poniedziałek, 9 listopada 2015

Witamy zmiany :3

No witam,
Dawno nas nie było... Żadnych rozdziałów, miniatur, NIC. No niestety rok szkolny się zaczął, to i czasu nam zabrakło.
Postanowiłyśmy wznowić bloga, ale także przenosimy go na inną stronkę, oraz zmienimy trochę fabułę, ale nie martwcie się Meriel, Victoria, Anubis i Jeff zostają! No i oczywiście miejsce akcji takie samo jak było. Będziecie na bieżąco z nowościami. Mogę dopowiedzieć, że już małe zmiany zaszły w zakładce bohaterowie.
Tak więc... Czekajcie na nowe wiadomości!

Pozdrowienia od Mer i Vic.

sobota, 25 lipca 2015

Rozdział XXV cz.I

Minęło kilka dni od "wojny". Włóczykij akurat przechadzała się po lesie smutna. Nadal nie znalazła Venory, nie wie co z nią. Bardzo się martwi o nią.
Doszła do Pięści Zeusa, spojrzała nań i westchnęła ciężko.
Niespodziewanie ktoś złapał ją za ramie, ta wystraszona złapała je i wykręciła, kładąc przeciwnika na ziemie. Gdy spostrzegła kto to, oniemiała.
- Olaf? Jejku, przepraszam! Nie chciałam. Wystraszyłeś mnie.- Pomogła mu wstać.
Satyr machnął lekceważąco ręką.
- Nic się nie stało. - Uśmiechnął się. - Co tak daleko zawędrowałaś?
Włóczykij wzruszyła ramionami.
- Nie wiem, szłam przed siebie... myślałam.
- A o czym?- Zaciekawił się Olaf.
- O tym, kim jestem.
                        * * *
- Anuuubis, moj były mężu. - Zawołała Anput.- Kto to?- Zapytała wskazując na rysunek.
Chłopak natymiast wyrwał jej kartke i schował za swoje plecy.
- Anput! To moje prywatne! Ja ci nie grzebie w rzeczach.- Warczał wściekły.- I nie nazywaj mnie swoim mężem!
Zachichotała widząc jego złość.
- Nooo powiedz. To chyba nie ta blondi Sadie?- Przeraziła się.
Anubis spochmurniał jeszcze bardziej.
- Nie.- Odparł chłodno. - Nie interesuj się.
Podeszła do niego.
- Anu nooo!- Klepnęła go w ramie.- Mi nie powiesz?
Spojrzał na nią ponuro. Zastanawiał się czy dobrze mu to zrobi... A co tam.
- To Włóczykij ...- Wyciągnął obrazek i pokazał jej doskonałe naszkicowany portret niebieskowłosej nastolatki.
Zaczął opowiadać ...
                          * * *
Weszła na stołówkę razem z Olafem, usiadła przy swoim stole z nikim się nie witając. Nadal była smutna i zamyślona. Zaczęła jeść ryż z warzywami, gdy usłyszała dość głośny szept.
- Patrzcie! Ten głupi wodorost znowu sam siedzi. Mówię wam, oni tylko udają. A ten przystojniak jak mu tam... Terry?
- Tak, Terry! On jest taki zabawny... trzeba go poderwać! Hihi.
Włóczykij nie wytrzymując, wstała energicznie od stołu i odwróciła się w stronę szeptów. Córka Tyche i Afrodyty...
Spojrzały na nią lekko zlęknione.
- Skąd niby wiesz, że udają co Vanessa?- Zapytała, niby spokojnie, Meriel. Czuć było od niej złość i pogardę. Na dodatek oczy bardzo jasno się jej świeciły.- A ty Ola?
- A ty co? Przesuchiwantka jesteś? - Odezwała się córka Afrodyty, Ola.
- Idiotko takiego słowa nie ma.- Warknęła niebieskowłosa.- I jakim prawem mówicie tak o Terrym? No jakim?!- To ostatnie krzyknęła i przybliżyła się do nich. Cała stołówka ich obserwowała w napięciu.
- A ty jakim prawem na nas krzyczysz?!- Zapiszczała Vanessa.
Włóczykij mocno ścisnęła w ręce,  trzmany widelec. Całkowicie zła, rozejrzała się po sali. Wpadła na pomysł ...
- A takim, że uważam was za poziom poniżej zera. Więc ...- Zrobiła chwilę ciszy- Tak mogę na was krzyczeć.
- Ty gnido...- Zaczęła Ola, lecz przerwała jej to woda, która cała ją ochlapała i na dodatem bardzo rozmazała jej makijaż. Mokra, rozpłakała się.
Włóczykij mając wysoko uniesione ręce, skierowała kolejną kule wodną, którą zaporzyczyła ze szklanek obozowiczów, na Vanesse, która głośno wrzasnęła i także oberwała wodnią armatnią.
Córka Posejdona uśmiechnęła się chłodno. I tak, po prostu, podrzuciła trzymany widelec, który ...
                          * * *
- Tu jest twój tymczasowy pokój- Naszida uśmiechnęła się i pokazała pomieszczenie blondynowi.
- Skromnie.- Odrzekł Ben rozglądając się.
Dziewczyna uśmiechnęła się lekko.
- To pierwszy nom, więc się nie dziw. Tutaj masz lniane ciuchy.- Wskazała- Jak się przebierzesz, zejdź na dół. Będzie wspólny posiłek.
- Okey...- Mruknął i zamknął drzwi za dziewczyną, kiedy wyszła.
                          * * *
... który zamienił się w srebrny proszek i opadł na ziemię, tworząc małą kupkę. Każdy obecny siedział w szoku.
- Wł..Włóczykij...- Zająkal się Terry, który wszedł pod koniec widowiska.- Co ty zrobiłaś?
- Ja... ja nie wiem.- Odparła zmieszana.
- Włóczykij! - Rozbrzmiał poważny głos.
Wszyscy jak na zawołanie odwrócili się w stronę Pana D., który stał z pokerową miną.
- Chodź.
Dziewczyna w kilku krokach znalazła się przy nim i razem wyszli z pomieszczenia.
W stołówce zabrzmiały podniecone szepty.
- Co ją ugryzło?!- Zapytała lekko zszokowana Victoria.
- Wkurzyła się na Ole i Vanesse.- Oznajmiła Lucy.
- Pewnie coś powiedziały, co ją wkurzyło.- Zgadywał Gabriel.
- No co ty nie powiesz? - Zirytował się Terry.
- Ej no! Przecież tak było Terren!- Oburzył się starszy brat.- Tylko ciekawe co powiedziały ...
- Właśnie.- Zgodziła sie Gloom- Lucy weź tą wiewióre, bo mi zżera fistaszki- Warknęła lekko Victoria i machnęła ręką nad gryzoniem.
Pizduś zaskoczony zamachem na niego, podniósł się gwałtownie i przez swoją tuszę, zachwiał się i balansował na kancie stołu o równowagę.
Gabriel widząc to, puknął lekko w stół i Pizduś spadł z jednym, głośnym plaskiem. Plask.
- Gaba! - Odezwała się głośno Lucifera i schyliła się po zwierzątko.
Rodzeństwo zaśmiało się wesoło.
                       * * *
- Siadaj.- Powiedział krótko Dionizos i sam usiadł za biurkiem.- Widziałaś co się wydarzyło... a raczej co ty zrobiłaś.- Powiedział leniwie.- Wiesz, że istnieją również inne wierzenia. Na przykład bogowie Egipscy...
- Wiem- Odparła niebieskowłosa.
- Tak, tak. Tak więc, ty jesteś coś pomiędzy Włókiju. Jesteś...
- Włóczykiju...- Mruknęła.
- Yhym, jesteś pomiędzy tymi światami, że tak ujmę...
- Co? - Spytała mało elokwentnie.
- To znaczy, że masz w sobie moc swojego ojczulka i matki, która jest magiem, który jest w wierze egipskiej.
Jak widać Posejdon nie miał nic innego do roboty, tylko jeszcze bardziej mieszać świat ... wystarczy już, że Matka Ziemia się budzi...- Mamrotał pod nosem.
- Panie Donyzosie...
- Jak mnie nazwałaś?!- Oburzył się Bóg. - Jam Dionizos! Pan wina... i dietetycznej coli niestety.
- To niech Pan przestanie przekręcać moje imie!- Obruszyła się.
- Tylko w tym sęk, że Włóczykij, to nie jest twoje prawdziwe imie.- Spojrzał na nią z błyskiem w oku.- Prawda panno Meriel?
Zacisnęła pięści.
- Nienawidzę. Tego.Imienia- Powiedziała słowo po słowie.
- Ojojojjj... a znasz przynajmniej jego znaczenie? - Uśmiechnął się kpiąco.- Meriel, to inaczej Lśniąca Fala.
Nagle rozległ się tęt kopyt.
- Panie D. chyba nie jesteśmy tu by rozmawiać o imieniu, prawda? -Uśmiechnął się Chejron.- Już wiesz, że jesteś z dwóch światów prawda? I to do ciebie będzie należeć decyzja do którego będziesz chciała należeć.
Włóczykij spuściła głowę zamyślona.
Ma pochodzenie egipskie. Jej matka była magiem. Anubis jest prawdziwy!
I istnieją bogowie egipscy...
- Chyba jesteś gotowa na spotkanie z wyrocznią, prawda?- Zagadnął centaur.- Zaprowadzimy cię, punktualnie o osiemnastej, do Rachel. Staw się w Wielkim Domu. A teraz...
- A teraz idź sobie.- Mruknął Pan D.
Włóczykij i Chejron spojrzeli na niego sceptycznie.
Gdy Meriel wyszła, od razu skierowała się ku swojemu domkowi.
Po drodze przywitała się z Terrym cmoknięciek i z Vic żółwikiem, gdy kawałek od nich odeszła dało się usłyszeć głośną kłótnie Clary i Gloom, która przed chwilą do niej podeszła. Weszła do swojego domku i położyła się na łóżku.
Jednak nie poleżała sobie zbyt długo, bo rozległo się głośne pukanie.
- Wlaz! - Krzynkęła nie wstając.
- Czemu tak szybko uciekłaś?- Zapytał Terren, siadając obok niej.
- Chciałam być sama...- Zaczęła. - Ale teraz ty tu jesteś.
Uśmiechnęła się do niego i przytuliła mocno. Zadowolony chłopak, położył się obok niej na łóżku i przyciągnął do siebie.
- Ładnie pachniesz... Maliną- Mruknął jak kot.
- Wiemmm- Ziewnęła lekko. Uniosła się na rękach i pocałowała chłopaka.
Ten zadowolony, wpił się jeszcze bardziej. Gdy zabrakło im tlenu, oderwali się od siebie.
- Mam iść do Wyroczni...- Zaczęła po chwili ciszy. Chłopak spojrzał na nią w milczeniu.
- Ja także. - Odparł cicho.- Ale dopiero, gdy przyjdzie na to czas.
Cmoknął ją w czoło i przytulił do siebie.
                          * * *
Komentujcie ;*
#Włóczykij

niedziela, 10 maja 2015

Rozdział XXIV


 - Kto idzie na ognisko? - zapytała Vic, kiedy wyszła z rodzeństwem z pawilonu.
 - Chyba ja idę - stwierdził Gaba. - Dawno mnie tam nie było. Panienki od Demeter za mną tęsknią!
 Wymieniłam z Terrym znaczące spojrzenia.
 - Powodzenia - powiedziała Lucy.
 - Jako jedyna mnie rozumiesz siostro - westchnął Gaba.
Włóczykij dołączyła do nich idąc z Jeffem i Ravinim.
 - Włóczykiju - powiedział Terren i złapał swoją dziewczynę za rękę po czym ruszyli z Gabą za córkami Demeter.
 - Nie idziesz?- zapytała Lucy.
 - Jakoś... nagle straciłam ochotę - odparła starsza siostra.
 - Lucy? Goń mnie! - zawołał Ravi pędząc już w stronę ogniska.
Lucy pobiegła za nim. Jeff, by nie stać niezręcznie przy parze skierował się w stronę swojego domku. Vic widząc go przestąpiła z nogi na nogę.
 - Jonathan - powiedziała, a chłopak odwrócił się i spojrzał na nią. - Przestań się garbić i chodź - posłała mu słaby uśmiech.
 - Szybko zmieniasz zdanie - mruknął Alex i w trójkę poszli za głosem śpiewających dzieci Apollina.

O świcie padało, mimo, że świeciło słońce. Kiedy deszcze przeszedł w mżawkę nad Obozem powstała tęcza.
 Vic otworzyła oczy.
 - Co ty tu robisz? - wymamrotała podnosząc się.
 - Chciałaś wznowić stan wojenny między domkiem Nike a domkiem Aresa  - odparł.
 - C-co? - spojrzała na niego jak na wariata i rozejrzała się po pokoju. - Chwila. Co ja robię w skrzydle szpitalnym? - dziewczyna wstała i usiadła obok swojego chłopaka. - Mam amnezję, możesz mi opowiedzieć co się stało?
 Syn Ateny westchnął i zaczął opowiadać co się wydarzyło na ognisku, Dziewczyna słuchała uważnie.
 Co tam się wydarzyło? Otóż kiedy dzieci Nike wraz z synami Nemezis i córką Posejdona usiedli niedaleko ogniska, jedna z córkę Aresa podniosła się.
 - Victoria! - wrzasnęła przerywając pląsy dzieci Apolla.
Córka Nike wstała.
 - No proszę - uśmiechnęła się szelmowsko dziewczyna. - Clara. Już wróciłaś ze swojej misji? Długo ci to zajęło.
 - Tylko trzy miesiące - odparła Clara wzruszając ramionami. - Ależ się stęskniłam za skopywaniem ci tyłka!
 - Tak? Mam ci przypomnieć ile razy skomlałaś potłuczona?
 - A ty ile razy zwijałaś się z bólu!
 - Nigdy się nie zwijałam z bólu, Clara! Wiesz dobrze, że jestem pod tym względem najwytrzymalsza w Obozie!
 - Uwielbiasz się przechwalać - westchnęła Clara.
- Jestem bardzo skromna - z twarzy Vic nie spływał uśmiech, a jej źrenice mimo słabego światła zwęziły się, tak, że były tylko małymi czarnymi punktami na tle niebieskich oczu.
 - Kim ona jest? - zapytała Włóczykij swojego chłopaka.
 - Córka Aresa, Clara - wyjaśnił Alex wyprzedzając Terrego. - Oby dwie szukają zawsze okazji do walki i rywalizacji.
 - Ale... - zaczęła Meriel.
 - Powstrzymam ją - Alex wstał i uderzył swoją dziewczynę pod lewą łopatką, kiedy ta chciała zaszarżować na córkę Aresa. Vic od tego ciosu zdrętwiała i upadła na ziemię. Mimo, że nie byłaś kąpana w Styksie to twoja Pięta Achillesa, pomyślał Alex i podniósł ją.
Jeden z chłopców od Apolla powstrzymał Clare podkładając jej pod nos jakieś zioło, po którym dziewczyna osunęła się na ziemię.
Obydwaj bez słowa zanieśli dziewczyny do skrzydła szpitalnego.

 - Oł - powiedziała Vic i stanęła na łóżku. - Clara! - zawołała.
Dziewczyna leżąca kilka łóżek dalej zerwała się ze swojego legowiska.
 - Czemu terapie Chejrona nie pomogły wam? - jęknął chłopak. - Ejeżli już musicie walczyć to jedynie na treningach, nie chcecie chyba mieć znowu problemów, co? - zapytał Alex i pociągnął swoją dziewczynę, która zachwiała się i wpadła mu w ramiona.
Wyniósł ją z Wielkiego Domu jak pannę młodą i zaniósł do jej domku. Gabriel jako jedyny spał.
 Alex wniósł Vic akurat, kiedy Lucy stojąca na skraju łóżka brata rzuciła się na Gabę.
 -Wstawaj! - powiedziała, a jej najstarszy brat spadł z łóżka.
 - Lucy - jęknął i spojrzał na parę w drzwiach. - Och, nasza wojowniczka się w końcu obudziła?
  Vic podeszła do swojego kufra i wyciągnęła z niego świeże ubranie, poszła za parawan i się przebrała wciąż milcząc.
 - Chodźmy na trening - powiedziała wychodząc zza parawanu i ciągnąc Alexa do wyjścia.
 - Nie wzięłaś swojego miecza - zauważył, ale ona znów postanowiła milczeć.
Weszła na arenę, gdzie Clara stała oparta o swój miecz. Gdzieś dalej Jeff trenował z Ravim i Włóczykijem walkę dwoje na jednego.
 - No proszę, panna Tytanida łaskawie się zjawiła - powiedziała Clara.
 - Nie nazywaj mnie Tytanidą - mruknęła Vic trzymając swój miecz.
 - Nic nie rozumiem, kiedy on się pojawił? - zapytał cicho Alex patrząc na jej broń, po czym westchnął i odsunął się od dziewczyn.
 - To może będę cię nazywać pomniejszą heroską, co? - Clara wyszczerzyła zęby w uśmiechu.
 - Spadaj do wulkanu! -  Vic i uniosła miecz.
 Rozległ się odgłos galopującego konia.
 - Chejron - powiedziały naraz.
 W jednej chwili Clara oddaliła się na kilka metrów od Vic, która przykleiła się wargami do ust swojego chłopaka, wszystko po to, by wyglądać niepozornie.
 - No już - powiedział Chejron. - Koniec miziania, czas zacząć trening.
Na arenę wbiegło rodzeństwo Vic.
 - Witaj Chejronie! - zawołał Gaba.
 - Witajcie - odparł centaur.
Chejron nawet nie zauważył swojej pomyłki, że przydzielił Clarę do Vic. No cóż. Kiedy stary kopytny od galopował, by nadzorować łucznictwo córka Aresa natarła na córkę Nike.
 - To co mówiło moje rodzeństwo to prawda - stwierdziła Clara. - Jesteś z Alexandrem.
 - Już od dwóch miesięcy - odparła Vic.
 - Słyszałam, że Lili została ukarana za...
 - Za swój egoizm - dokończyła jej Vic, która z obrony przeszła do ataku.
 - Hyh, takie niewiniątko - prychnęła Clara. - Kto by pomyślał.
Dziewczyny skrzyżowały miecze.
 - Już miałam nadzieję, że nie wrócisz z tej misji - powiedziała córka Nike.
 - Wróciłam, by skopać ci tyłek - warknęła i pchnęła mieczem. Vic zachwiała się do tyłu, ale nie upadła.
Natarła mieczem na Clarę, która zrobiła unik i znów pchnęła mieczem rozrywając bluzkę panny Gloom w poziomie.
  - Ładną bliznę ci zrobiła Lili - zaśmiała się cicho.
 - A żebyś wiedziała jak fajnie rana mi krwawiła - odparła Vic z dzikim wzrokiem i ścięła z nóg rywalkę, która upadła na piasek.
 - Osz ty! - Clara wstała i z uniesionym mieczem, by natrzeć na Vic, oderwała w brzuch.
Zatoczyła się do tyłu.
 - Gdyby to była prawdziwa walka już dawno nie miałabyś głowy - powiedziała Vic.
 - Za prawdziwą walkę uważasz moment kiedy walczysz w furii? - zapytała Clara.
 - Lepszym określeniem jest trans.
 - Wczoraj widząc mnie prawie popadłaś w... furię - westchnęła Clara.
 - Przyznam szczerze, że bez ciebie bywało tu nudno - powiedziała Vic.
 - Nie ma nikogo równemu tobie? - zaśmiała się córka Aresa.
 - Z nikim się nie mogłam tak zażarcie kłócić - poprawiła ją Vic. - I ty nie jesteś mi równa - dodała Vic odwracając się do niej tyłem. - Jesteś strasznie słaba.
 Clara zignorowała uwagę patrząc na tył jej bluzki.
 - Przekleństwo - wymamrotała.
 - Mówiłaś coś do mnie? - zapytała Vic.
 - Bogom nie spodobał się twój tatuaż? - zakpiła, ale po chwili spoważniała. - Masz na plecach jakieś przekleństwo.
 - Wiem - westchnęła Vic. - Już się do tego przyzwyczaiłam.
 - Szkoda mi cię - stwierdziła. - Rozmawiałaś z matką.
 - Nie...za każdym razem kiedy spróbuję z nią o tym porozmawiać, zasypiam i  śnią mi się poryte sny...
 - Może Iryda się podirytowała, że przez ciebie, jej cór...
 - Wątpię - westchnęła Vic. - Jestem pewna, że moja mama maczała w tym palce.
 Meriel podeszła do Alex'a.
 - Myślałam, że one się nienawidzą - powiedziała.
 Alex nie przerywając treningu z synem Apollina.
 - Nigdy nie żywiły do siebie nienawiści - powiedział Alex. - Uwielbiają między sobą rywalizować, walczyć i się wyzywać oraz drwić z siebie, ale w trudnych chwilach potrafią się wspierać.
 - Dziwna znajomość - stwierdziła.
 - No cóż... - odparł Alex blokując atak towarzysza.

 Przechadzając się po obozie Lytos, zauważył Lucy siedzącą pod drzewem. Podszedł do niej i usiadł na przeciw niej.
 - Hej Lucy - przywitał się. - Nie powinnaś być teraz na treningu?
Dziewczyna otworzyła oczy.
 - Zagłębiałam się w podświadomość - oznajmiła.
 - Po co?
 - Nieważne - mruknęła. - Widziałeś Pizdusia?
Jak na zawołanie jej wiewiórka spadła z drzewa na jej kolana.
 - Uh - jęknęło stworzonko.
Lucy pogładziła jego futerko.


 Anput siedziała na parapecie swojego pokoju.
 - Na Bogów, jaka nuda - jęknęła.
Zeskoczyła ze swojego parapetu i podeszła do półki nocnej, gdzie miała własnoręcznie zrobiony portret jej dawnej najlepszej przyjaciółki.
 - Mira - powiedziała cicho. - Tęsknię za tobą.
Kira uniosła łeb i przekrzywiła go.
 - Pani - powiedziała biała szakalica. - Minęło kilkanaście tysięcy lat - przypomniała jej Kira.
 - Wiem, ale w przeciwieństwie do ciebie, ona była śmiertelna.
 - Tak - Kira zeskoczyła z łóżka. - Może... zejdźmy do świata śmiertelników...
 - Dobrze mi to zrobi - stwierdziła i po chwili stała na cmentarzu, a jej widmowy szakal przybrał formę białego dobermana.
 - Oby tym razem nie zawracał mi głowy - powiedziała do siebie.
 - Kto? - zainteresowała się Kira.
 - Natręt - mruknęła. - Lubię ten cmentarz.
 - Ja też - odpowiedział jakiś chłopak siedzący na nagrobku za nimi.
Anput odwróciła się.
 - Zrobiłeś sobie przerwę, Anu? - zapytała dziewczyna.
 - Mam dziś wolne - odparł chłopak. - I powiedz... jaki natręt?
 - Nieważne - mruknęła.
 - Powiedz- nalegał. - Muszę mieć pewność, że moja siostrzyczka jest bezpieczna.
 - Powiedział, ten który chce opuścić Duat, by być śmiertelnikiem - powiedziała cicho. - Jak chcesz mieć pewność, że będę bezpieczna? Nie będziemy mogli się tak często spotykać, bracie.
 - Wiem siostro - odparł smutno.
 - Jesteś idiotą - dziewczyna miała łzy w oczach. Przyłożyła swojemu bratu z liścia.
 Jego polik zrobił się czerwony, co było bardzo widoczne na bladej twarzy.
 - Bardziej się wkurzałaś kiedy się dowiedziałaś, że jesteśmy rodzeństwem - mruknął Anu.
- Jesteś beznadziejny - krzyknęła i ze spuszczoną głową odwróciła się i zrobiła kilka kroków po czym wpadła na coś, a raczej na kogoś.
 - Znowu ty? - syknęła.
 Mulat nie spojrzał na nią. Jego spojrzenie skierowało się na brata dziewczyny.
 - Co za mężczyzna sprawia, że kobieta płacze? - zapytał chłopak z niebezpiecznym spojrzeniem.
Anput przeszedł dreszcz, kiedy spojrzała na swojego brata, który miał chęć mordu.
Wykorzystam to, pomyślała, byle by się nie nudzić.
Anput puściła jeszcze kilka łez po policzku i przytuliła się do przystojnego mulata, który był bardziej biały niż czarny.
Zdziwiony chłopak odwzajemnił to i pogładził dziewczynę po włosach.
Anubis zdusił przekleństwo. Jak on śmie przytulać jej siostrę... i jego byłą żonę?! Mimo, że sam czasem umawiał się ze śmiertelnicąmi, nie mógł nawet patrzeć nawet,  kiedy jego siostra tylko rozmawiała z jakimś chłopcem.
 - Jak masz na imię? - zwróciła się do chłopaka.
 - Cameron - odparł.
 - Anput - szepnęła. - Podobasz mi się - stanęła na palcach i pocałowała nastolatka, który ku własnemu zdziwieniu odwzajemnił to.
Kiedy ostatnim razem się całowała? Jakieś trzydzieści lat temu? Może więcej.
 - Szu, potrzebuję przyzwoitki dla siostry - powiedział Anubis.
W jednej chwili zerwał się silny wiatr rozdzielający całującą się parę. Anput poleciała do tyłu. Anubis złapał ją za nadgarstek i wrócili do jej pokoju w Duat.
 - Co ty sobie wyobrażasz? - warknął.
Anput rozpięła bluzę ukazując T-shirt na którym był napis ,,Spadaj do wulkanu''.
 - Aha, czyli teraz nie zamierzasz się do mnie odzywać? - zapytał. - Kiedyś mi za to podziękujesz.
 Tego było za wiele.
 - Słuchaj - powiedziała - powiedziałeś mi to samo, kiedy spotykałam się, dwieście lat temu, z tamtym pomniejszym bóstwem. I wiesz co? TO, ŻE GO ZOSTAWIŁAM TO BYŁ NAJWIĘKSZY BŁĄD MOJEGO ŻYCIA!!! A dlaczego go zostawiłam? Zagroziłeś mi, że jeśli tego nie zrobię to spopielisz go!
Anubis przestąpił z nogi na nogę zachowując kamienną twarz.
 - Cieszę się, że rezygnujesz, bo już nie będę miała takiego upierdliwca na głowie jak ty!
 - Anput...
 - Zamknij się! Wyjdź z mojego pokoju!

Było już po obiedzie. Słońce grzało przyjemnie, więc Alex i Vic udali się na plażę. Trzymali się za ręce idąc wzdłuż brzegu. Weszli na molo i usiedli na samym końcu. Chłopak objął ją ramieniem.
 - Vi... - zaczął, ale coś go złapało za kostkę i wciągnęło do wody.
Dziewczyna przewróciła oczami, a po chwili z wody wynurzyła się Włóczykij, Terren i Alex.
 - Wy to umiecie zepsuć romantyczny nastrój - mruknęła Vic.
 - Em.. dzięki, wzajemnie - odparła Meriel.
 - Zgaduję, że całowaliście się w podwodnej bańce.
Terren lekko się zarumienił.
 - No może, troszkę - powiedział cicho.
Alex podciągnął się z powrotem na pomost i usiadł obok swojej dziewczyny.
 - Jesteś mokry - mruknęła nieco się odsuwając.
Podirytowany pchnął ją.
 - Alex! - krzyknęła wpadając do wody.
 Wynurzyła się kaszląc.
 - Zabiję cię - mruknęła wchodząc na pomost.
 - Teraz jest sprawiedliwie - westchnął Alex.
Meriel i Terren spojrzeli po sobie i zanurzyli się.Włóczykij znów stworzyła bańkę, która objęła ją i jej chłopaka.
 - Na czym skończyliśmy? - zamruczał chłopak.
 - Przypomnę ci - odparła dziewczyna przybliżając się do niego, po czym wpiła się w jego usta.
- Już pamiętam - szepnął i ponowił pocałunek, i po chwili połaskotał ją językiem po podniebieniu.
 - Ej - oderwała się od niego. - Łaskocze... albo swędzi.
Tery miał wredny uśmiech na twarzy.
 - Dziwne uczucie, no nie? - zaśmiał się cicho.
Ochlapała go wodą.

 - Co chciałeś mi powiedzieć? - zapytała dziewczyna.
 Alex wziął głębszy wdech.
 - Kocham cię - powiedział to po raz pierwszy od kiedy są parą i trochę bał się reakcji dziewczyny.
Ona zaś przez chwilę siedziała całkowicie nieruchomo po czym przybliżyła się do Alexandra.
 - Ja ciebie też kocham, Alex - odpowiedziała.
Zamknęli oczy. Chłopak nachylił się i poczuł swoimi wargami jej usta. Złączyli je w nieśpiesznym pocałunku. Dziewczyna lekko uśmiechnęła się czując jego język w ustach i już zapomniała o całujących się pod wodą Meriel i Terrenie, którzy też zapomnieli o jej i Alexa istnieniu.

Komentujcie, inaczej nie będzie kolejnych rozdziałów. :) To ostatni, który wstawiamy bez komentarzy z poprzednich postów,

~ Zakrwawiony Kapturek

czwartek, 23 kwietnia 2015

~Iryfon~

  Ani zamknięty ani zawieszony. Hmmm... więc czemu wstawiamy tak mało postów? Otóż... to przez waszą aktywność... nie bierzcie sobie tego do serca, ale naprawdę, czy jeden mały komentarz jest tak trudno wstawić?
  Chciałabym wraz z Włóczykijem wiedzieć co myślicie o blogu, chcemy poznać waszą krytykę, może macie jakieś pomysły?
 Jeśli nie dacie komentarza nie będziemy wiedziały co same mamy o tym myśleć. Nie wiemy czy wam się podobają.

 Bym zapomniała - blogger lubi szwankować, dlatego my, adminki radzimy wam przechodzić na Spis Treści w zakładkach. Jeżeli ktoś czyta nas na telefonie, to niech zrobi sobie od razu zakładkę na swoim mobilnym urządzeniu, by bezpośrednio przechodzić na Spis. Dla ułatwienia w Spisie Treści przy KAŻDEJ NOWEJ MINIATURCE i ROZDZIALE będzie pisało [Nowy]. ^^

Planujemy również założyć stronę na facebooku o naszym blogu i będziemy też reklamować inne ciekawe.

~Czerwony Kapturek

#Włóczykij


hell yeah animated GIF

niedziela, 12 kwietnia 2015

Rozdział XXIII

- Włóczykiju! Włóczykiju!
Błękitnowłosa odwróciła się jak na zawołanie, lekko zirytowana, że przerwano jej trening. Lecz gdy zobaczyła kto ją woła, poprawił jej się lekko humor.
- Cześć Marika.- Przywitała młodszą heroske.- Jak tam u ciebie?
- Jakoś leci... ostatnio nie miałam życia w swoim domku.- Poskarżyła się.
- O, a to czemu?
- A jak myślisz? To przez, to jabłko. Dziewczyny wpadły w szał, no i jeden chłopak.
- A ty nie?
- Nooo byłam troszkę niezapokojona, ale zorientowałam się, że to głupi żart. - Niby jakim cudem? - Zdziwiła się Meriel.
- Paznokciem zadarłam skórę owocu, tak by inne nie zauważyły.
Starsza z dziewczyn zaśmiała się melodyjnie.
- Sprytnie. A czemu nie powiedziałaś im, że to podróbka?
- Miałam się z kogo śmiać. - Uśmiechnęła się. - A jak tam przedwczorajsza bitwa o sztandar? Z kim byłaś?
- Byłam z Ateną, Aresem, Hermesem i kimś tam jeszcze. Wygraliśmy- Wyszczerzyła się.
- Jakie miałaś stanowisko?
- Pilnujący sztandaru, flaga była obok strumyka Zefira, więc siadłam sobie na drzewie i pilnowałam.
- Fajnie. A podobno kogoś nieźle urządziłś. Kogo?- Spytała Marika.
Włóczykij zrobiła ironiczną minę.
- Terrego od Nike i Gevina od Apolla.
- A co im zrobiłaś?- Spytała zafascynowana młodsza.
- Gevina walnęłam w kark i stracił przytomność, a Terr oberwał w dłoń strzałą.- Odpowiedziała lekko zachmurzona.- Ale dostali nektar i ambrozje, to nic im nie jest.
Córce Afrodyty zaświeciły się oczy.
- Kurcze! Jak ja bym tak chciała ...
Córka Posejdona uśmiechnęła się.
- To ćwicz mała. Dobra, ja muszę iść. - Znarszczyła czoło. - Chyba na starożytną greke... chyba. To cześć!
- Papa Włóczykiju.- Marika pożegnała się i ciężko westchnęła. Czemu musiała być córką bogini miłości i mieć siostry tapetki... no może oprócz Piper i dwóch innych... ale i tak tamtych ma dość!
                          * * *
- Na bogów!  Jak tu obleśnie szaro! Jak tutaj ci śmiertelnicy mogą żyć?! Zero zieleni, a jak już to uwięzione kwiaty w donicach...- Marudziła.
- Pii.- Zgodziła się Kei, jeż albinos.
- Chyba sobie gdzieś postój zrobimy, bo niedobrze mi.- Rozejrzała się dookoła i zagwizdała przeciągle- Zaraz Tipo przyleci i idziemy.
Zaczekały chwilę, a po krótkim czasie biały kruk zleciał na ramię Hany.
                         * * * 
Włóczykij po zajęciach z greki poszła na trening z łucznictwa, które nadzorował Chejron.
Gdy dotarła na arene, stanęła przy jednym manekinie i schyliła głowę by związać swoje niebieskie kudły, które zdążyły się jej już znudzić.
- Trzeba je pofarbować- Mruknęła cicho.
- Fajnie byś w jasnym brązie wyglądała.
Podniosła się do pozycji pionowej i spojrzała z zmarszczonymi brwiami na swojego chłopaka, który był nadwyraz smutny.
- Co ty tu robisz?- Spytała szorstko bez ogródek.
- Chejron mnie do ciebie przydzielił, bo jest nieparzyście.- Wyjaśnił Canavan
- Aha. - Odpowiedziała krótko i upuściła swój kamyk i przeistoczył się w sprzęt strzelniczy, zaś chłopak wziął łuk obozowy. Stanęli w odległości sześciu metrów od manekina i na zmianę trafiali do celu.
Włóczykij była w swoim żywiole walecznym, uwielbiała strzelać. Ani razu nie spudłowała. Terry patrzył na jej uśmiech z lekką radością, tak by ona nie zauważyła. Chciał ją przeprosić.
- Włóczykij...- Powiedział głośno co wybiło dziewczynę z transu i strzała odbiła się od tarczy manekina i poszybowała w stronę grupki obozowiczów.
- Gleba!- Wrzasnęła do nich. Zrobili zdezorientowane miny, ale posłuchali natychmiast. Pocisk wbił się w drzewo tuż nad głową jakiegoś chłopaka od Hekate, który był przerażony.
Wściekła Włóczykij odwróciła się w stronę Terrego.
- Czego?!- Warknęła.- Pogratulować tępy bucie, ktoś przez ciebie by oberwał.
- Ja aa... - Przestraszył się wściekłej dziewczyny, ale musiał przyznać, że wyglądała uroczo.
Włóczykij westchnęła ciężko i schwała kamień do kieszeni, koniec treningu.
Spojrzała jeszcze raz na skruszonego chłopaka z lekkim smutkiem, brakowało jej go. Gdy odeszła Terr zrezygnowany poszedł do swojego domku, wszedł po drabince na swoje łóżko i walnął się na nie. Nawet nie zauważył zdziwionego spojrzenia Lucy, która akurat była w pomieszczeniu wraz ze swoją wiewiórką.
- Coś się stało? - Spytała cicho.
Brat podniósł głowę i spojrzał na nią z góry. Westchnął.
- Włóczykij się stała, ot co.
Lucy pokiwała energicznie głową i usiadła na swoim posłaniu po turecku. Czekała aż on rozwinie swoją wypowiedź. Po chwili doczekała się.
- Nie daje mi dojść do słowa, ciągle warczy... Ogólnie wydaje się obojętna! - Zrezygnowany schował twarz w dłoniach.
Lucy patrzyła dłuższą chwilę na brata i na jego rezygnacje.
- Zamknij jej usta i przeproś w ustronnym miejscu.
Chłopak zmarszczył brwi i spojrzał na młodą.
- Jesteś genialna! Tylko... jak ją zaciągnąć w miejsce, które jest mało używane.
Dziewczyna postukała się palcem wskazującym po brodzie.
- Spytaj Olafa.- Wstała z łóżka.- Ja ide, hej.
                         * * *
Biały satyr przechadzał się polem truskawek, co chwila jakąś zrywał i zajadał się ze smakiem.
Spojrzał zamyślony w dal, w okolice Pięści Zeusa, i przejechał ręką po swoich blond włosach z niebieskimi końcówkami, które powoli blakły.
- Chyba poprosze Włóczykija o farbe.-Mruknął do siebie.
Skinął jakiejś nimfie głową na powitanie i znów schylił się po truskawkę.
- Masz chyba duże dno w żołądku, bo tyle tych owoców zjadłeś!- Olaf odwrócił się, z zmarszczonymi brwiami, w stronę głosu.
- Witaj Lytosie.- Przywitał satyra lekkim uśmiechem.- Na truskawki zawsze mam miejsce w żołądku.
- Ja jakoś za nimi nie przepadam, preferuje pomarańcze, albo jabłka. Lepsze.
- Em... nie. Nie lubie pomarańczy.
Starszy satyr zrobił dziwną minę.
- Aha. Dziwne.
Olaf zaśmiał się krótko i sięgnął po kolejny owoc. Już miał brać go do ust, gdy zobaczył postać biegnącą w ich stronę. Lytos uniósł brwi i odwrócił się w kierunku, gdzie patrzył biały satyr.
Osoba podbiegła do nich troche zdyszana i podparła ręce na kolana by złapać oddech.
- Cześć Terren.- Uśmiechnął się Lytos.
- Hej, Olaf?
- Hmmhm? - Zapytał niemo, przeżuwając czerwony, smaczny owoc.
- Wiesz gdzie Włóczykij? - Spytał szybko.
- Jak powiesz mi, która godzina, to może będę wiedział, gdzie jest mniej więcej
- Za pięć piąta.- Oznajmiał Lytos patrząc na swój zegarek.
Młodszy satyr zamyślił się.
- Zazwyczaj siedzi przy jeziorze i ćwiczy panowanie nad wod...- Nie dokończył, gdyż Terr ,dziękując , pobiegł w wskazane miejsce.
Lytos przyglądał się temu w zdumieniu, ale wzruszył ramionami i sięgnął pa truskawke.
- A jednak!- Zaśmiał się Olaf.
- Ojjj, cicho, raz można zjeść. - Zarumienił się i również zaśmiał. Klepną przyjacielsko towarzysza w ramię i pogrążyli się w wesołej rozmowie.
                          * * *
Siedziała na jakimś cmemtarzu, już od dawna planowała wyjść na zewnątrz by zaczerpnąć świeżego powietrza.
Przysiadła na jakiejś ławeczce i przemknęła oczy.
- Byś zawiał trochę wiatrem Szu.- Mrunkęła Anput.
Jak na zawołanie zaczął wiać ciepły, przyjemny wietrzyk. Uśmiechnęła się zadowolona i rozpuściła swoje proste, czarne włosy, które sięgały jej aż do końca pleców.
Po jakimś czasie wstała i powolnym krokiem skierowała się w stronę bramy.
Gdy już pod nią stanęła, uniosła błękitne oczy i przeczytała napis ,,Memento homo morii"*
- Sieemasz śliczna.- Usłyszała i podskoczyła lekko z zaskoczenia. Odwróciła się i ujrzała mulata, ładnego mulata, który uśmiechał się szeroko.
- Witam.- Odpowiedziała chłodno. - Czego chcesz?
Jego uśmiech się jeszcze bardziej poszerzył.
- Chcę się zapoznać z urokliwą i mroczną damą, która stoi pod cmentarzem.
- To poszukaj sobie innej, a mi spokój daj natręcie.
- Aale...
Wywróciła oczami.
- I tak umrzesz.- Zakończyła dziwnie rozmowe i poszła w głąb cmentarza, zostawiając za sobą chłopaka, który miał idiotyczną minę i nic nie zrozumiał.
Westchnęła jeszcze raz i przymknęła oczy by znaleść się w swoim pokoju.
Odetchnęła, pogłaskała Kirę i położyła się na łóżku, by zagłębić się w krainę snów.
                         * * *
Biegł ile sił w nogach, chciał jak najszybciej znaleźć swoją dziewczynę. Brakowało mu tchu, ale uporczywie biegł dalej. Był synem Nike! Musiał dać rade.
Tak! Jeszcze niedaleko. Jeszcze chwila. Siedzi z jego siostrą i z czegoś się śmieją.
Terren opiera się niedaleko o drzewo i łapie oddech by lepiej zacząć rozmowe. Czarnowłosa nagle wstała, machnęła ręką i truchtem odbiegła w stronę swojego chłopaka,  razem gdzieś odeszli.
Zaś błekitnowłosa zarzuciła na siebie półprzezroczystą chustę i wstała powoli z ziemii. Canavan podbiegł do niej prędko.
-Włóczykij!
Odwróciła się zdumiona, a gdy zobaczyła kto ją woła, posmutniała, ale szybko przybrała swoją maske opanowania.
- Nie mam czasu...- Odparła i odwróciła się do niego plecami by szybko odejść.
Ale przeszkodziła jej ręka chłopaka, która złapała ją za ramię.
- Poczekaj... chcę przeprosić.- Zrobił skruszoną minę.
Marszcząc brwi spojrzała na niego powątpliwie.
- Przepraszam Włóczykiju.- Wyszeptał siedemnastolatek.
Patrzyła na niego przez dłuższą chwilę. Ten zasmucony jej brakiem jakiegokolwiek sygnału przebaczenia, spuścił głowę.
Widząc jego reakcję uniosła kącik ust do góry i sięgnęła ręką do jego brody i uniosła tak by jego piwny kolor oczu spotkał się z jej stalą. Stanęła na palcach i musnęła jego usta.
Zaskoczony aż otworzył usta.
- Nnie spodziewałem się tego.- Oznajmił.
Zaśmiała się krótko, melodyjnie.
- Musisz robić tak jak ja.
- A ty co robisz?- Spytał zaciekawiony. Przytulił ją do siebie by była bliżej. - Hmmm?
- Niczego się nie spodziewam. I wtedy nie jestem później rozczarowana.- Odpowiedziała Włóczykij.
Uniósł brwi.
- Mądre słowa. Może się tego naucze.
Zaśmiała się lekko i złapała go za rękę.
- Chodź zaraz kolacja.
Weszli do Jadalni.
- Idę do siebie.- Stanęła na palce i cmoknęła go w policzek. Potem, wielkimi krokami, doszła do swojego stolika i zaczęła pałaszować swoją kolację.
Uśmiechnął się na ten widok i wesołym krokiem podszedł do swojego stołu.
Jego rodzeństwo spojrzało na niego dziwnie, prócz Lucy, która wiedziała o co chodzi.
- Boli cię głowa?- Spytała podejrzliwie Victoria.
- Lepiej!- Wyszczerzył zęby.
- Masz wrzody na żołądku? - Uniósł brwi Gabriel.
- Nie głąbie.- Spojrzał porozumiewawczo na Lucy.- Pogodziłem się!
- Z połamanym oszczepem, który dostałeś od Chejrona?
- Zamknij sie Gaba! Z Włóczykijem się pogodziłem.
- No w końcu! - Westchnęła Vic.
- Co w końcu kochanie?- Alex objął swoją dziewczynę i przysiadł się do ich stołu.
- Kelp i mój brat się pogodzili.
- Aaa o to chodzi. Nie no brawo.
Zaśmiali się obecni przy stole.
                         * * *
- Kim jesteś?- Zapytała wysoka dziewczyna, celując chepeszem w stronę chłopaka.
- Jestem Ben.
- Ja Naszida... po co tu przyszedłeś i skąd wiesz o Pierwszym Nomie?
- Kazała mi tu przyjść Izyda...
                          * * *
Memento homo morii- Pamiętaj człowieku o śmierci.
#Włóczykij.

sobota, 4 kwietnia 2015

Iryfon.

Czujemy się zawiedzione.
Czy to tak wiele, zostawić po sobie komentarz? Przecież, to jest takie proste, a dla nas tak wiele znaczy.
Tracicie na tym, ponieważ nie wstawiamy dalej rozdziałów, a mamy już kilka w przygotowaniu.
Naprawdę niewiele od was wymagamy. Jeden komentarz. JEDEN.
Na innych blogach wymagają co najmniej pięć lub dziesięć!
Naprawdę smutno nam, że tak robicie.
Z pozdrowieniami.
#Włóczykij.
~Zakrwawiony Kapturek
Ps. Są zmiany w zakładce Bohaterowie.
Ps2. Przeglądajcie dokładnie stronę główną, ponieważ może się zdarzyć, że nowe rozdziały bądź miniaturki, będą pod starszymi.

Miniaturka ~Szakale cz. 6

Sala Sądu przypadła szakalom do gustu. Była mroczna, ciemna i cicha. Naprzeciw tronu, na którym zasiadł Ozyrys, była postawiona wielka złota waga.
 - Tu jest tak pięknie - powiedziała Anput.
 - Tak - potwierdził Anubis, którego głowa przybrała szakalą formę tak jak i Anput.
 - Jest mały problem - odezwał się Ozyrys.
Szakale spojrzały na niego stawiając uszy.
 - Jedno z was będzie obsługiwać wagę. Tylko jedno.
 - Które z nas? - zapytał Anubis.
 - Jeszcze nie wiem, ale bogowie omówią to na następnym zebraniu. Będą pewnie brali pod uwagę, które z was jest potężniejsze i takie tam...
 Anubis spojrzał na narzeczoną.
 - Pewnie wybiorą ciebie - zetknął swój szakali nos z jej szakalim nosem. - Posiadasz potężniejszą moc od mojej i to ty nauczyłaś ludzi odprawiania pogrzebów.
 - Ty nauczyłeś ich ceremonii balsamowania zwłok - przypomniała mu. - No i jesteś mężczyzną.
 - Co to ma do rzeczy?
 - To, że kobiety są na drugim planie - podpowiedział Ozyrys.
 - Mniej ważne - mruknęła Anput
 - Nie mów tak - dotknął jej szyi opuszkami palców. - Jesteś według mnie ważniejsza ode mnie.
 - Dziękuję Anubisie.

 Wątek ,,Który z bogów ma objąć stanowisko przy wadze'' spowodował zażartą kłótnię pomiędzy boginiami a bogami. Kobiet uważały, że mężczyźni objęli już wystarczająco dużo ważnych stanowisk, więc dla odmiany Anput może takowe objąć, oni zaś uważali odwrotnie. Sądzili, że kobiety się nie nadają.
 - Mam dosyć - powiedziała Izyda. - Jesteście egoistami!
 - Zgadzam się - powiedziały naraz trzy boginie.
 - Nie będę tu siedzieć, kiedy obraża się moją płeć - oznajmiła Anput i wyszła.
Bogowie ucichli. Od kilkuset lat nie zdarzyło się, by jakiś bóg wyszedł w trakcie trwania.
 - Ależ tupet - syknął Sobek.
Izyda spojrzała na na Neftydę i wyszła. Jej siostra za nią. Po chwili w sali byli sami mężczyźni.
 - Anubisie obejmiesz to stanowisko - powiedział Ra.
 - Ale Anput...
 - TY - bóg spojrzał na niego drapieżnie.
 - Tak Panie - położył po sobie uszy niezadowolony.

Panie wyszły z Niebiańskiego Pałacu i udały się do własnych świątyń. Anput postanowiła odprowadzić Izydę.
 - Jestem w ciąży - powiedziała Izyda.
Anput zatrzymała się.
 - Jeśli mój ojciec się dowie to wyciągnie je z ciebie.
 - Wiem. Postanowiłam udać się gdzieś, gdzie mnie nie znajdzie. Przepraszam, że nie będę na twoim ślubie.
 - Życie jest ważniejsze niż ślub - Anput posłała jej słaby uśmiech.
 - Dziękuję, że rozumiesz - powiedziała bogini. - Może niedługo się zobaczymy - Izyda rozpłynęła się w powietrzu, a Anput przeniosła się do Duat.
 Dziewczyna usiadła przy wadze.
 - Co zadecydowali? - zapytał Ozyrys.
 - Boginie wybrały mnie, Bogowie Anubisa - odparła.
 - Czyli Anubis będzie ważył...
 - Ale...
 - Słowo mężczyzny jest ważniejsze niż kobiety - odparł sucho niezadowolony, że szakalica uważa inaczej. - Kobiet się nie liczą.
 Po raz pierwszy Anput poczuła się jakby była najniższej rangi społecznej. Po jej policzku spłynęła łza, a za nią kolejna.
 - Możesz już iść. Skoro Anubis obejmie stanowisko, to nie masz potrzeby tu przebywać.
Wybiegła z Sali Sądu mijając Anubisa na korytarzu.
 - Anput! - zawołał za nią.
 Nie odpowiedziała mu. Skręciła w jakiś korytarz. Kiedy była niedaleko swojego pokoju Anubis złapał ją za ramię. Zatrzymała się i szybko otarła swoje łzy dłonią.
 - Czemu płaczesz? - zapytał.
Przełknęła ślinę dalej milcząc.
 - Anput? - Anubis odwrócił ją ku sobie. - Co się stało? - w jego głosie była troska.
 - Ile dla ciebie znaczę? - zapytała.
 - Jesteś dla mnie wszystkim.
 - Ale wiesz, że kobieta równa się nic? - spróbowała mu się wyrwać, ale on zacisnął mocniej palce.
 - Nie wierz w co mówią inni - powiedział. - Jesteś najważniejsza w moim nieśmiertelnym życiu.
 Przytuliła się do jego nagiej, umięśnionej klatki piersiowej. Odwzajemnił to i delikatnie gładził ją po jej czarnych włosach.
 - Będziemy wspólnie ważyć serca umarłych - szepnął.
 - Dziękuję - odszepnęła wtulając się w niego bardziej. - Na którego wyznaczyłeś datę ślubu?
 - Za tydzień...
 - Tak szybko?
 - Chciałem jak najszybciej - pocałował ją w policzek.
Uśmiechnęła się pod nosem i odkleiła od niego. Uniosła wzrok i zauważyła delikatny uśmiech na jego twarzy.


 W dniu ślubu Anput obudziła się wcześnie w swojej świątyni w Mieście Psów. Przeciągnęła się i wstała. Mira leżąca na swoim legowisku ze swoim partnerem otworzyła jedno oko, ale po chwili je zamknęła.
 - No w końcu - odezwał się ktoś siedzący w koncie.
 - Mama? - zdziwiła się.
 - Witaj - bogini uśmiechnęła się.
 - Hej Anput - odezwała się siedząca obok niej Taweret.
 - Witaj - odparła szakalica, - Wybaczcie, ale pójdę się wykąpać...
 - Oczywiście. Przygotowałyśmy ci kąpiel - uśmiechnęła się Neftyda,
 - Mmm... dziękuję - dziewczyna zniknęła za drzwiami łazienki.
 Spojrzała na wannę. W wodzie pływały płatki kwiatu błękitnego lotosu.
Zrzuciła z siebie białą suknię i weszła do wody. Odetchnęła relaksując się.
 - I jak? - zapytała Taweret.
 - Cudownie - odparła dziewczyna nurkując w wodzie. Wynurzyła się po minucie. - Jeśli mogę spytać, wiesz co to prywatność?
 - Och, wybacz, ale to twój wielki dzień.
 - Wieeem...
Kiedy się umyła wyszła z wody i przepasała się w pasie jedwabnym ręcznikiem wyszła na balkon wraz z dwiema boginiami. Na piersi opadły jej mokre włosy, więc mniej więcej były zasłonięte.
 - Piękny dzisiaj dzień - powiedziała Anput spoglądając w niebo.
 - Tak - odparła hipopotamia bogini. - Spójrz jak Nil błyszczy w świetle poranka!
 - Tak - rozmarzyła się szakalica. - Wolę mrok, ale dzisiejszy dzień jest naprawdę cudowny.
Na dźwięk otwieranych drugich drzwi prowadzących na balkon, z pokoju Anubisa, trzy kobiety odwróciły nagle głowy w tamtym kierunku.
 Dumny Bes wszedł na balkon i skamieniał widząc boginie z czego jedna była prawie, że naga.
Anubis wszedł za nim również miał na sobie jedwabną przepaskę, a jego włosy były wciąż mokre.
 - Coś tak zesztywniał? - zapytał i zobaczył swoją narzeczoną, która dodatkowo zasłoniła piersi ręką.
 - Ekhm, co was tu sprowadza? - zapytała Anput.
 - Anubis musiał ochłonąć - wydukał Bes. - Rozwalił wazę i podarł pościel z nerwów.
 - Wstydziłbyś się - powiedziała Neftyda. - Bierz przykład z Anput, oazy spokoju.
 - Tsa - mruknęła i wróciła do swojego pokoju i rozwaliła glinianą miskę. - Bogowie, ja dziś wychodzę za mąż - powiedziała histerycznie i zakopała się w pościeli.
 Słysząc ją Bes szepnął do Anubisa:
 - Zaraziła się histerią, twoja wina.
 - Wspaniale - odparł sarkastycznie i wrócił do swojego pokoju.
- Anput, skarbie. Wyjdź z łóżka - powiedziała Taweret.
- To ja przygotuję kosmetyki i suknię - powiedziała Neftyda.
Kwadrans później Anput wygramoliła się z łóżka i usiadła przy toaletce.
 - A jeszcze kilka lat temu bawiłaś się z nim w mule łapiąc żaby - szczeknęła Mira, co zrozumiała tylko Anput.
 - Tak - odparła bogini, kiedy Neftyda czesała jej długie włosy.
Mira położyła swój pysk na kolanach pani.
 - Mamo? Wiesz... tak się zastanawiam... nie chcę być cała na czarno podczas ślubu - powiedziała.
 - Jak to? - zdziwiła się bogini, ale jej córka już zdążyła zmienić kolor swoich włosów na biały.
 - Cudownie - stwierdziła młoda bogini.
Neftyda westchnęła. Związała włosy córki w kok i zajęła się jej makijażem. Podkreśliła na czarno jej oczy kohlem i na czerwono usta.
 - Jesteś taka piękna - powiedziała Taweret.
 - Dziękuję - odparła i wstała.
Neftyda podała jej suknię, którą dziewczyna sama założyła. Kreacja była czarna ze złotym pasem wokół tali. Była bez rękawów. Na ramiona Anput wciągnęła złote bransolety  tak jak i na nadgarstki i na kostki.
 - Jeszcze naszyjnik - powiedziała Taweret.
 - A no tak - dziewczyna założyła łańcuszek na którym był zawieszony Ankh.
 - Jestem gotowa - oznajmiła.
 - Słyszałyście, że na północy jakiś nowy świat powstał z chaosu? - zapytała Taweret. - I nie ma tam bogów, tylko jacyś tytani.
 - Byleby nie mieszali się w naszą historię - mruknęła Neftyda. - Nie potrzebujemy tytanów...
 - Bosko wyglądasz - powiedział stojący w drzwiach Set.
 - Bo jestem boginią, tato - odparła z uśmiechem zawiązując sandały.

Natomiast Anubis, kiedy wrócił do pokoju i usiadł na krześle przed lustrem, Bes zaproponował, że go umaluje.
 - Wolałbym nie...
 - Och daj spokój! Umiem malować - powiedział karzeł. - No i spójrz jak ci się ręce trzęsą.
 - No dobrze.
Bes wziął buteleczkę z kohlem i pędzelek po czym podkreślił jego oczy egipską linią. Wyszło mu całkiem dobrze. Następnie Bes zaczął rozczesywać niesforne włosy boga.
 - Zaczęliście już sądzić dusze? - zapytał.
 - Jeszcze nie - odparł Anubis. - Jestem w trakcie zdobywania pióra Maat.
 - Aha. Okey, czas cię trochę pognębić.
 - Co? - jęknął.
 - Współczuję ci - powiedział Bes. - Z jedną kobietą przez wieki. Zero schodzenia do śmiertelniczek.
 - Wystarczy mi Anput.
 - Owinie cię w okół małego palca, będziesz jej marionetką.
 - Jakoś mnie to nie dołuje - stwierdził chłopak.
 - Zazdroszczę ci urody, chłopie - zmienił szybko temat. - Być wiecznie nastolatkiem.
 - Wiesz, że mogę zmieniać formę.
 - W takim razie zmień się w dorosłego mężczyznę, drogi szesnastolatku.
Anubis spełnił to życzenie.
 Wyglądał jak dwudziestolatek, jego oczy były intensywniej czarne, włosy bardziej zmierzwione, a mięśnie jeszcze bardziej rozbudowane.
Bes zagwizdał.
 - Szczerze mówiąc wciąż wyglądasz młodo. Ani jednej zmarszczki.
 - Myślisz, że w tej formie spodobam się Anput?
 - Bądź w niej tylko podczas ceremonii, potem na osobności, by nie czuła dyskomfortu wróć do poprzedniej formy.
 - Na osobności? - zmarszczył brwi.
 - Wiesz o co mi chodzi - poruszył znacząco brwiami.
Anubis nie odezwał się. Milczał nawet podczas ubierania czarnej przepaski biodrowej ze złotym pasem. Potem założył bransolety i sandały.
 - Anput to szczęściara - stwierdził Bes. - Gdybym był kobietą również bym mdlał na twój widok.
Anubis podniósł brew do góry w chwili, kiedy wszedł Set.
 - Musimy pomówić, Bes wyjdź - powiedział na wejściu.
Karzeł wyszedł, a kiedy Set skończył rozmawiać i wszedł do pokoju swojej córki, Bes wrócił z powrotem.
 - O co chodziło?
 - O nic. Drobnostki - odparł Anubis przeczesując włosy palcami.
 - Nie rób tak, bo naprawdę zemdleję - powiedział karzeł.
 - Może byś założył na siebie coś więcej niż majtki ze skóry pantery, co? - zapytał Anubis.
 - Karły górą! - zawołał. - A te majteczki przyciągają spojrzenia kobiet.
 - Spojrzenia z dezaprobatą?
 - Ważne, że ściągają uwagę - powiedział.
Anubis przewrócił oczami.
 - Chodźmy już do Niebios - mruknął i przeniósł się do Niebiańskiej sali, gdzie będzie ślub.
Karzeł zmaterializował się przy nim.
 - To gdzie ten kapłan? - zapytał.
 - Ra postanowił być kapłanem. Będziesz świadkiem, bo zapomniałem kogoś znaleźć...
 - Fajnie. Bes ostatnią deską ratunku - mruknął.
 - Coś nie tak? - zapytał chłodno Anubis.
 - Nie, wszystko w jak najlepszym porządku - odparł drapiąc się po głowie.
 - Świetnie - mruknął.
 Ra pojawił się chwilę później, kiedy zaczęli schodzić się bogowie.
Po kolejnych dziesięciu minutach pojawiła się Anput. Również miała dorosłą formę.
Anubis wstrzymał oddech, kiedy kroczyła ku niemu z lekkim uśmiechem i stanęła obok niego.
 - Tak więc, witajcie przyjaciele. Zebraliśmy się tu, ponieważ ci dwoje pragną połączyć się wiecznym węzłem miłości...
Wiedziałam, że to był zły pomysł, by brać Ra jako kapłana, pomyślała Anput.
Po dalszym przemówieniu i przysiędze:
 - A teraz przypieczętujcie swój związek pocałunkiem - powiedział Ra.
Anubis spojrzał na swoją żonę z lekkim uśmiechem i złapał ją w tali. Ona położyła swoje dłonie na jego ramionach. Przyciągnął ją do siebie i zapatrzył się w jej błękitne oczy. Zarumieniła się lekko i spuściła spojrzenie, ale on ujął jej podbródek tak, że spojrzała znów na niego. Nachylił się, a ona wyciągnęła nieco szyję. Przymknęli oczy i poczuli jak ich usta się stykają. Złączyli je bardziej w namiętnym pocałunku łaskocząc sobie językami podniebienia.
Hapi zaczął wiwatować podobnie jak większość bogów.
Anubis odkleił się od Anput po dłuższej chwili.
 - Ładnie ci w białych włosach - szepnął.
 - Nie przyzwyczajaj się - odszepnęła. - Od jutra będą znów czarne.
Uśmiechnął się do niej i musnął wargami jej usta.

 Podczas wesela było dużo śmiechu, tańca i wina. Z twarzy Anput nie schodził uśmiech. Anubis widząc ją czuł przyjemne ciepło w sercu.
 - Ona o tym nie wie, prawda? - zapytał Bes.
 - Nie wie i nie dowie się - odparł Anubis. - Ona jest przeciwna związkom pomiędzy rodzeństwem, ale ja ją pragnę.
 - Kiedyś się dowie, że jesteście bliźniętami - mruknął Bes.
 - Kiedyś - podkreślił Anubis. - Za bardzo Setowi zależy na swojej córce, by jej to powiedział. Ty nigdy nie zdradzisz sekretu, Neftyda nie wie, że ona nie wie, Izyda gdzieś zniknęła, a Ozyrysa to za bardzo nie obchodzi - powiedział Anubis
 Anput podeszła do niego.
 - Chodź - wyciągnęła go.
 - Nie umiem tańczyć - powiedział.
 - Ale to jest wolniejszy kawałek - zrobiła słodkie oczka przytulając się do jego nagiego torsu.
Objął ją.
 - Kocham cię - szepnęła.
Spojrzał na nią z lekko uchylonymi ustami, nigdy wcześniej nie słyszał tego z jej ust.
 - Ja ciebie też kocham - odszepnął.

Do pałacu Ozyrysa w Duat wrócili późno. Anput siedziała w ich wspólnym pokoju i zdejmowała biżuterię, kiedy Anubis mył się. Akurat Bes musiał wylać wino na niego.
Wrócił do pokoju przepasany jedwabnym materiałem.
Anput podeszła do niego i pocałowała go, co on odwzajemnił mocniej. Zamknął za sobą drzwi nogą i objął żonę. Dalej ją całując odwiązał jej sukienkę.
 - Anu - szepnęła.
 - Tak? - spojrzał jej w oczy i starał się nie spuścić wzroku.
 - Kocham cię - zrzuciła z niego jedwabną przepaskę.
 - Ja ciebie też.

~ Zakrwawiony Kapturek