Obudziła się dość późno, wstała w pośpiechu z łóżka i ubrała bluzke na ramiączkach i krótkie spodenki. Wybiegła z domku i szybkim krokiem skierowała się ku domkowi Nemezis. Kiedy była koło ganku, zapukała gwałtownie do okna. Po kilku minutach wyjrzała z szklanej zasłony głowa Raviego.
-Taaak?-Spytał ziewając- A to ty... wpuścić cie?
-Nie nie. Jeśli mógłbyś Ravi to zawołaj Jonathana.- Uśmiechnęła się. Chłopak zarumienił się lekko i wycofał do pokoju. Po dłuższym czasie z domku wyszedł Jeff uczesany w kitka. Spojrzał na dziewczynę zaspanym wzrokiem i przytulił przyjacielsko na powitanie.
- Co tam? -Spytał.
- W pełni życia. Ale głodna. Zresztą planuje się wymknąć z obozu... dzisiaj mamy dzień wolny od zajęć jakichkolwiek no i wiesz...- Spojrzała na chłopaka z szalonym błyskiem w oczach - Nie lubie przestrzegać zasad panie Jockerze. Chcesz iść ze mną?
-Aale... zasady.. Nnam nie wolno- Był niepewny. Nie lubiła jak ktoś był niepewny. Złościła się wtedy bardzo, nie wiedziała nawet dlaczego tak było. - Zresztą gdyby nas przyłapały harpie... Eej co ci jest? - Zapytał patrząc na jej oczy, które zaczęły się jarzyć.- Twoje oczy...
- Nic! Kurde nic! Chciałam byś sie trochę wyrwał z rutyny. Rozluźnił. Ale kurna ty patrzysz na te cholerne zasady.- Warczała na niego.- Dobra, jak nie chcesz to pójdę sama.- Zdecydowała. Po chwili spojrzała na Jeffa swoimi zapalonymi oczyma i zagroziła- A spróbuj komuś o tym powiedzieć, to będziesz zbierał zęby z dna jeziora.
Zerknęła ostatni raz na chłopaka i puściła się biegiem w kierunku jadalni. Przywitała się z Terrym i resztą i usiadła na swoim miejscu, po chwili, z prędkością światła, zjadła swoją porcje i ponownie rzuciła się biegiem w stronę swojego domku. Otworzyła kufer i wyciągnęła z niego jaskrawoniebieską farbę do włosów. Znudził jej się czarny kolor. Po wielu zabiegach osiagnęła wymarzony efekt.
Uczesała się w roztrzepanego koka i wzięła swój plecak. Otworzyła go i na dnie zauważyła niebieski kamyk, który wzięła z domu ciotki. Patrzyła na niego z łzami w oczach, wspominała lata tortury z opiekunką, zateskniła za sasiadką, która zastępywała jej kochaną babcię. Ścisnęła mocno kamyk i rzuciła nim o ścianę na znak cierpienia. Usiadła na łóżku, podkurczyła kolana pod brodę i dała upust łzą. Szkoda, że nie zobaczyła jak niebieski, sporej wielkości kamyk, pęka na dwie części. Po chwili zaczynają one oślepiająco świecić na biało by po chwili uformować się w onyksowy łuk i tego samego koloru kołczman z trojgiem spiżowych strzał. Na broni znajdowała się niebieska wypukłość.
Siedziała tak do po południa, stwierdziła, że nie ma po co wspominać przeszłości jak teraźniejszość jest ważniejsza. Wstała i przeciągnęła się, kilka kości jej postrzykało, alw nie przejęła się tym. Spojrzała na miejsce 'zbrodni' kamienia ze ścianą. Jakie było jej zdziwienie, gdy ujrzała tam łuk. Podeszła powoli do rzeczy i uklękła przed nią. Po chwili wachania chwyciła sprzęt i obejrzała dokładnie.
- Onyks...-Mruknęła do siebie. - Kołczman mahoniowy... a strzały spiżowe. A to co takiego...- Pogładziła wypukłość na kołczmanie i nacisnęła niebieski guzik. Momentalnie oślepiło ją białe światło tak, że musiała zasłonić oczy rękoma. Gdy blask ustał spojrzała na swoją dłoń na której z powrotem znajdował się niebieski kamyk.
- O kurde- Zrobiła duże oczy z zaskoczenia. Pamiętała skąd go ma, bardzo dobrze. Uśmiechnęła się szeroko i schowała go do kieszeni. Wyszła z domku, rozejrzała się dookoła i skierowała siew w kierunku bramy obozu. Oczywiście pamiętała by iść wysoką trawą.
* * *
- Jak ja mam te rogi schować... - Mówiła do siebie.- Ni zakryć jakąś fajną czapką, ni zasłonić włosami. Ahhh na Agjipana, całe szczęście, że nogi daje się zakryć. No dobra... Tipo! Tipo na bogów, chodź tu!- Krzyknęła. Po chwili na jej ramieniu pojawił się biały kruk.
- Kra? - Przekrzywił głowę na znak zapytania.
- Widziałeś gdzieś moją czapke? No wiesz... tę rozciągniętą, czarną.
Ptak pokręcił przecząco swoją drobną głowką i zakraczał cicho.
- Zaraz dam ci jeść. Tylko pomóż mu znaleść tę cholerną czapke no!
Albinos rozprostował skrzydła i poszypował z ramienia dziewczyny na ziemię, przewędrował kilka kroków i spod konaru drzewa wyciągnął czarny materiał.
- Kra kra!
- Co jest znowu... Moja czapka!- Ucieszyła się jak mała dziewczynka. Wyciągnęła z kieszeni kilka krakersów i podała je Tipowi. Potem, z ledwością założyła czapke.
- Okropnie wyglądam ale tam... Kowal* gorzej wygląda. - To twierdząc zamknęła drzwi drewnianek chatki i ruszyła w stronę gaju.
* * *
Gdy wróciła, nadal trwała kolacja. Miała ze sobą kilka toreb, więc cichcem ruszyła do trójki. Otworzyła szybko drzwi i rzuciła zakupy na łóżko, któregoś z braci.
- Jutro rozpakuje, teraz tylko sweter ubiore...- Jak powiedziała tak zrobiła. Po jakimś czasie dochodziła do stołówki, gdy zauważyła, że akurat Jeff wychodzi z budynku.
- Jonathan! - Krzyknęła.
Chłopak jak na zawołanie spojrzał w kierunku wydobywania się dźwięku, kiedy zobaczył kto go wołał, spuścił głowę i próbował minąć dziewczynę.
- Jeff czekaj... - Powiedziała widząc jego poczynania. - Nie chciałam na ciebie nakrzyczeć, po prostu nie wytrzymałam... - Nie umiała przepraszać. No bo kto miał jej tego nauczyć? Ciotka? Haha, tak jasne. Sąsiadka nauczyła ją dziękować i prosić, na przepraszam chyba nie zdążyła, bo skończyła w trumnie.
- Straszne. - Powiedział.
- Ja to na głos mówiłam?
- Tak... nie za fajna przeszłość.
- Nic nie poradzisz. Sztama?
- Oczywiście- Uśmiechnął się i przytulił do siebie. Była dla niego jak siostra, której nie ma. Nagle zesztywniał cały, niestety Włóczykij to wyczuła i spojrzała na niego pytająco. Nie widząc jakiegokolwiek znaku z jego strony, spojrzała tam gdzie on i spostrzegła Victorie i Alexa, całowali sie. Ale jak całowali! "Jak pijawki" zaśmiała się w duchu. Po kilku sekundach obserwacji spojrzała znów na Storma, który posmutniał gwałtownie.
- Hej, Jeff. Nie smutaj. Chodź pokarze ci coś!
Mruknął coś w odpowiedzi i z ociąganiem odwrócił wzrok od zacałowanej pary.
Włóczykij wzięła go za rękę jak małe dziecko i poprowadziła do pobliskiej ławeczki, z dala od Vic i Alexa, i usadowiła go na niej. Miał nieprzytomny wzrok i patrzył ślepo przed siebie. Córka Posejdona nie mogła się powstrzymać i klepnęła chłopaka w potylice.
- Ej!- Wrzasnął i spojrzał gniewnie w rozbawione oczy Włóczykija.
- Oprzytomniej, bo paruje ci mózg od myślenia. Chce ci coś pokazać facet nooo!- To mówiąc wyjęła z kieszni swój niebieski kamyk i pokazała mu go na wyciągnietej ręce. Jeff podrapał się po głowie.
- Eee? To kamyk, tylko kamyk. Niebieski. - Ale z ciebie tłumok, popatrz. - Upuściła lekko kamyk na ziemię i po chwili oślepiło ją białe światło.
- Włóczykij co sie dzieje? Nic nie widze czarno mam przed... O już widze! Na Nemezis co ty na Pallas zrobiłaś? - Podniosła z ziemi czarny łuk i zarzuciła kołczman na ramie.
- Nie oślepiło cie światło? - Ździwiła się.
- Yyy, nie? Tylko przez chwilę jakbym był niewidomy się poczułem...- Mówił bez ni ładu ni składu, ciągle mocno zdziwiony tą bronią. - A czemu tylko trzy strzały?
- A bo ja wiem... poczekaj.- Wzięła jedną do ręki i nałożyła na cięciwę. Napięła ją i wystrzeliła ją daleko. Obserwowali ją tak długo, aż zniknęła im z pola widzenia.
- Fiu fiu... daleki zasięg ma.- Stwierdził z uznaniem. Popatrzył na odwróconą dziewczynę- Te Włóczykij!
- Co jest?
- Nadal masz trzy strzały!
- Co?! Ale jak to?- Spojrzała na wnętrze pojemnika.- Faktycznie... Dziwne.
- Sprawdzałas go dokładnie? Może coś pisze czy coś.
- Tylko ten guzik niebieski jest. Może na łuku...
Spokrzała na lekką, onyksową masę. Tasowała ją dokładnie wzrokiem i...
- Mam! Jest malutki napis. Ledwo widoczny, ale jest! Czekaj moment. - Powiedziała- Tu pisze... "Dla Meriel, do połączenia światów. "
- Ciekawe od kogo...
- Dostałam go od zakapturzonej postaci na rynku. Miałam około ośmiu lat.
- Yhym... Ściemnia się, choć odprowadze cie Panno Włóczykij.
- Ależ dziękuję panie Jockerze.
Dwadzieścia minut potem znajdowali się pod jej domem, dziewczyna pocałowała Jeffa w polik i weszła do środka. Chłopak zaś powolnym krokiem szedł ku swojemu mieszkaniu. Zrozmyślał.
Ares dawno nie zaprzatał jego głowy. Ares...Ares go ukarał, Ares bóg wojny, Zabijaka.
"Ja nie zabiłem umyślnie..." -pomyślał rozpaczliwie- " Ty to wiesz Aresie, ty to wiesz..."
- Jeff! Znalazłem twoją różową opaske na oczy!- Ravi wybudził go z rozmyślań.
- Różowa? Ta w białe kropki?
- Ta.
- Dawaj mi ją- Poczochrał brata po głowie.
- Prosze.
- Dzięki Rav.
- Ide spać Dobranoc braciszku.
- Dobranoc Essin, dobranoc...
* * *
*Kowal- miałam tu na myśli Hefajstosa.
#Włóczykij.
sobota, 31 stycznia 2015
Rozdział XV
czwartek, 29 stycznia 2015
Liebster Award
szczerze to nie spodziewałyśmy się, że tak szybko do tego dojdzie.
Cieszymy się bardzo! ;D, jest to dla nas bardzo ważne.\
"Nominacja do Liebster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za „dobrze wykonaną robotę”. Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował."
*Włóczykij odpowiada, ponieważ Kapturek jest zajęty :)*
Są to pytania od http://gdzie-swiatlo-nie-zawsze-oznacza-dobo.blogspot.no .
1.Jaka jest twoja ulubiona książka i dlaczego?
Otóż moją ulubioną książką jest Harry Potter. A dlaczego... ponieważ od dziecka lubiłam wszelką magię, ta opowieść od razu mnie urzekła. Nie jest to jakiś tani kicz, tylko wspaniałe opowiadanie :).
2. Co cię inspiruje?
Ojeju... sama nie wiem. Czasami się zapatrzę na obojętnie jaką rzecz i mi pomysł do głowy od razu przychodzi. Najczęściej jest to na jakiejś lekcji, ale nie ważne xD.
3. Jakie masz plany na przyszłość?
Szczerze, to sama nie wiem czego chcę. Jednocześnie chciałabym grać zawodowo w siatkówkę, prowadzić bibliotekę czy dawać wywiady z mitologii. Jeszcze się nie ukierunkowałam :).
4 Jakie jest twoje ulubione zwierze i czy masz jakieś swoje?
Moim ulubionym zwierzęciem jest koń < 3. Tak, mam swoje zwierzęta. Cztery koty, dwa psy i 31 gołębi.
5. Co byś zrobił/a gdybyś wracał/a do domu przez bas i nagle zgasły światła?
Dobrze... trochę nie jestem pewna czy to 'bas' to las... ale uznajmy, że tak... Tak więc wracam do domu przez las i nagle gasną światła... no nic zdaję się na swoją intuicję i ide dalej. Nie boję się ciemności. ( od kiedy w lesie jest światło? XD)
6. Czego najbardziej się boisz?
Pająków ! i śmierci głodowej, ale tylko takiej. Nienawidzę być głodna.
7. Jaka jest twoja ulubiona piosenka?
Nie mam jednej... Podam pięć głównych.
https://www.youtube.com/watch?v=r00ikilDxW4
https://www.youtube.com/watch?v=moSFlvxnbgk
https://www.youtube.com/watch?v=gEPmA3USJdI
https://www.youtube.com/watch?v=vmgeECz_DPg
https://www.youtube.com/watch?v=Es-5ci3WDJM
8 Co zrobiłabyś stojąc naprzeciw wilka?
Ym... stałabym nieruchomo... może by odszedł.
9. Ulubiona bajka/film i dlaczego?
Ulubiona bajka... no jednaj nie potrafię wybrać. Kraina Lodu, Zaplątani, Król Lew...... A fil.. no cóż, Harry Potter, Władca Pierścieni, Zielona Mila, Jestem Legendą...
10. Kim chcesz być w przyszłości?
Cofam do pytania 3...
11 Jak pod ci się mój blog (tylko szczerze)? XD
Nie wiem... osobiście go nie czytałam :)), więc nie mogę ocenić.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Moje pytania:
1. Jakim zwierzęciem chciał/a być być i dlaczego?
2. Piosenka, której nienawidzisz to...?
3. Jaka książka najbardziej cię wzruszyła?
4. Ulubiona maskotka z dzieciństwa?
5. Gdybyś miał/a boskiego rodzica, to jakiego?
6. Jaki dom w Hogwarcie?
7. Co wolisz? Miasto/Wieś/Przedmieście/Pod mostem xd
8. Jaką moc chciał/a byś mieć?
9. Jaką słodycz najbardziej lubisz?
10. Ulubione zwierze twoje to... i dlaczego?
NOMINUJĘ:
http://city-of-deth.blogspot.com/?m=1
http://dramione-rubin-i-stal.blogspot.no/2015_01_01_archive.html
http://dramionemagiaminiatur.blogspot.no
http://rise-of-the-guardians.blogspot.no
http://gaaraxhinata.blog.pl
http://percyjackson-i-annabeth-chase-forever.blogspot.no
http://percico-milosc-zakazana.blogspot.no/2014/05/rozdzia-2.html
http://percico-leico-i-inne.blogspot.no/2014/08/rozdzia-9.html?showComment=1422554910736#c3456559585240900737
http://oboz-polkrwi.blog.onet.pl/2011/01/02/003-skowronek/comment-page-1/#comment-16
http://fremione-niemozliwe-a-jednak.blogspot.no/2013/11/ogoszenie.html?showComment=1422555242654#c9069079423293336444
środa, 28 stycznia 2015
Rozdział XIII
Zapukał z lekkim wachaniem i po chwili wszedł do pokoju siostry, która leżała na brzuchu na łóżku czytając jakąś książkę. Jej długie, czarne włosy jak wzykle rozpuszczone zakrywały dziewczynie plecy. Spojrzała na niego kątem oka i powróciła do lekturki. Anubis usiadł obok niej na łóżku zpychając jej białą szakalicę, która warknęła cicho i poszła na swoje posłanie. Anput westchnęła zamykając książkę.
- Czegoż chcesz, braciszku? - zapytała.
- No więc... niedługo zniknę na jakis czas... i ktoś musi przejąć moje obowiązki...
- Chyba śnisz, że to będę ja - patrzyła na niego uważnie swoimi intensywnie niebieskimi oczami.
On zaś spuscił wzrok, a gdy spojrzał na nia miał maślane oczka i minę zbitego szczeniaczka.
- Anubis, nie rób tak - mruknęła.
Chłopak się uśmiechnął słabo.
- Rozmawiałem z Ozyrysem - zaczął. - Jak wiesz nudzi mnie to wszystko...
- Tsa, wiem. Marudzisz za każdym razem kiedy do mnie przychodzisz.
- Anput, ja prawdopodobnie...
Sis patrzyła na niego ze smutkiem.
- Co? - pisnęła. - Nie możesz!
- Ale ja mam tego dosyć, Anput!
- Anu... - łza spłynęła jej po policzku, nie chciała, by brat i jedyny przyjaciel ja opuszczał.
- Sis... - spojrzał na nią z troską w czarnych oczach.
Nie lubił widzieć jak Anput się smuci. Nie znosił tego. Pamiętał jak się z nią kłócił, gdy byli jeszcze małymi dziećmi, kiedy ona wrzuciła go w muł Nilu. W tedy jeszcze nie był skazany na wieczne osądzanoe dusz. Oczywiście z początku to uwielbiał, a teraz, po wojnie z Apopisem, uznał to za idiotyczną rutynę.
- Znowu poszło o ta głupią Sadie? - zapytała, a imię dziewczyny wymówiła z obrzydzeniem.
- Nie przypominaj mi o tym irytującym, krzykliwym, blond stworzeniu - jęknął.
- Wybacz...
- Nic się nie stało - westchnął. - Ale, ja mam na serio dosyć... nie martw się... chyba pozwolą ci mnie odwiedzać...
- Skoro przejmę twoje obowiązki... a ty bedziesz śmiertelny... w końcu umrzesz... wiesz, że nie chcę osądzać twojej duszy... chyba, że po śmierci znów staniesz się bogiem.
- Wątpię. Ale za to teraz ty będziesz bogiem śmierci.
- Od urodzenia jestem boginią umarłych.
- Ale teraz będziesz główną.
- Ludzie będą mnie nazywać Anubisem, Anubisie... nie chcę być nowym Anubisem.
Przytulił siostrę, a po chwili oberwał poduszką.
- A to za co?!
- Za to, że zrzucileś Kirę z łóżka! - znów go uderzyła, a on zabrał jej puchową broń, ale w głębi duszy czuł ulgę ze zmiany tematu. Ona wzięła drugą poduchę, którą po chwili też straciła gdy się nią zamachnęła na brata. Chłopak w rewanżu przywarł ją do łóżka i zaczął łaskotać siostrę. Anput śmiała się jak opętana.
- Anu! Puszczaj mnie! - powiedziała przez śmiech.
- Ale ci się to podoba! - uśmiechnąl się wrednie odsłaniając białe zęby.
- Anubis! Zostaw mnie!
- Błagaj mnie o litość! Błahahaha.
- Co ty brałeś?!
- Zaraz sie zasmarkasz z tej radości - odparł nie odpowiadajac jej na pytanie i łaskocząc dalej.
- Zabiję cię! - krzyknęła.
- Boga śmierci? Powodzwnia - mruknął.
- Grrrr - zawarczała.
- Tez cię kocham siostrzyczko - powiedział.
Udało się jej zepchnąć brata z łóżka i wybiegła z pokoju, a on za nią. Złapał ją w tali po czym przewiesił sobie ją przez ramię.
- Ej! - zaprotestowała wymachując nogami, ale on złapał je w żelaznym uścisku.
- Czas na kąpiel w rzece, Anput - na twarzy Anu wciąż widniał wredny uśmiech.
***
Następnego ranka na wzgórzu herosów do domku Nike wszedł sobie najspokojniej w świecie Jeff i Ravi. Tylko Gabirel już nie spał.
- Hej, co tu robicie? - zapytał syn skrzydletej bogini. Mówił szeptem, by nie obudzić nagle reszty rodzeństwa.
Dexter wymamrotał coś w poduszkę po czym podniusł się z ziewnięciem i przetarł oczy.
- Hejaa Raviii - wymamrotał Dext opadając znów na poduszki, by potem zturlać się z łóżka i doczołgać na ślepo do swojego kufra z ubraniami.
- Em... siema Dext - mruknął w pełni rozbudzony, najmłodszy syn Nemezis, usiadł na jednym z łóżek i po chwili spostrzegł, że patrzą na niego jakieś małe ślepka puchatej kulki. Pizduś przeciągnął się leniwie i szturchnął Lucy, która również się obudziła i usiadła na łóżku prawie zderzając się głową z Ravinim.
Spojrzała na niego pytająco.
- Emem... heja? - nie za bardzo wiedział co powiedzieć.
Ona tylko na niego patrzyła, po czym spojrzała na Gabriela, który właśnie wynosił z Jeffem śpiącego Terrego na dwór. Chłopak ślinił się i był w samych bokserkach.
Wrócili śmiejąc się cicho.
- Jesteście żałośni - wymamrotała Vic, która właśnie wybudziła się ze snu.
- Dzień dobry, śpiąca królewno - powiedział Jeff patrząc na nią z lekkim uśmiechem.
- Yh... ponurak się obudził - mruknał Gaba.
- Hej Jeff - Vic zignorowała brata odwzajemniając uśmiech bladego przedstswiciela płci przeciwnej.
Drzwi domku się otworzyły i wszedł Terry patrząc morderczo na Gabriela, który ubierając spodnie miał niewinną minę. Chłopak Włóczykija podszedł do swojego kufra. Vic wstała. Miała na sobie spodenki i czarny podkoszulek, więc wzrok Jeffa skierował się tam, gdzie nie powinien. Gabriel spojrzał na niego znacząco. Vic oczywiście nie zauważyła, jak Jonathan patrzył na jej dwa kobiece atuty na klatce piersiowej.
- Zboczeniec - powiedziała Lucy patrząc na Jeff'a.
Najstarsza córka Nike zerknęła na Jeff'a pytająco. Chłopak odwrócił wzrok, a gdy na nią zerknął nie było jej tam. Po chwili zza parawanu wyszła ubrana Vic. Spodenki i koszulkę zmieniła na czarne legginsy i pomarańczowy podkoszulek, oczywiście miała pod tym czarną bieliznę, a raczej bikini. Zamierzała dziś popływać z Lucy, Darknessem, Venorą i Włóczykijem po treningu przed kolacją.
Vic usiadła na łóżku zakladając skarpetki, po czym buty. Jeff zauważył jakieś czarne kreski namalowane na jej skórze, na ramieniu, nie były za dobrze wodoczne.
- Masz tatuaż? - wypalił Jeff, kiedy wychodził z nią, Lucy i Ravim z domku Nike.
Nie odpowiedziała.
,, Czemu ona założyła dziś koszulkę z tak mocno wyciętym dekoltem?" Pomyślał Jeff zerkając na Vic kątem oka, gdy szli do pawilonu na śniadanie.
Gdy już tam byli usiedli przy swoich stołach. Lucy i Vic jak zawsze na przeciw braci. Po kwadransie zaczęli zjawiać się obozowicze.
- Dzień dobry wszystkim! - powiedziała Włóczykij z uśmiechem zjawiając się w trakcie już rozpoczętego śniadania.
Lucy jadła płatki, a Pizduś wyławiał łapką pojedyńcze miodowe kuleczki z jej miski. Vic, która jadła to samo co jej sis, zerkała co jakiś czas na Gabriela, który cały czas miał podejrzany uśmiech na twarzy.
- Gab, dobrze ty się dziś czujesz? - zapytała w końcu.
- Wyśmienicie, siostrzyczko - odparł.
- Powątpiewam - mruknęła. - Jakie plany na dziś? - zmieniła temat.
- Dajesz Lucy korepetycje z Greki, zaraz po tym jak nauczysz ją trzymania i posługiwania się miecze... - przerwał, bo Pizduś wziął jeden z noży leżących na stole i zaczął nim wymachiwać. - Tsa... Vic, nie zapomnij przeszkolić wiewiórki bojowej - mruknął, po czym zaśmiał się wraz z Terrym. Dext milczał, nia miał humoru od kiedy Lucy dołączyła do obozu.
Vic dała swojej siostrze do rąk jeden z obozowych mieczy, sama trzymając swój połyskujący złotem, lecz wykonany z niebiańskiego spiżu.
- Ciężki - powiedziała Lucifera.
- Wiem, ale póki nie masz własnego musisz zadowolić się tym.
Pizduś siedział dwa metry od nich. Nie rozstawał się ze stołówkowym nożem do masła, który uważał za śmiertelną broń.
Starsza siostra dawała wskazówki młodszej co jakiś czas. Lucy szybko załapała co i jak. Miała przecież to w genach. Trochę gorzej poszło jej z Greką. Vic nie dawała jej spokoju w odpytywaniu nawet podczas obiadu. Potem uczyła Lucy naciągać strzały na cięciwę łuku, ale dwunastolatka nie miała za wiele siły w rękach i nieudało się jej trafić w tarczę, za to bardzo dobrze w trawę.
- Kiedyś ci się uda - pocieszyła ją Vic, a siostra posłała jej uśmiech.
- Viiiicaaa!!! - usłyszały znajomy głos, a po chwili zauważyli biegnącą Włóczykija w towarzystwie dwuch koni . - Lucy! Gotowe?! - zapytała.
Córki Nike potaknęły równocześnie i poszły z końmi i Włóczykijem na plażę.
***
Anput wynurzyła się z lodowatej wody wkurzona i złapała za kostkę Anubisa stojącego na pomoście i wciągnęła go do wody. Gdy wypłynął ochlapał siostrę wodą. Odwzajemniła mu się tym samym. Ammit pędziła po piasku do nich. Wbiegła na pomost i wskoczyła do wody z wywalonym jęzorem. Anput wyszła z wody i usiadła na pomoście. Anubis jeszcze przez jakiś czas bawił się z Ammit po czym zrobił to siostra.
- Aaghh! - pożeraczka serc szczerząc w zadowoleniu ząbki co jakiś czas nurkowała i próbowała ugryść wodę. Anu wyciągnął ją z wody.
- Anput? - spojrzał na sis.
- Tak?
- Chodź, nauczę cię jak odsługiwać wagę - powiedział i wstał.
- Oki - posłała mu uśmiech, jej złość wyparowała. - Ale najpierw pójdę się przebrać - cmoknęła brata w policzek i pobiegła.
- Wiesz...Ammit... będzie mi was brakować - powiedział, gdy wracał w potworkiem ociekając wodą.
***
Będąc nad jeziorem dziewczyny stały na kładce, która pełniła rolę pomostu, od strony lasu. Venora i Darkness krążyli nad wodą i po chwili zanurkowali z głośnym PLUM.
Lucy, Vic i Włóczykij będąc w strojach kąpielowych przyglądały się pegazom. Ktoś pchnął najstarszą córkę Nike, a ta wpadła do wody, kto inny w tym samym czasie Włóczykija. Vic wynurzyła się i zaczerpnęła powietrza. Meriel wypłynęła chwilę potem. Spojrzały morderczo na Terrego i Jeffa, którzy posyłali im niewinne uśmiechy. Gabriel wrzucił Lucy, którą dotychczas trzymał na rękach. Pizduś siedział gdzieś pod drzewem z daleka od wody.
- Zabiję cię - mruknęła Vic patrząc na Jeffa, który stał tam gdzie ona jeszcze minutę temu.
- A ja ciebie, Terr - oznajmiła Meriel.
Lucy wypluła wodę, która wpadła jej do ust.
- Pożegnaj się z życiem Gabriel - powiedziała małomówna Lucifera.
- Ej... Vicki, ciebie jeszcze zrozumiem, ale ty Włóczykij... zmieniasz się w ponuraka - mruknął Terren.
Gabriel w tym czasie zrzucił koszulkę, buty i spodnie, poczym w bokserkach wskoczył do wody. Terr usiadł na pomoście wraz z Jonathanem.
Vic i Mer ignorując samców chlapały się wodą, podczas gdy Lucy siedziała Gabrielowi na baranach, gdy ten pływał co jakiś czas zanurzając się pod wodę.
Jeff patrzył na Vicki, a Terry na Meriel, która po chwili wciągnęła go do wody.
- Włóczykij! - był zirytowany, mokry i trzymał sie pomostu.
- Nigdy nie pozwolę cie się utopić - szepnęła mu do ucha.
Posłał jej blady uśmiech i puścił się pomostu. Włóczykij trzymała go za rękę i zaczęła uczyć pływania, oczywiście najpierw chłopak musiał przyzwyczaić się do bycia w wodzie.
Vic w tym czasie wyszła z wody na brzeg i usiadła obok Jeff'a.
- Nie lubisz pływać? -zapytała.
- Nie widzi mi się bycia mokrym - odparł patrząc jej w oczy. - Moge zobaczyć twój tatuaż? - zapytał.
Bez słowa odwróciła się do niego plecami. On zaś odgarnął jej włosy na prawą stronę. Jego oczom ukazały się skrzydła, a raczej tatuaż przedstawiający je bardzo realistycznie. Wydawało mu się, że pióra ruszają się na delikatnym wietrze jakby na prawdę były prawdziwe. Dotknął pleców dziewczyny, która poczuła się niezręcznie, po czym opuszkami palców przejechał kilka centymetrów w dół, tak jakby gładził prawdziwe skrzydła. Vic czuła się skrępowana, miała przyśpieszone bicie serca, po chwili odwróciła się i... dała z liścia Jeff'owi. Spojrzał na nią pytająco, a ona zarzuciła na siebie ręcznik, tak by zakrył jej plecy, które były ostatnio bardzo wrażliwe. Wstała, tak jak i Jeff.
- Przepraszam - powiedział.
- Trzymaj łapy przy sobie - syknęła i pobiegła w stronę domku Nike.
Gabriel i Ter wymienili się ponurymi spojrzeniami i wyszli z Lucy na brzeg. Włóczykij za nimi.
- Co jej się stało? - zapytała Meriel.
Jeff czuł się winny.
- Nie przejmuj się - powiedział Ter do chłopaka.
- Co jej jest? - zapytał Storm.
- Em... ostatnio skarzyła się na straszny ból skóry pleców... w sumie to od letniego przesilenia ma nadwrażliwe - powiedział Gabriel.
- A ten tatuaż? - zapytała Meriel.
- Od kiedy zjawiła się pierwszy raz w obozie go ma, ale... - urwał, powiedział zbyt wiele. A z resztą co miał powiedzieć?
To, że tatuaż jej siostry, kiedy ta miała dwanaście lat zakrywał jej tylko łopatki, a teraz się rozrósł na całe plecy?
Konie siedziały na brzegu susząc się w słońcu zmierzającym na zachód.
Lucy wzięła Pizdusia i poszła z Gabrielem śladami siostry, a Jeff w stronę swojego domku.
Terry został z Włóczykijem.
- Powiesz mi, co chciał powiedzieć Gab? - zapytała.
- Nie - odparł i objął swoją dziewczynę. - Kiedyś sama się dowiesz.
Vic nie pojawiła sie na kolacji. Jeff babrał widelcem w swoim jedzeniu, nie miał apetytu. Chciał przeprosić dziewczynę jeszcze raz... ale nie wiedział jak... ani czy dziewczyna zechce go słuchać.
~Zakrwawiony Kapturek
piątek, 23 stycznia 2015
Rozdział XII
-Venoro! Mam dla ciebie niespodziankę! -Włóczykij podeszła do boksu swojej ulubienicy i otworzyła go.
-Na Pegaza nie dało się wcześniej?-Zapytała z sarkazmem.
-Co narzekasz Nietoperzu? Jest siódma. A zresztą tak jak mówiłam, mam niespodziankę dla ciebie-Mówiąc to pokazała jej białą uzde, która idealnie kontestowała z umaszczeniem konia.-Dzisiaj sobie polatamy, zapewne dawno tego nie robiłaś.
-Ooo tak! Wybaczam ci, że tak rano mnie zbudziłaś. No dawaj tą uzde i lecin no!-Klaczka była zniecierpliwiona. Ile lat już nikt jej nie dosiadał? Nawet sobie nie przypominała. Włóczykij podniecona lotem, ubrała wprawnie cugle i dostosowała, potem wyprowadziła konia z boksy i skierowała się na pobliską polanę.
-Em... pochyliła byś sie bym wsiadła? Jesteś tak wysoka, że nawet nie podskocze.- Venora to słysząc prychnęła, przy okazji lekko opluła ubranie dziewczyny, schyliła się. Włóczykij jednym susem wdrapała się na grzbiet. Po chwili obie stępowały wzdłuż polany.
-Wygodna jesteś. -Na te słowa Venora dumnie uniosła głowę. -No dobra panno wzbijamy się.
Pegaz przeszedł do szybkiego kłusa i szybko rozprostowała swoje nietoperze skrzydła. Kilka zamachów nimi i już znajdowały się nad drzewami. Jeździec wydała z siebie głośny odgłos radości, klacz też nie lepsza, głośno powiedziała swoje " I-ha-ha ", chwilę później wzbiły się jeszcze wyżej. Spokojnie szybowały delektując się chłodnymi powiewami powietrza w ten, już, gorący poranek. Nagle Włóczykij wpadła na głupi pomysł, jak to ona.
-Venora obniż lot, a potem skieruj się w stronę jeziora.
- Sie robi ...
Dziewczyna pogładziła czule szyję pegaza i puściła wodze. Gdy Venora była nad wodą, Meriel kazała wracać rumakowi do boksu. Ta nierozumiejąc zgodziła się. Niespodziewanie Włóczykij ześlizgnęła się z okrzykiem radości z grzbietu konia i już miała się zdarzyć z przyjemną wodą gdy..
* * *
Anubis z ogromnym znudzeniem podał swojemu zwierzakowi serce kolejnej duszy. Po chwili uderzył głową o stół na znak zrezygnowania.
-Mgrgfdc-Mruknął. Gdy podniósł głowę powtórzył- Dobre serce?-Na znak potwierdzenia potworek beknął.
-Że też ci sie to nie obrzydza...
Chłopak zmienił się w szakala i potruchtał do komnaty Ozyrysa.
Pan zmarłych akurat czytał jakieś zwoje.
Podniósł wzrok na zwierzę i na jego bladej twarzy zajaśniał uśmiech.
-Co cię sprowadza chłopcze?-Spytał, przemienionego już chłopaka.
-Ta poprzednia prośba. Mam już dość! -Zacisnął pięści i zmarszczył swoje czarne brwi.- Ciągle to samo. Serce, pióro, serce, pióro, serce... No błagam! Czemu Amput tego nie może robić? -Zaniemówił na chwilę. -Amput. Siostra... No jasne! Przecież istnieje możliwość by mnie zastąpiła, prawda? - Spytał z nadzieją.
Ozyrys zamyślił się na długi moment. Analizował za i przeciw. Podrapał się po głowie i:
-Tak, istnieje taka możliwość. Tylko musimy czekać do walnego spotkania by byli wszyscy przy tym. I zdajesz sobie sprawę, że może to trochę potrwać prawda?
-Tak. Tak tak taaak. -Ucieszył się jak małe dziecko.- Dzięki ci Ozyrysie! Wielkie dzięki! -I wybiegł z komnaty w postaci szakala i po chwili znalazł się na jakimś pustym cmentarzu by pomyśleć w chwili spokoju i na świeżym powietrzu.
* * *
Ogromna wodna ręka złapała ją w pasie i dostawiła obok chłopaka niewiele starszego niż ona sama.
-Odbiło ci? No za mądra to nie jesteś, słowo. -Powiedział.
-A ty kim jesteś by mi mówić co mam robić? -Warknęła- No?! I to było przemyślanie i nic by mi sie nie stało głąbie! Woda nic mi nie zrobi! Nawet mokra nie jestem. JESTEM CÓRKĄ POSEJDONA!-Była zła. Nie... była cholernie zła. Zepsuł jej wymarzony skok. Ciemnowłosy zaniemówił i patrzył się niedowierzając w to co powiedziała. Nawet nikt nie zwracał uwagi na tłum, który obserwował poczynania zaczynając od jej skoku. Znikąd pojawił się Chejron.
-Aaa tu jesteś Percy! O, poznaj swoją oto siostre! To Włóczykij, kolejne dziecko boga mórz.
Dziewczyna zamilkła. Nakrzyczała na swojego brata. Nie no, nie ma to jak miłe przywitanie.
Rodzeństwo mierzyło się niepewnie wzrokiem. Nawiązali pomiędzy sobą jakąś więź i uśmiechnęli się lekko by po chwili wskoczyć do jeziora. Podpłynęli po pomost i Percy stworzył duży bąbel powietrza by mogli porozmawiać. Popatrzeli po sobie, chłopak dość niepewnie, a dziewczyna z podejrzliwością.
-Ee.. bo ja chciałem przeprosić za moją wybuch no i... ee no..- Jąkał się. Włóczykij, to widząc ledwo powstrzymywała uśmiech, musiała zachować powagę.
-Wybaczam ci.- Rzekła. A widząc jego głupią minę zachichotała- Nie no spoko, nic sie nie stało, miałeś prawo podejrzewać, że mogłam sie zabić i tak dalej. A jak ci tak wogóle na nazwisko? -Spytała.
-Percy Jackson, syn Posejdona i Sally Jackson. A ty?
-Włóczykij, córka Posejdona- Wymamrotała.
-Włóczykij? No tak ci nie jest na imie... napewno.
- Włóczykij i koniec tak?!- Warknęła lekko.- Nienawidzę swojego imienia Perseuszu.- Skrzywił się słysząc swoje pełne imie.
- Wybacz, ale nie rozumiem. Ale jak chcesz, nie ciągne tematu... Tylko mi jeszcze powiedz, kto wie o twoim imieniu...
- Jonathan Storm i moja ciotka co mnie wychowywała. Jak trafiłeś do obozu?
-Przez Minotaura, razem z mamą i Groverem uciekaliśmy...- Zaczął opowiadać o swoich przeżyciach jak to uwolnił mame z rąk Hadesa, poznał Dedala, pokonał Kronosa... i tak dalej- ... no i jak usłyszałem, przez iryfon od Chejrona, że mam siostre poprosiłem Leo by zrobił jakąś maszynę. No i wymyślił sprzęt, który niby przenosi w inne miejsca za pomocą tęczy, znaczy przez Iryfon. Ale niestety odkrył, że to działa tylko dwukrotnie. Czyli jeszcze mi na powrót zostało.
- Oh, szkoda. Ale przynajmniej cie poznałam. Nawet nie wiesz jak się cieszę, że mam braci.
- Z Tysonem się widzialaś?
- Nie jeszcze. A co?
- Ale wiesz, że on jest cyklopem...
- No i co z tego? Rodzina to rodzina, nie wybiera się jej. Zaakceptowałam ciebie, to i Tysona zaakceptuje. Chodź już, chyba jest pora obiadowa.
- Tak, tak chodźmy. - Gdy wyszli z wody zbiorowiska już nie było. Włóczykij pośpiesznie związała włosy w kita i razem z bratem truchtem pobiegli do jadalni. Gdy wstąpili do środka każda znajdująca się tam głowa na nich spojrzała. Przywitali się i usiedli przy stoliku trzecim. Kiedy tak jedli, nagle coś zaczęło przeraźliwie wydawać piszczące dźwięki. Mocno przerażony Percy dobył czegoś na wzór komórki i wybiegł na zewnątrz. Włóczykij po chwili wachania także podążyła jego śladem. Akurat zastała go przy pobliskim drzewie jak kończył rozmowe. Był blady jak ściana. Zbliżyła się do niego i położyła dłoń na jego ramieniu.
- Coś się stało? - Zapytała.
- Mają kłopoty, muszę się szybko tam przenieść. - Spojrzał na nią z zaszklonymi oczyma i mocno przytulił.- Mam nadzieję, że niedługo się zobaczymy.
- Ja nie mam nadzieji- Widząc nieruzumiejący wzrok, wyjaśniła- Ja jestem tego pewna. - Jeszcze raz się uścisneli, a później Percy zniknął w kolorowej mgle. Meriel westchnęła ciężko i poszła na salę treningową. Pomieszczenie było puste, nikogo nie było. Wzięła jeden z mieczy i podeszła do manekina. I zaczęła ćwiczyć. Nie liczyła czasu, nie czuła zmęczenia. Chciała po prostu sobie ulżyć psychicznie. Dla niej istnialo tylko to pomieszczenie, miecz i manekin.
- Ja bym, na twoim miejscu, już skończył ćwiczyć bo padniesz mi tutaj ze zmęczenia. - Odwróciła się i ujrzała Jonathana opartego nonszelacko o framugę drzwi.- Jesteś zła prawda? Sądzisz, że to niesprawiedliwe, że dopiero poznałaś brata, a już musisz się z nim rozstać. - Spojrzała na niego smutnym wzrokiem.
- Tak. Dokładnie. - Ledwie widoczna łza spłynęła po policzu, ale szybko ją starała. Musi być silna, to jest jej motto. Usiadła na ławce opierając głowę na rękach. Jeff podszedł do niej i objął przyjacielsko ramieniem.
- Dzięki Jeff.
- Za co?
- Że jesteś tu, pocieszasz.
- Czego się nie robi dla przyjaciół- Uśmiechnął się mile. Włóczykij słysząc to przytuliła go mocno.
- Aaa mam przyjaciela. Nanananananaaa.- Wstała i zaczęła się śmieć z byle powodu.
- Wariatka- Powiedział sobie w myślach ale później razem z nią się zaczął wydurniać. Naprawde dziwnie było jak Włóczykij postanowiła zabawić się w fryzjera.
- Ooo wolisz warkocz czy kłosa? A może dobieranego?- Wyliczała jak dziecko na palcach. - Już wiem ! Dawaj te włosy. - Zarządziła.
- No dobraaa- Powiedział z ociąganiem. Kilka minut majsterkowała w jego włosach a po chwili było widać efekt.
- Zajefajnie! Choć idziemy.
- Ale gdzie e?
- No na kolację, bo zgłodniałam.
- Co?! Ja mam iść w tej fryzurze? No chyba cie coś boli.
- No ale słodko wyglądasz no! Nie daj sie prosić. - Zrobiła maślane oczka.
Prychną pod nosem i wyszedł na zewnątrz razem z dziewczyną. Na szczęście lub nieszczęście nikogo nie było. Chichoty dopiero rozległy się, gdy pojawili się w stołówce.
- Hej Jeff! Seksi jest twoj koczek jak pączek!- Krzyknął Gabriel od strony Nike. Victoria widząc chłopaka otworzyła szeroko usta z niedowierzania, Terren zwijał się ze śmiechu razen z Gabą, Lucy cicho chichotała, a Dexter uśmiechał się tylko i momentalnie opuścił pomieszczenie, ale tego nikt nie zauważył. Nie było osoby, która by się nie uśmiechała, no może poza panem D.
Po kolacji paczka, czyli Terry, Victoria, Gabriel, Jonathan, Włóczykij i Lucy poszli usiąść na schodkach domku Posejdona. Gawędzili wesoło, aż do zachodu słońca. Nie obyło się także od wygłupów Włóczykija czy specyficznego humoru Jeffa. Gdy usłyszeli, że zbliża się cisza nocna pożegnali się z grupową domku nr trzy. Gaba, Victoria, Jeff i nawet Lucy uściskiem, a Terr krótkim cmoknięciem. Zmęczona przebrała się i położyła do chłodnego łóżka. Gdy zasypiała przed oczyma pojawił jej się wizerunek ojca i brata.
- Dobranoc tato.. Percy- Wyszeptała przed zaśnięciem.
* * *
Pisane w dość kròtkim czasie...
Zadowalający efekt.
#Włóczykij.
środa, 21 stycznia 2015
Rozdział XI
Biec.... Biec i przeżyć. Tylko to liczyło się dla dziewczyny. Miała na głowie szary kaptur z kocimi uszami, a z jej plecaczka wystawał narzekający, co nie jest nowością, łeb wiewióry.
Przy dziewczynce biegł mężczyzna od połowy będący kozłem, którego poroże było jak u młodego jelenia i rosło do tyłu.
Jeszcze dziś wieczorem Lucy była zwykłą dziewczynką, póki do jej domu nie wpadł przez okno jej kuchni lew... a dokładniej trój głowa Chimera. W tedy zjawił się też Lytos, satyr, z który ją zabrał z domu z szybkością błyskawicy, wsiedli na motor. Potwór ruszył za nimi. Potem jednak musieli zostawić... Chimera plując jadem rozpuściła tylne koło. Na szczęście obóz był już nie daleko... Jeszcze tylko trzy kilometry.
Adrenalina pomagała Lucy nie zaprzestać biegu. Lytos pociągnął dziewczynę w lewo. Uniknęli tym ognia wydobywającego się z trzeciej, koziej, paszczy.
-Już niedaleko - wysapał Lytos, ramię go piekło od jadu wężowej głowy, która teraz chybiła i trafiła w drzewo.
Usłyszeli za sobą ryk lwa. Wiewiór pisnął. Szturchnął plecy dziewczyny łapą, by biegła szybciej. Chimera była coraz bliżej i po chwili stanęła, trzy głowy ryknęły. Satyr z małolatą biegli dalej. Wiewiór uznawszy, że zagrożenie życia minęło zwinął się w kulkę na dnie plecaka. Za dużo wrażeń jak na jeden dzień. Zasnął. Biegł zmienił się w trucht, a potem powoli doczłapali się do jakiegoś domku. Lucy zemdlała, Satyr uchronił ją przed upadkiem i zaniósł do jednego z szpitalnych łóżek. Zegar wskazywał 23:12.
Po kolacj Vic i Włóczykij wracały do domków w świetnych humorach. Terry i Jeff szli za dziewczynami, które chichrały się z byle czego. Oni zaś nie rozumiejąc patrzyli na nie jak na wariatki.
-Włóczykij, kochana... Co ty odpierdalasz? - zapytał słodkim głosem Terry.
Jego dziewczyna spojrzała na niego, rozpuściła włosy i:
- Let it go! Let it gooo! - wydarła się roztrzepując włosy.
Razem z Vic zaczęły śpiewać tę piosenkę idąc jak pijane. Zwróciły na siebie uwagę innych obozowiczów.
W końcu byli pod domkiem Nike.
- Pa szalona dziewczyno, jutro ja odprowadzam ciebie - Terry pocałował Włóczykija... I tak trwali kilka minut.
W tym czasie Vic i Jeff stali bez celu...
- To... Em... Dobranox - powiedziała córka skrzydlatej bogini.
- Dobranoc wariatko - odparł Jeff.
Vic uśmiechnęła się, co 'Jocker' odwzajemnił. Wraz ze swoim bratem weszli do domku, Jeff poszedł do swojego, a Włóczykij ruszyła w swoją stronę.
Następnego dnia Vic kiedy wychodziła nad ranem z domku zauważyła siedzącego na schodkach Lytosa. Satyr wstał i uśmiechnął się do niej.
- Hej - Vic odwzajemniła uśmiech.
- Dzień dobry. Na bogów, pamiętam jeszcze jaka byłaś mała gdy cię tu przyprowadziłem... - zamyślił się. - Bezbronna istotka, bojąca się Chimery, którą teraz byłabyś zdolna zabić z zimną krwią...
- Yh... do czego zmierzasz? Gadasz jakbyś naczytał się dramatów. Chwila... ostatnio rzadko bywałeś w obozie.
- Muszę ci kogoś przedstawić - pociągnął ją za rękę w stronę Izby Chorych.
Pan D. Rozmawiał z Chejronem przed budynkiem.
-Dzień dobry Panie D. Witaj Chejronie - powiedziała szybko razem z Lytosem i wbiegli do środka. Na jednym z łóżek siedziała mała dziewczynka trąc łapkami wciąż senne oczka.
-O... Lucy już wstałaś. Przestawiam ci Victorię - powiedział z uśmiechem satyr.
Lucy spojrzała na dziewczynę, która podeszła bliżej niej.
,,Ale są podobne!'' - pomyślał Lytos.
- Hej - Vic starała się wyglądać łagodnie dla nowej heroski.
- Jestem w Obozie Herosów?
- Tak - odparła i nawet się uśmiechnęła.
- Nie ma tu Chimery, prawda?
- Yh... Nie ma tu potworów - odparła Vic. - No czasami się zjawiają, ale w tedy je unicestwiamy. Nie ma się czego bać - dodała widząc jej bladą twarz.
Lucy przyglądała się dziewczynie.
- Po ciebie też przyszedł Lotos? - zapytała.
- Tak, pięć lat temu - potwierdziła.
Mała heroska dostrzegła w niej coś znajomego.
- Jesteś moją siostrą? - zapytała Lu.
- Nie wiem.
Lucy wyciągnęła jakąś rudą kulkę ze swojego plecaka, którą położyła sobie na kolanach.
- To jest Pizduś - powiedziała z satysfakcją dziewczynka, a tłusta wiewióra spojrzała na dziewczynę zirytowanym wzrokiem.
Vic została rozwalona psychicznie. Lytos stał niedaleko nich. Pizduś rozejrzał się dookoła po czym prutnął i wgramolił się do plecaka.
- Ymm... chodźcie na śniadanie - przerwał ciszę.
Lucy założyła plecak na plecy i wyszła ostatnia. Gdy to uczyniła zatrzymał ją Chejron i Pan D. Lytos odpowiadał za małomówną dziewczynę na większość pytań. W końcu dali im spokój i satyr z herosami poszli na śniadanie.
Gdy już byli na miejscu, Blo podeszła do stolika Nike, Lytos gdzieś zniknął, a Lucy nie chcąca zostać sama pobiegła za Vic. Usiadła obok niej.
- Nie zostawiaj mnie samej - szepnęła, a bracia Vic spojrzeli na obcą małolatę.
- Jesteś nowa? - zapytał Dexter, ona zaś nie odpowiedziała.
- Krępujesz ją - stwierdził Gabriel. - Jak masz na imię?
Ona dalej milczała, ale tym razem w zakłopotaniu i swojej nieśmiałości przytuliła się do Vic chowając twarz w jej bluzie.
- Bravo idioci - mruknęła córka Nike. - Poznajcie Lucy... nie określona - pogładziła dziewczynę po włosach.
-Yh... to my idziemy dać mamie po pomidorku - mruknął Gabriel i se poszli.
Lucy spojrzała na swój pusty talerz.
- Powiedz co chciałabyś zjeść, a to się pojawi - podpowiedziała starsza heroska.
- Kiełbaski - odparła po chwili, gdy zobaczyła co ma na talerzu dziewczyna, a to pojawiło się na jej talerzu.
- Chodź, damy po jednej Bogom - Vic wstała.
- Czemu?
- Bo... trzeba - odparła, nie wiedząc co powiedzieć.
Lucy skinęła głową i poszła za nią.
Gdy były przy palenisku Vic wrzuciła jedną z kiełbasek.
- Smacznego mamuś - powiedziała i poczuła zapach przypominający woń starej książki, przyjemny dla jej nosa. Dwunastolatka wzięła z niej przykład i też wrzuciła do ognia kiełbaskę.
- Smacznego Bogowie - powiedziała cicho, nie wiedząc, który z nich jest jej rodzicem.
- Robisz za niańkę? - zapytała Włóczykij stojąc za nią.
Po chwili oby dwie poczuły tę samą woń piór i starej książki, a herosi spojrzeli w ich stronę. Vic spojrzała na znak, który świecił nad Lucy.
- O cholera - szepnęła Włóczykij.
Lucy patrzyła przerażona na Victorię, która powiedziała:
- Lucy... wygląda na to, że jesteś moją siostrą.
Pan D. zirytowany rozgonił towarzystwo, które zebrało się w okół nowej.
- Wielkie mi coś, kolejne bachorzątko Nike... no już sio wszyscy! Nie ma na co patrzeć - powiedział po czym zwrócił się do Lucy. - Vanandt... Yh... bla bla bla... jaki to zaszczyt... bla bla bla... córka Nike, hura - wypowiedział każde słowo bez entuzjazmu, po czym wrócił do swojego stolika.
Po śniadaniu Victoria wzięła Lucy na wycieczkę krajoznawczą, która zakończyła się w stajni, gdzie najmłodsze dziecko Nike podziwiało pegazy.
- Co to za konik? - zapytała widząc nietypowo wyglądającego konia o nietoperzach skrzydłach.
- Venora.
- Masz swojego?
- Tsa - powiedziała, przeszła piętnaście metrów. - Ten jest mój. Darkness - otworzyła boks.
Lucy przyglądała się wielkiemu koniowi. Pizduś, którego trzymała też postanowił rzucić okiem. Pegaz miał lśniącą brązową sierść i czarną grzywę oraz ogon.. Zarżał, a kilka boksów dalej Venora wychyliła łeb i też zarżała jakby się z nim witała... albo coś innego. Darkness odrzucił grzywę, przez co niektóre klacze mogły by dostać krwotoku z nosa.
-Lubię konie - stwierdziła Lucy i podeszła do Darkness'a - Czemu jego imię oznacza ciemność?
- Takie mu wybrałam... nie wiem czemu... chyba dlatego, że jestem cieniem.. wolę ciemność i nie lubię być w centrum uwagi.
Lucy przytuliła pegaza.
- Ja też nie - szepnęła tuląc konia.
Wyszły kwadrans później.
- Yh... chodź szybciej, bo się na trening spóźnimy - mruknęła starsza.
- Jasne - odparła młodsza i przyśpieszyła kroku.
Lucy patrzyła na siostrę jak walczyła na noże z jakimś upiornym chłopakiem, a sama siedziała z Pizdusiem pod drzewem. Wiewiór był wyraźnie zainteresowany. Dziewczyna tak jak i chłopak mieli upięte włosy w kucyki, by im nie przeszkadzały. Kitka chłopaka była dłuższa niż dziewczyny. Lucy przyglądała się ich płynnym ruchom.
- Wyglądają jakby tańczyli z nożami - powiedziała do Pizdusia, który był wręcz tym zahipnotyzowany. Spojrzała na prawo, gdzie jakaś dziewczyna strzelała z łuku. Używała dwóch strzał i trafiała w środek lub niedaleko niego do dwóch tarcz. Potem wzięła trzecią i spojrzała na dziewczynkę, posłała jej słaby uśmiech. Lucy rozejrzała się. Je bracia, Terry i Gabriel trenowali również na sztylety, a Dext patrzył co jakiś czas morderczo na nią i rzucał nożami do celu, co mu nie wychodziło. Spojrzała znów tam gdzie trenowała łuczniczka, ale już jej tam nie było, siedziała obok Lucy. Brązowowłosa spojrzała na czarnowłosą.
- Jestem Włóczykij - przedstawiła się.
Lucy nie odpowiedziała, spojrzała znów na siostrę. Jeff trzymał ją od tyłu tak, że nie mogła poruszyć rękoma.
- Wygrałem - odparł z satysfakcją.
Vic prychnęła, a on ją dalej trzymał.
- Ekhem... Jeff... możesz mnie już puścić? - zapytała.
- Co? A tak... - puścił ją.
- Oh... jakie to słodkie... - odezwał się Gabriel. - Tak się przytulają podczas treningu.
- Tak braciszku, oni są tacy....
- Zamknij się, on mnie tylko trzymał - przerwała mu Vic.
- O to chodzi w przytulaniu - zaśmiała się Włóczykij.
- Ale mu się nie przytulaliśmy - upierała się Vic.
- Nie? - zdziwił się Jeff.
Gabriel, Terry, Jeff i Włóczykij się zaśmiali, a Vic zrobiła *faceplam*.
- Nienawidzę was - powiedziała.
- My ciebie też kochamy - odparł Gaba.
- Ale najbardziej Jeff - dodał Terry.
Jonathan spojrzał morderczo na chłopaka Włóczykija.Victoria waliła się łbem o drzewo. Dexter sobie poszedł wielce obrażony, Lucy patrzyła na wszystko w ciszy. Włóczykij się śmiała. Jonathan był różowy.
- Nie zaprzeczaj Romeo, rumienisz się - zaśmiał się Ter.
- Oh dajcie mu spokój, przeżywa wewnętrzne rozterki - odezwał się Gabriel.
- Zabiję cie kiedyś - mruknął Jeff.
- Och daj spokój, na serio... tylko sobie żartujemy - powiedziała Włóczykij.
Ale Jeff już sobie poszedł z Victorią i Lucy. Byli zirytowani. Nie odzywali się do reszty ,,wesołej kompanii'' do obiadu, podczas którego ktoś... ze stołu Posejdona i Nike postanowili urządzić bitw na żarcie. Pana D. w tedy na szczęście ie było, tak samo jak i Chejrona, przyszli dopiero kiedy ta bitwa już trwała więc nie mogli wyłonić sprawcy, a nikt nikogo nie wydawał. Oczywiście nie mogli ukarać całego obozu, więc kazali im tylko posprzątać. Obozowiczom zajęło to godzinę. Oczywiście Afrodyciątka nie chciały brudzić sobie rączek i poszli się umyć. Vic z Lucy pokryte jajecznicą właśnie wychodziły, gdy panna Nie-Lubię-Swojego-mienia- I - Mam - Marchewkę- Na- Głowie podeszła do nich.
- Gniewasz się jeszcze? - zapytała.
- Nie. - odparła krótko z lekkim uśmiechem.
Po chwili dołączyli do nich ,,Pomidorowi Królowie'' ze stolika Nike oraz ,,Król Kartofel II'' od Nemezis z ziemniaczaną peruką na głowie.
Włóczykij, Vic i Lucy poszły się umyć, tak samo jak przedstawiciele płci przeciwnej.
Gdy Vic i Lucy czyste przebrane i przebrane w piżamy siedziały na łóżku tej starszej wrócili ich bracia.
Lucy przytuliła siostrę i z Pizdusiem poszła na swoje łóżko i odraz zasnęła. Victoria gdy tylko opadła na poduszkę również oddała się w objęcia snu.
piątek, 16 stycznia 2015
Rozdział X cz.III
Gdy zasnęła...
Znajdowała się w jakiejś bogato zdobionej sypialni, która zawierała dużo akcentów z tematyki morskiej. Obejrzała się po pomiejszczeniu i ruszyła powoli w kierunku drzwi, kiedy już prawie dotykała klamki, drzwi gwałtownie się otworzyły stanął w nich w średnim wieku mężczyzna ubrany w skórzane sandały, bermudy w kolorze khaku oraz hawajską koszulę. Jego skóra była opalona, z wyglądu przypominał wytrwałego rybaka. Włosy miał czarne, a oczy... mieniły się dwoma kolorami morskim u stalowym, migotały tam wesołe i zaciekawione ogniki. Włóczykij stanęła jak wryta i patrzyła na przybysza z otwartą buzią i wielkimi oczami. Ten widząc jej minę uśmiechnął się szeroko, zamknął za sobą drzwi i usiadł na sofie zdobionej bursztynem i patrzył intensywnym wzrokiem na dziewczynę.
-Kkim jesteś? -zająkała się lekko pytając. - I co ja tu robie?
-Jesteś w pokoju gościnnym w moim pałacu-Wyjaśnił. Po chwili myślenia, uśmiechnął się smutno i dodał- Podobnaś do matki.
Zrobiła niedowierzającą minę i podeszła szybkim krokiem do kanapy i usiadła na niej obok rybaka.
-Znałeś moją matke?! Odpowiedz!-Zarządała. Ten widząć jej postawę zdziwił się przeogromnie. Chyba nie wiedziała do kogo mówi ...
-Znałem. Bardzo dobrze znałem... Ale niestety nie mogę ci o niej mówić. To...zakazana miłość. Zostałem surowo ukarany za zadawanie się z nią. Ja z innego świata i ona. Przysięgniłem na Styks, że nie będę o niej tobie opowiadał. Wystarczy, że pozostawiła po sobie stałą pamiątkę. -Spojrzał znacząco na dziewczynę. -Teraz już wiesz kim jestem Meriel?
Przez chwilę milczała łącząc wątki. Lecz po chwili dostała olśnienia.
-Tata? Posejdon?
Uśmiechnął się ponuro.
-Przypominasz ją, choć rysy twarzy i oczy masz po mnie.
-Czemu... czemu dopiero teraz mi się ukazujesz? Żadnego znaku, nic. Wiesz co ja przeżywałam u ciotki?! Ona o mnie nie dbała wogóle! Nawet jako dziecko oddawała mnie do sąsiadki. Nigdy nie poznałam ciepła rodzinnego...-Z jej oczu popłynęła samotna łza. Posejdon starł ją kciukiem i najzwyczajniej w świecie przytulił. Pachniał morzem. Oderwała się od niego i spojrzała ojcowi w oczy, które wyrażały troskę.
-A tak wogóle to po co mnie tu sprowadziłeś?-Spytała.
-By porozmawiać twarzą w twarz, a raczej poznać. I dać ci pewien podarek... a mianowicie mgłę z oczu i będą ci się one mocno jarzyć. Pod wpływem silnych, negatywnych emocji z twoich oczu będzie wydobywać się mgła.A jak to będą ci się tylko jarzyć... to są to pozytywne emocje. I nie, nie zdradzę w jaki sposób to będzie działać. To będzie zagadka.-Uśmiechnął się cwanie i dodał-Zaraz się obudzisz... muszę tylko dodać iż musisz poznać swoich braci.-Uśmiechnął się. Obraz zaczynał się powoli zamazywać, a gdy prawie już nie widziała swojego taty usłyszała.
-A może w moim kolorze włosów będzie ci lepiej?
Otworzyła szeroko oczy, gdy poczuła, że zlatuje z łóżka na twarz. Wstała pocierając nos i przeciągnęła się rozkosznie. Zmarszczyła nagle brwi przypominając sobie sen, ojca, rozmowe, podarunek... Właśnie podarunek! Jednym susem doskoczyła do lustra i pierw spojrzała na swoje włosy, które były...czarne jak włosy Posejdona! A oczy... normalnie. Uczesała się szybko swoje włosy, które za każdym razem układały się inaczej. Ubrała się w pierwsze lepsze cichy i wybiegła ze swojego domku na osłonecznione podwórko. Była pora śniadania. Jak burza, pędem ruszyła w stronę jadalni, wpadła gwałtownie przez drzwi, potykając się o próg i przy okazji ściągnęła na siebie uwagę wszystkich osób w pomieszczeniu. Uśmiechęła się szeroko.
-No cześć wam.-Odpowiedziały jej prawie wszystkie osoby. Usiadła przy swoim stoliku i od razu zabrała się za jedzenie.
Szybko uporała się z potrawą, pijąc rozglądała się po twarzach zgromadzonych, widziała radosne twarze, roześmiane, ale jedna osoba przykuła jej uwagę, od niej namacalnie emanował smutek. Jonathan. Spoglądała tak na niego sącząc sok, aż nagle ich spojrzenia się spotkały. Chłopak jeszcze bardziej posmutniał i odwrócił wzrok, wybijając go w talerz. Powinna z nim pogadać... już od dawna się na niego nie złościła, po prostu jej duma ucierpiała by. Jeff szybko wstał od stołu i skierował się ku dworowi. Włóczykij szybko odstawiła szklankę i pobiegła za panem Jockerem. "Chrzanić ego" powiedziała sobie w duchu.
-Ej, Jeff! Jeff!-Wołała za nim lecz ten uporczywie szedł dalej- Storm do cholery!
Zaskoczony odwrócił się, pierwszy raz ktoś powiedział do niego po nazwisku, Włóczykij biegła w jego stronę. Dostała minimalnej zadyszki.
-Tak?-Spytał uprzejmie.
-Ja..ja..-Zrobiła niezadowolony grymas, nie lubiła przepraszać- Przepraszam...-Mruknęła.
Zrobił zdziwioną minę, tego się nie spodziewał.
-To raczej ja powinienem przeprosić. To ja...- Zakryła mu usta ręką uciszając jego dalszy monolog.
-Zamknij się już- Zaśmiała się szczerze i przytuliła się przyjacielsko, szczęśliwy że odzyskał przyjaciółke, uśmiechnął się szeroko i odwzajemnił uścisk. Odsunął ją od siebie i spojrzał nań.
-Eee... czemu lekko ci oczy..eee się tak błyszczą?-Wyciągnęła z kieszeni podręczne lusterko i przejrzała się. Faktycznie. Jej oczy stały się świecące. Spojrzała na Jeff'a, który miał niezrozumiałą minę i opowiedziała mu swój sen. Ufała mu, tak samo jak Olafowi.
-I co o tym sądzisz? -Spytała gdy skończyła opowiadać.
-Dziwne, że wogóle cie dotknął. Bogowie zazwyczaj nie okazują uczuć względem swoich dzieci...-Porozmawiali jeszcze chwilę, a potem Włóczykij pożegnała się i skierowała ku stadninie. Miała zamiar dzisiaj wypuścić Venore, nie może być ciągle zamknięta. Szła szybkim marszem nucąc wesołą melodnie, gdy weszła do stajni zauważyła Victorie.
-Ooo, kogoż moje oczęta widzą! Panna-Córka-Nike we własnej osobie.-Uśmiechnęła się.
-A to ty...cześć Panno-Zwiej-Mnie-Włóczykij. -Odwzajemniła uśmiech.
-Jak się czujesz?
-Bywało lepiej, ale nie narzekam. Słyszałam, że ty z moim bratem, ta?
-Tak wyszło-Włóczykij podrapała się po głowie. -Ide z Venorą pospacerować. Idziesz z nami?
Vic wahała się, w sumie czemu by nie... polubiła Włóczykija.
-No dobra... -Nie dokończyła, ponieważ dziewczyna zniknęła w ostatnim boksie. Po chwili już wychodziła ze swoim pegazem.
-To ja czekam na zewnątrz. -Oznajmiła. Gdy razem z pół koniem podeszła do wysokiej trawy, Venora z rozkoszą rozprostowała swoje nietoperzowe skrzydła.
-Yhh w końcu.-Mruknęła.
-Nie dziwię się. Nie chciałabym być ciągle zamknięta.
-Dlatego jestem ci stokroć wdzieczna Meriel.
-Skąd znasz moje imie?
-Jak ty słyszysz moje myśli, to daleczego ja twoich nie moge? Hmm? Dobra daj mi się nacieszyć o i pogadam sobie z Darknessem...
Włóczykij tylko prychnęła pod nosem i razem z Vic, która w między czasie doszła, poszły na spacer gadając wesoło.
Nie liczyły czasu, ale wiedziały że opuściły porę obiadową. Postanowiły odprawić konie spowrotem do swoich mieszkanek i razem pójść na kolacje. W połowie drogi spotkały Terrego, który przywitał się z Włóczykijem czułym pocałunkiem w usta, na ci Victoria prychnęła.
-Gdzieś ty była cały dzień? Szukałem ciebie.-Spytał i wyjaśnił krótko.
-Eem.. zeszło mi troche czasu jak z Jonathanem gadałam... a potem byłam z Hurtownią na spacerze.-Uśmiechnęła się ironicznie. -A to jakaś spowiedź?
-Nie nie. Skądże. -Obiął ramieniem swoją dziewczynę- Zmieniłaś znowu kolor-Stwierdził.
-Problem?-Warknęła.-Vic usiadziesz może ze mną, hmm?
-Wybacz, ale musze z moimi dziecinnymi braćmi usiąść i ich znosić. -Terr zrobił oburzoną minę. Po chwili cała trójka zaśmiała się. Gdy weszli do stołówki i każdy z nich usiadł na swoje miejsca, czekali aż dostaną sztućce i talerze. Włóczykij zdecydowała się na pierogi...
W połowie jedzenia przyszedł i usiadł obok niej Olaf.
-No witam Włóczykija. I smacznego- Dodał.
-Dzięki Olafie. Cóż cię do mnie sprowadza? -Zapytała oficjalnie. Zachichotał cicho.
-A nic ciekawego, nowego...
-Jak to nic nowego? Końcówki znów na niebiesko pofarbowałeś!-Przerwała mu.
-Ooo, jednak zauważyłaś.- Lekko mu usta drgnęły w uśmiechu.-Wiesz Lytos ponoć znalazł kolejnego herosa.
-Tak? Fajnie. -Po chwili jednak wstała, wzięła jednego pieroga i wrzuciła go do ogniska.-Smacznego tato-Mruknęła bardzo cicho i po chwili dało się wyczuć zapach morza.
-Dla ojca?-Spytał Olaf, gdy już wróciła na miejsce.
-Tsa, miałam ostatnio sen...-I zaczęła opowiadać mu to samo co Jeffowi.
-Zadziwiające...-Miał zdziwiony wyraz twarz-Takie coś to rzadkość. Mówię ci!
I tak im minął wieczór, na rozmowach.
* * *
#Włóczykij
Proszę o pozostawienie komentarza.
Iryfon
P.s. Prosimy o pozostawieniu po sobie znaku w postaci komantarzu.
~~~
#Włóczykij
~Zakrwawiony Kapturek
piątek, 2 stycznia 2015
Rozdział X.czII
Na następny dzień wybrali się z samego rana na zakupy. Soho, największy obszar handlowy w Nowym Jorku. To właśnie tam postanowili się udać, Włóczykij i Olaf. Szaleli w tym miejscu jak dzieci, pomijając fakt, że satyr mało co nie utopił się w fontannie i towarzyszka została jego bohaterem fontannianym. Spędzili tam większą część dnia. Gdy po jakimś czasie, samochodem Olafa, wrócili do obozu, akurat była pora obiadu. Satyr wyciągnął swoje torby z bagażnika i zaczekał aż to samo uczyni dziewczyna. Gdy się rozkosznie się przeciągnęła, zabrała swoje torby i spojarzała na pół kozła, mówiąc.
-Dzięki że chciałeś ze mną pójść na zakupy-Uśmiechnęła się promiennie, a w jej oczach zagościły charakterystyczne iskierki radości.
-Czysta przyjemność panno Włóczykij-Przytulił ją do siebie przyjacielsko, myśląc, że naprawde zyskał prawdziwego przyjaciela.-Do zobaczenia, muszę iść zameldować się Chejronowi, że już jesteśmy. Trzymaj się. -Pożegnał się pod jej domkiem.
Dziewczyna jeszcze chwilę patrzyła za Olafem, by po chwili razem z zakupami wejść do swojego domu i rozładować pakunki. Kupiła około: piętnastu koszulek, kilka par spodni, buty, moc skarpetek, niezbędne kosmetyki, gumki i wsówki do włosów, kilka książek szczegółowych o mitologii greckiej, czarną połówke ying-young a drugą miał Olaf, plakat zrobiony na zamówienie który zawierał trójząb w kolorze bieli i na to czarne tło, malinową pomadke do ust, no i oczywiście najwięcej kupiła farb do włosów. Paleta kolorów naturalnych jak i tych kreatywnych. Wszystko to spakowała do swojego kufra, o dziwo wszystko się zmieściło, a nawet zostało troche miajsca. Poprawiła włosy w lustrze i skierowała się do stołówki. Oczywiście, jak to już miała w zwyczaju, witała się z każdym spotkanym wesoło, uśmiechając się przy tym. Kiedy usiadła przy swoim stole od razu dostała talerz, sztućce i szklanke. Postanowiła dzisiaj sobie zjeść pizze i wypić wode z domieszką nektaru. Sporzywając posiłek zauważyła, że przy stoliku Nemezis siedzi tylko Ravi, który, o dziwo, jadł jakąś zupe. Włóczykij uniosła jedną brew ku górze, zastanawiając się gdzie jest Jeff. 'Po co się nim przejmujesz?' 'Bo to twój przyjaciel...' 'A ty to kto?' 'Jestem twoim sumieniem, rozbrzmiewam z wewnątrz ciebie.' 'Raju, mam mówiącą mrówke w sobie' 'Nie jestem żadną mrówką, herosie! Jestem tutaj by ci doradzać...' 'Jak narazie, to sprawiasz, że mam ochotę sięgnąć po jakieś leki na migrene' 'Pfff jak sobie chcesz. Ale powinnaś przebaczyć Jonathan'owi, nie zrobił tego specjalnie...' 'Zastanowie się, a teraz spadaj mrówko.'
-Ej ej ej ej ej ej ej ejjjj!-Ktoś natarczywie szturchał ją w ramie. Otrząsnęła się z zamyślenia i spojrzała na wybawiciela. Terry.
-Zawisiłaś się-Bardziej stwierdził niż spytał-O czym tak myślałaś?
-O Jeff'ie...-Mruknęła cicho, gdy ten dosiadł się obok niej.
Kiedy to usłyszał, natychmiastowo zrzedła mu mina. Lekko się wachając i przemyślając fakt, że za to pytanie może mu się oberwać, spytał.
-A ty z Jeff'em to tak na poważnie?
-Ale, że o co chodzi?-Rozkojarzyła się.
-No bo... niektórzy twierdzą, że jesteście razem... iii ja nie wiem czy to prawda, dlatego chciałem się dowiedzieć. A poza tym nie chciałbym byście eee... to wy jesteście razem?-Zrobił niewyraźną minę. Widząc jak się wypowiadał i jego minę, zachichotała uroczo, patrząc w jego piwne oczy, pomyślała 'Jest jak niewinny kotek, gdy gada bez sensu i robi tą minkę..' 'Podoba ci się...' 'Zamknij sie mrówo!'
-Eee Włóczykij?
-Co, a, tak, przepraszam, znowu się zawiesiłam...-Wybełkotała rumieniąc się. 'Urocza.' pomyślał Terry.- Jeff jest dla mnie jak rodzeństwo, siostrunia-Zażartowała z niego w ten sposób ponieważ miał dłuższe włosy od niej samej. Syn Nike uśmiechnął się szeroko jak to usłyszał i nie myśląc zbyt wiele, zaproponował.
-To może się gdzieś przejdziemy?
Rozważając opcje za i przeciw, Włóczykij zgodziła się, ale stawiła warunek, że musi się przebrać. Po kilku minutach marszu dotarli pod domek numer trzy i dziewczyna weszła do środka zostawiając chłopaka na zewnątrz. Podtruchtała do drewnianej skrzynki i wyjęła z niej zielony podkoszulek z wcięciem w kształcie trójkąta, krótkie dżinsowe spodenki i postanowiła zdjąć glany, zastępując je granatowymi nike'ami. Po zawiązaniu butów, podeszła do lustra i uczesała swoje,wyblakłe już ombre, włosy w wysokiego kita. Zerkając ostatni raz w lustro, wyszła do chłopaka. Kiedy ją ujrzał w jego oczach mogło się wyczytać zachwyt.
-To gdzie idziem?-Zapytała.
-Hmm może nad jezioro? Co ty na to?
-Z chęcią.
Kierując się w stronę akwenu, rozmawiali wesoło co jakiś czas wybuchając śmiechem.
-A jak tam siostra?-Zadała nurtujące ją pytanie.
-O wiele lepiej. Zaczęła narzekać, a to dobry znak. Siedzi u niej ten cały Storm.-Uśmiechnął się lekko.-A ty czemu jej nie odwiedzasz?
-Byłam u niej raz... ale to w dniu incydentu było. Zdaje mi się, że ona za mną nie przepada.
-Za tobą? Bogowie dajcie cierpliwość, ciebie nie da się nie lubić kobieto. Vicia jest po prostu zbyt poważna. Ale też potrafi się ostro zabawić, jak na córkę Nike przystało.
Dotarli do jeziora, postanowili usiąść sobie na kładce od strony lasu.
-Ciesze się, że tu trafiłam.-Wyrzuciła z siebie. -Zakochałam się w tym miejscu, ludziach, zajęciach sportowych... we wszystkim co tutaj jest.
-Ale nie widziałaś wszystkiego! Pola truskawkowe, domek Afrodyty, Nike, Hekate, Hebe...-Zaczął wymieniać po kolei domki i różne inne miejsca w których nie była. Zirytowana i znudzoba jego ględzeniem, zepchnęła go z kładki prosto do jeziora. Kiedy wypłynął na powierzchnie odgarnął z oczu swoje włosy i spojrzał wściekły na Włóczykij, która zwijała sie ze śmiechu. 'To tak grasz mała...'
-Ha.ha bardzo śmieszne. A teraz z łaski swojej mnie wyciągnij-Wynużył lewą rękę w jej kierunku czekjąc na pomoc.
-Stary numer. Myślisz, że jestem tak naiwna by nie domyśleć się, że mnie wciągniesz, gdy tylko złapiesz moją dłoń? -Spojrzała zirytowana.
Zaklnął w myślach swoją naiwność, ale...
-Obiecuje, że nie wciągnę ciebie.
-Jasne, jasne.
-Nie ufasz mi?-Spytał patrząc jej głęboko w stalowe oczy.
-Ufam, ale...
-No to mnie wyciągnij.
Niepewnie chwyciła dłoń chłopaka i pociągnęła. Kiedy stanął obok dziewczyny, zauważył lekki szok. Uśmiechnął się rozbrajająco i pchnął dziewczynę z całej siły prosto do wody. Zła, bardzo zła próbowała wypłynąć na powierzchnie, ale zaplątała się w wodorosty. Spanikowana rozglądała się dookoła, widząc wszystko dzięki czystej wodzie, szukając nimf, ale te jak na złość były na drugim końcu akwenu i plotkowały z córkami Afrodyty.
Kończyło jej się powietrze, a jeszcze nie zdołała się rozplątać. Owszem umiała perfekcyjnie pływać, ale na co to kiedy owija cie ziele niczym boa? No właśnie. Wyczerpała limit ilości tlenu w płucach i automatycznie zaciągnęła się nosem. Spodziewała się wszystkiego, ale nie tego, że będzie oddychać pod wodą niczym ryba! Zszokowana, przypomniała sobie o ojcu, jego mocach. Czy ona także...
Skupiła się na wodzie która ją otaczała... i TRACH wodorosty przeciętne nożem z tworzywa wodnego. Zachwycona to mało powiedziane, nie da się opisać uczyć, które teraz czuła. Po chwili niczym gejzer wyskoczyła z wody i spadła na równe nogi obok przestraszonego chłopaka. Ku jej ogromnemu zdziwieniu, chłopak przytulił ją do siebie mocno.
-Tak sie bałem. Ja nie umiem pływać, gdy mnie wrzuciłaś do wody wylądowałem na kamieniu, na którym stałem. Przepraszam. -Mówił jej prosto do ucha. Odsunęła się od niego delikatnie, lekko zarumnieniona.
-Jestem córką Posejdona pamiętasz? -Uśmiechnęła się lekko.
Ten znowu się do niej przytulił.
-Na tą chwilę zapomniałem.- Odchylił głowę i pocałował ją w policzek, bardzo blisko ust. Mocno rumieniąc się oderwała się od chłopaka i spojrzała na swoje i jego ciuchy.
-Przez ciebie wyglądam jak zmokła kura.
-Ale ładna kura-Palnął patrząc ślepo na biust, który był o wiele bardziej widoczny. Podążyła za jego spojrzeniem i z szybkością pioruna poprawiła bluzkę, bo było widać jej prawie cały stanik.
-Zbok! -Krzyknęła i nawet nie żegnając się pobiegła przebrać się do swojego mieszkania. Tym razem ubrała męską, czarną bluzkę z białą pacyfką i długie legginsy w kolorze popielatym. Wzięła jasnozieloną farbe do włosów i wyszła z domu, kierując się ku łazienkom. Zeszło jej troche czasu aż w końcu osiągnęła zamierzony efekt. Teraz poczekać aż wysnchą. Wyszła z pomieszczeń i siadła na trawniku, opierając się o drzewo. Chciała chwilę pomyśleć, o mamie której nie znała, o Terrym, o Vic i relacjach z nią, o Venorze i osobach które tutaj poznała, o braciach których miała poznać. Jednak jej myśli ciągle odbiegały na tor matki. Kim ona była, jest? I gdzie jest. Czemu nie jest z nią. Siedząc tak, wybudziła się z amoku, kiedy zobaczyła, że słońce zachodzi. Nie chciała iść na kolacje. Zamierzała się przejść, tym razem myśląc bardziej o Terrym. Ładny był? Tak. Lubiła go bardzo? Tak. On chyba ją też? Chyba tak.
-Czemu nie jesteś na kolacji?-Spytał ktoś z cienia drzew.
Wzdrgnęła się lekko i odwróciła do mówcy, z łatwością rozpoznając głos chłopaka.
-A co? Stęskiłeś się? -Zakpiła, patrzac na Terr'a jak podchodził do niej.
-Być może-Uśmiechnął się tajemniczo.-O czym tak myślałaś, że nie widzisz gdzie idziesz i prawie na skraj terenu obozu doszłaś?
Rozejrzała się, faktycznie. Niedaleko, ledwie co dojrzała sosne Thalii.
-O tobie.-Palnęła, zanim zdążyła ugryźć się w język. Uniósł brwi ze zdziwienia.-A ty co tutaj robisz?
-Dzisiaj mam tutaj warte razem z Gabą, moim bratem.-Wskazał na chłopaka o ciemnych włosach, który krążył dużo dalej od nich. Spojrzał głęboko w oczy towarzyszki.-A więc myślałaś o mnie Włóczykiju?
-Nie zaczyna się zdania od więc Bucie. -Skrzywił się gdy usłyszał swoje przezwisko nadane przez nią.-A poza tym co cie to interesuje?
-Nooo booo, myślisz o mnie, to chyba jasne, że ma prawo mnie interesować. To jak?-Przybliżył się znacznie do dziewczyny, która próbowała się wycofać, ale niestety natrafiła na drzewo i nie miała możliwości ruchu. Oparł swoje ręce po obu stronach jej głowy, tak by nie mogła uciec. Mogła posłórzyć się swoimi umiejętnościami w Judo, ale tak była obezwładniona przez uczucia, że nie potrafiła. Ten korzystając z jej rozkojarzenia, przysunął się maksymalnie do niej i oparł czoło o czoło dziewczyny.
-To powiesz o czym, o mnie, myślałaś?
-Za ciekawość zginiesz w Podziemiu.-Pisnęła. Miała słabość do chłopaków, którzy jej się podobają.
-Ale zanim tam się ugotuje...
Musnął delikatnie jej wargi czekając aż odwzajemni czyn. Nieśmiało to uczyniła, a ten korzystając, śmialej ją już całował. Trwali tak kilka minut, a może nawet więcej? Odwzajemniała chłopaka pocałunki, a gdy już obojgu skończyło się powietrze w płucach, oderwali się od siebie, ale nadal stykali się nosami.
-Ccoo to miało być? -Spytała ostro, przytomniejąc i patrząc na niego z lekką złością. Wykorzystał jej słabość, tak łatwo to wykorzystał.
-Oddawałaś pocałunki Włóczykiju-Uśmiechnął się lekko. W sumie jej to się podobało. Nie odepchnęła go, ani nie ugryzła mocno w warge by przestał. Tak, spodobało się, spodobało.
-Kurde.-Zaśmiał się lekko, całując ją lekko w nosek. Zirytowana odepchnęła go i szybkim marszem odeszła. Zaskoczony stał nie wiedząc co robić.
-Te stary, biegnij za nią, jesteś synem Nike czy nie? -Zawołał Gabriel, widząc ich poczynania. Nie myśląc, posłuchał sie starszego brata i pobiegł za dziewczyną.
Była już prawie przy swoim domku, nikogo gdyż za kilka minut była cisza nocna.
-Włóczykij! -Krzyknął. Nie odwróciła się, ale zatrzymała się. Obrócił ją twarzą do siebie i po prostu przytulił. Zbita z tropu odwzajemniła lekko przytulasa.
-Czemu uciekłaś?-Spytał. Milczała, no bo co mu miała powiedzieć? Że ma słabość do ciemnych oczu? No właśnie.
-Zostaniesz ze mną? -Spytał lekko, widząc że się znów zmieszała, dodał-Moją dziewczyną będziesz? -Lekko zaskoczona, uśmiechnęła się. 'Czemu by nie spróbować? ', pochyliła się i lekko cmoknęła go w usta.
-Taka odpowiedź zadowala Bucie?-Zachichotała widząc jego minę.
-W zupełności. -I ponownie wbił się w malinowe wargi Włóczykija. Chwila prywatności nie trwała długo, gdyż rozległy się dźwięki harpii, które miały pilnować by nilt nie uciekł i nie wałęsał się po obozie.-Muszę już iść do zobaczenia jutro słonko-Jeszcze raz cmoknął ją i pędem ruszył na straż. Lekko uśmiechnięta weszła do domku, przebrała sie i weszła do chłodnego łóżka zapadając w sen. Dzisiaj nie miała normalnych snów ...
* * *
.
Czytasz-Komentarz.
(Będzie jeszcze 3 część... szykujcie się śmiertelnicy ;') )
#Włóczykij.