-Syn Bogini mądrości, Aten- Wypioł dumnie pierś do przodu.
Włóczykij nie wytrzymała i wybychnęła chichotem.
-A..atena? Hahaha. Ja piii.. pitole, a ja myślałam, że dz..dzieci ma mądre.
Chłopak spojrzał na nią urażony.
-A nie jestem? No wypraszam sobie tak!
-Przepraszam bardzo blondasie, nie mam zamiaru tracić wolnego czasu na tak bezsensowną rozmowe. Cześć.
Chłopak odprowadzał dziewczynę wzrokiem zdziwionym, urażonym, ale z podziwem, aż nie zniknęła mu z widoku.
              *Dwie godziny później*
-No moi drodzy!  Dzisiaj krócej poćwiczymy, ponieważ muszę jeszcze z kimś porozmawiać. A więc...
-Nie zaczyna się zdania od 'a więc'- wtrąciła Włóczykij,  co wywołało ogólny chichot zgromadzonych.
-No no, niech ci będzie. Dobra, dobieramy sie w pary. Może Włóczykij i Victoria, Alex i Aaron...
Dziewczyny zbliżyły sie do siebie,  Vic wyciągnęła z pochwy swój własny miecz, dostała go w swoim śnie,  gdzie pierwszy raz spotkała swoją matke. A jej przeciwniczka, wzięła jeden z grupowych. 'Kurcze, znowu źle wyważony' zaklnęła w duchu. Chwyciła dwoma rękami ostrze i obróciła nim.
-Już?  Skończyłaś?- Spytała Vic patrząc na jej poczynania.
-No już,  już ide.-mruknęła
Stanęły na przeciwko siebie i zaczęły walczyć. Po kilkunastu minutach Włóczykij była pozbawiona klingi.
-Umiesz cokolwiek? -zapytała z kpiną Wygrana.
-Strzelać z łuku-mruknęła do niej, a jeszcze ciszej, tak do siebie- I sztylety, widziałaś zołzo.
-W przeciwieństwie do moich braci nie jestem sportsmenką...
-Widać ..
-Ale jestem dobra prawiej każdej konkurencji...
Mówiła dalej ale Włóczykij jej nie słuchała, wiedziała że ten blondas sie na nią gapi, zirytowała się.
-... zależeć twoje życie. -Zakończyła. Meriel nagle zauważyła że córka bogini barów została zaatakowana, podnosiła się z przecietymi policzkami, a później zobaczyła jak jakaś dziewczyna z tęczowymi pasemkami wbija jej sztylet w brzuch, zareagowała natychmiast, tak samo Jeff. Podtrzymtwali ją i wykonali rozkaz Chejrona i zabrali ją do izby chorych.
Gdy położyli ją na łóżku,  siedzieli tak razem milcząc przez piętnaście minut aż w końcu Victoria obudziła się.
-Dzień dobry śpiąca królewno.-Uśmiechnął się lekko Jeff. Vic dotknęła się za policzki gdy się uśmiechnęła.
-Teraz macie taki sam uśmiech-Powiedziała z nutką rozbawienia w głosie Włóczykij.
-Jaki uśmiech?- zapytała Vic.
Towarzyszka podała jej lusterko.
-Co z Lily?
-Później ci powiemy- odparł Jonathana.
-A Alex?
Włóczykij jak i Jeff spięli się lekko.
-Heh, był tylko zauroczony. Obrzydził go twój uśmiech. -Wytłumaczła córka Posejdona
-Podoba ci się? -Victoria spojrzała na Jeff'a.
-Przynajmniej bedziesz uśmiechnięta ponuraku- odpowiedziała za niego dziewczyna,  ratując z opresjii- A teraz weź ambrozje.-podała jej kawałek wyrobu. Gdy go już zjadła blizny na policzkach pomniejszyły się znacznie, lecz nie zniknęły całkowicie. Od kącików biegły na kształt uśmiechu około dwóch centymetrów,  ale na szczęście były to tylko blizny zamknięte,  a nie otwarte jak u chłopaka który siedział obok.
-Znacznie lepiej, a teraz powinnaś odpocząć.
-Dziękuję wam- uśmiechnęła się lekko i zapadła w gleboki sen.
-Zostań tu z nią,  bo ktoś musi.- oznajmiła Włóczykij.
-Ej... ja chciałem ..
-Daruj sobie Jeff, dobrze wiesz, że łatwo nie wybaczam.- odpowiedziała nie patrząc na niego. Po tych słowach skierowała się do wyjścia,  a jeszcze potem do swojego domku na drzemkę.
Zrezygnowany chłopak patrzył za oddalającą się dziewczyną,  z żalem. Brakowało mu jej obecności,  pogaduszek. Wziął krzesło i ustawił je przy łóżku córki Nike. Usiadł i patrzył jak śpi. "Ona jest taka piękna" pomyślał zanim zapadł w płytką drzemkę.
.
Czytasz-Komentarz
.
#Włóczykij

wtorek, 2 grudnia 2014

Rozdział VIII cz.I

W tym samym czasie co Victoria wyszła zdegustowana, Włóczykij patrzyła w szoku na Chejrona.
-Posejdon. Córka. Ja. Aha.., Czy ktoś do cholery mi to wyjaśni?!-Zapytała ciągle będąc w szoku- No co sie tak gapicie? Wyjaśni mi to ktoś?
-Ja też jestem w całkowitym szoku panno.. Włóczykij?  Otóż, wielka trójca, Zeus, Posejdon oraz Hades, składali przysięgę,  że nie będą mieć dzieci, ponieważ stanowią zagrożenie dla bogów. Oczywiście każdy z nich nagioł tą obietnice. Zeus spłodził Thalię, Posejdon Percy'iego, a Hades Biance i Nico di Angelo. Oczywiście po wojnie, złożyli ponownie przysięgę,  lecz ty bodajże byłaś już zrodzona przed przysięgą... Kim są twoi rodzice? - Spytał Chejron.
-Nie znałam ich, mieszkałam tylko z ciocią, choć i ona nie była moją biologiczną,  tak podejrzewam.-Wyjaśniła.- Co teraz ze mną będzie?  Jestem jakimś zagrożeniem?
-Jest już po wojnie, więc nie sądzę byś stanowiła zagrożenie. Ale zdziwił mnie fakt, że nie znasz swojej rodziny. Proszę byś rano do mnie przyszła,  teraz muszę konieczne z panem D. porozmawiać. Idz zjedz kolacje dziecko.  I nie przejmuj się,  nic się nie stało. - Obiął ją delikatnie dla pocieszenia i odszedł ku Wielkiemu Domu. Włóczykij stała tak i patrzyła na ziemię,  słysząc szepty w koło.  Aż w końcu nie wytrzymała i wybiegła z jadalni kierując się ku skałką, które leżą nad jesiorem. Po jej twarzy spływało trochę łez. Po kilku minutach poczuła obok siebie czyjąś obecność,  spojrzała na prawo i ujrzała Jeff'a, który patrzył się na nią z troską w oczach.
-Jak sie czujesz? -spytał.
-Jak córka jakiegoś tam Boga, który przyznał się do córki,  wiedząc że jest ona zagrożeniem. Supiii co nie?- Powiedziała z dużą dawką ironii.- Czemu zawsze mnie spotyka takie coś?
- Oj no nie płacz już,  to nie jest takie źle.  Pomysł, że jesteś córką jednego z najpotęrzniejszych Bogów.- Pocieszał ją, lekko przerzucając swoją rękę na jej barki i lekko ją przytulił- Nie zamartwiaj się aż tak bardzo, bo nie umiem pocieszać ludzi.- spróbował zażartować. Włóczykij lekko się uśmiechnęła.
-Nie martw się,  ja też tego daru nie mam.
-Może pójdziemy po twoje rzeczy do jedenastki? - zaproponował Jonathan. Po chwili wachania postanowiła,  że pójdą i zabiorą potrzebne rzeczy oraz chłopak pomoże jej się wprowadzić.
Szli w milczeniu, Włóczykij przypomniała sobie o Anubisie. 'Czemu akurat teraz o nim myślę? ', przypomniała sobie, nagle, jego słowa 'Zawsze znajdziesz pomoc na cmentarzy', a może by tak wmysknąć się z obozy by.. nie, to nienormalny pomysł. Ale zaraz..., ona jest nienormalna, to czemu by nie?
-Ooo widzę że humor ci się już poprawił panno Ironio- Powiedział Jeff, uśmiechając się.
-Tak jakby.-Po chwili milczenia, spytała i wskazała na jego usta- Jak to się stało?
Chłopak zrobił ponurą minę i zamyślił się na chwilę.
-Wypadek podczas treningu, byłem niedoświadczony. Na moment ktoś odwrócił moją uwagę i BUM. Mamy rozcięcie. Bym go nie miał,  lecz za późno dostalem ambrozje.
-To przykre.- Spojrzała na niego współczująco. - Ja też mam dużo blizn... większości na nogach od jazdy konnej. O, już jesteśmy. Wejdziesz ze mną?  -Zapytała, patrząc na niego błagalnie. Uległ spojrzeniu.
-Nooo dooobraaa-Odparł, robiąc minę zbitego psa.
Gdy weszli do środka,  pełno głów zwróciło się w ich stronę, aż  za dużo głów.
-GRATULUJEMY!- wrzasnęli wszyscy.
Włóczykij i Jeff stali tak w głębokim szoku, nie wiedząc co robić. Po chwili podszedł do nich rudowłosy chłopak i zaprosił na imprezę na jej cześć.
- Na moją cześć?  Serio. Doprawdy nie macie czego świętować? -zapytała z kpiącym uśmiechem.
- No przecież świętujemy, to że zostałaś córką Posejdona! Wiesz teraz co to będzie?  Powinnaś czuć się zaszczczycona!- Nawijała szybko jakaś dziewczyna, mniej więcej w jej wieku, miała zielone oczy i czarne włosy,  dość długie i proste.
- Powiedziała córka Hebe- zakpił Jeff, szepcząc to na ucho Włóczykija. Nastolatka zachichotała lekko.
- No to.. jak już się odbyła owa impreza na moją cześć-przemawiała podniesionym głosem,  by wszyscy ją usłyszeli- Nic innego nie pozostaje mi jak, wam podziękować za taką wyrozumiałość. Nie sądziłam,  że tak optymistyczne przyjmiecie, to że zostałam Jego córką.
-No z charakteru, mało co jest podobna do Percy'iego.- powiedział ktoś z tłumu. Wokół rozległy się zgadzające szepty.
-Percy? Czyli to mój brat ta? Poznam go?
-No napewno. Percy jest taaaaaki przystojny..-westchnęła jedna z dziewczyn, która miała z kilo pudru na twarzy. No, nie całkiem. Tak na oko ujmując.
-Romilda, córka Afrodyty. -Wyjaśnił Jonathan,  widząc pytający wzrok Włóczykija.
-Musicie mi wybaczyć,  ale ja tylko wpadłam po moje rzeczy, by sie przeprowadzić i już mnie nie ma!-Rozległy się ponure pomruki- Ale to nie powód do zakończenia impry co nie? - Zaopanowała. Nagle rozległa się muzyka, a po chwili można było zobaczyć tańczących herosów. "I dziwne, że wszyscy się zmieścili" pomyślała Włóczykij, zabierając swoje rzeczy. - Chodź Jeff.
Po chwili, gdy już się pozbyli serpentyny, którą oberwali "przypadkiem", skierowali się ku domkowi nr. trzy. Szli w ciszy,  aż w końcu Jeff ją przerwał.
-Jak masz na imie?
- Noo Włóczykij. Przecież już mówiłam. 
-Wiesz dobrze, że nie o takie imie mi chodzi. Jak masz na prawdziwe imie?
-A po kiego ci to wiedziec co?- zapytała rozgoryczona.
-Yyy
-No właśnie.
-Nie, niee. Chodzi mi o to, czemu też nie chcesz powiedzieć. I jak masz to też,  mi chodzi.- Plątał się w swoich słowach.
-Wiesz czemu nienawidzę swojego imienia? To przez jego znaczenie, ale teraz gdy się dowiedziałam czyją córką jestem, to ta nienawiść osiągnęła poziom apogeum.
-Ale co ...
-Mam na imie Meriel, ty upierdliwy człowieku. M.E.R.I.E.L. czyli Świecące morze. Zadowolony?  A spróbuj mi to komuś powiedzieć to będziesz miał w innym miejscu ten uśmieszek!-Zagroziła, ciskając gromami  z oczu.
-Ggdzie??.- zająkał się lekko.
Weszła na ganek swojego domku i wzięła karton od chłopaka,  po chwili spojrzała mu w oczy i odrzekła przesłodzonym głosikiem
-Na dupie, mój mały Jeff'ie.
Widząc jego niekumatą mine, roześmiała się perliście.
-Na mnie pora. Dziękuję ci bardzo moja prywatna niańko. Dobranox.- Pomachała mu i weszła do pomieszczenia.
Stały tam trzy łóżka z czego, dwa wyglądały na używane, jedno z nich stało w kącie pod ścianą,  a drugie zaraz przy wejściu. Ostatnie natomiast, to wolne, stało pod oknem. Usiadła na nim i stwierdziłs, że było ono wyjątkowo wygodne. Obok znajdowała się nocna szafka, a na drugim końcu łóżka kufer, zapewne na ciuchu.
Zmęczona,  nawet nie podziwiała wyglądu pokoju, tylko od razu rzuciła się na łóżko i zasnęła. Tej gwieździstej nocy sniła, o pewnym chłopaku z cmentarza...
.
Czytasz-komentujesz
#Włóczykij