piątek, 28 listopada 2014

Rozdział VII



Victoria straciła apetyt. Wyszła.
- Córka Posejdona -  prychnęła idąc w stronę domku numer siedemnaście. - Już bardziej nie dało się zrujnować tego wieczoru - mruknęła pod nosem i spojrzała w górę na niebo przybierające granatową barwę.
-Czemu za mną idziesz? - odwróciła się.
-Nie zamierzałem słuchać jak o niej szepczą - mruknął. - Trochę mi jej szkoda - przybliżył się do Victorii. - Pamiętam reakcje twoich braci kiedy pojawił się nad tobą, pięć lat temu, symbol Nike.
-Gabriel i Terry wzięli mnie na ręce i podrzucali - uśmiechnęła się pod nosem. - Potem pojawił się Dexter.
-Przybyłaś do obozu miesiąc po mnie - powiedział. - Nie zmieniłaś się przez te pięć lat, wciąż tak samo piękna i zabójcza.
Dziewczyna się zaśmiała, zarazem czując skrępowanie.
- Lubie twój uśmiech, czemu tak rzadko się uśmiechasz?
-Zazwyczaj nie mam powodu by się szczerzyć- odparła.
Alex dotknął dłonią jej policzka. Poczuła, że się czerwieni. Chłopak nachylił się nad nią i delikatnie wargami musnął jej usta, po którym nastąpił długi pocałunek. Stała chwilę spięta. ,, Cholera, Lily mnie zabije jeśli się dowie'' - pomyślała. Dobrze wiedziała, że jej jedyna przyjaciółka jest zauroczona w Alex'ie, natomias Victoria miała inny obiekt westchnień. A jednak nie zamierzała przerwać tego co właśnie miało miejsce. Złapał ją w tali, a ona położyła swoje ręce na jego ramionach.
Odkleili się od siebie, jednak stróżka śliny znajdowała się pomiędzy ich ustami, po chwili zniknęła. Nawet nie zauważyli jak jedenastoletni syn Nemezis przyglądał im się od początku, a potem przyłączyła się do niego Lily, która wracała z kilkoma innymi herosami z kolacji.
Victoria dostrzegła ją kątem oka i dała w pysk synowi Ateny. Ravi pobiegł do swojego brata Jeff'a, by mu o wszystkim powiedzieć. Lily przeszedł lekki szok i teraz była wściekła na swoją przyjaciółkę. ,,Jak ona mogła się z nim całować?!''  - jej myśli buzowały.
Córka bogini tęczy odwróciła się, a idąc do swojego domku rzuciła przez ramię:
- Nienawidzę cię Gloom!
Victoria spojrzała Alex'owi w oczy.
-To bolało - mruknął.
-Wiem - odmruknęła.
-Co się stało?
- Em... no więc... na twój widok Lily zapominała, jak się oddycha - odparła.
Chłopak posłał Vic uśmiech.
-Tylko, że ja gdy widzę ciebie, a nie ją, mam krwotok z nosa - wyszeptał znów dotykając wargami jej warg. - Odprowadzę cię - mówiąc to objął ją w tali i razem udali się pod domek numer siedemnaście.
On ją chciał, a ona kogoś innego, kto pewnie i tak na nią nie spojrzy. W towarzystwie tego drugiego czuła się lepiej niż przy Alexandrze.
-Dobranoc - powiedział gdy byli przed jej domkiem.
-Dobranox - odparła, zawsze mówiła z końcówką ,,x''.
Dziewczyna poczuła cmoknięcie na policzku. Weszła po schodach i zniknęła za drzwiami.
-Bierz to co dają Bogowie - wymamrotała pod nosem wciąż myśląc o Alex'ie i Jonathanie.
Położyła się na łóżku, a jej bracia zjawili się po kilku minutach. Najstarszy Gabriel, o dwa lata młodszy od niego Terry i trzynastoletni Dexter. Każdy z nich opadł na swoje "legowisko".
- Nasza mała siostrzyczka ma chłopaka - Gabriel posłał jej znaczący uśmiech.
- Daj jej spokój Gaba - odezwał się Ter. - Jest już przecież dojrzałą kobietą - obydwaj wymienili się znaczącymi spojrzeniami.
-Ten Alex jest całkiem ładny - mruknął najmłodszy. - Pasuje do ciebie Viciu - zaśmiał się wraz z resztą braci.
Dziewczyna prychnęła.
-Jesteście okropni.
-Za to nas kochasz siostrzyczko - powiedzieli wspólnie.
Przewróciła oczami odwracając się do nich plecami.
Następnego dnia miała podczas treningu Chejron kazał jej walczyć z Włóczykijem.
Po chwili córka Posejdona leżała na ziemi pozbawiona sztyletów. To samo było dwie godziny potem, gdy trenowali z mieczami.
-Umiesz cokolwiek - zapytała sucho Vic.
- Strzelać z łuku - odparła.
-W przeciwieństwie do moich braci nie jestem sportsmenką, ale jestem dobra w każdej konkurencji i każda wydaje mi się łatwa - prychnęłam. - Chejron mówił bym nauczyła cie władać mieczem, od tego będzie zależeć twoje życie...
Vic poczuła na sobie czyjeś spojrzenie.
Odwróciła się w chwili gdy Lily wymierzała w nią mieczem. Victoria nie zdążyła zareagować i po chwili miała przecięte obydwa policzki. Padła na ziemię.
-Ciekawe czy nadal podoba mu się twój uśmiech.
-Ty głupia suko - syknęła dziewczyna z twarzą ociekającą krwią i podniosła się chwiejnie na nogi.
- Jak mogłaś mi to zrobić? Przecież wiedziałaś, że mi się podoba - warknęła.
-Nie mam wpływu na to co ON czuje! - odparła spokojnie córka Nike.
-Ale to odwzajemniłaś szmato! - teraz każdy się na nie patrzył.
-Lily uspokój się - wtrącił się Chejron.
Spojrzała na niego morderczo, rzuciła mu ostrze pod kopyta i niespodziewanie wyciągnęła swój sztylet i wbiła go swojej byłej przyjaciółce w brzuch, dziewczyna nie była przygotowana na takie pchnięcie. Wyciągnęła ostrze ze swojego ciała i przebiła nim na wylot ramię Lily po czym zemdlała. Przed bliskim zbliżeniem z ziemią uchronili ją Jeff i Włóczykij.
-Zabierzcie ją szybko do izby chorych, ja zajmę się tym herosem- powiedział Chejron, a oni zrobili to co mu kazał centaur.

***

Victoria obudziła się na szpitalnym łóżku, chciała wstać, ale ktoś położył jej dłonie na ramionach.
-Rana ci się otworzy - usłyszała głos Jeff'a.
Chwilę trwało zanim go dostrzegła, po przebudzeniu miała mroczki przed oczami.
-Hej - wymamrotała.
-Dzień dobry śpiąca królewno - uśmiechnął się do niej, a ona to odwzajemniła i poczuła pieczenie ma policzkach.
-Teraz macie taki sam uśmiech - Włóczykij zaśmiała się, siedziała na sąsiednim łóżku, podczas gdy Jeff na tym co Vic.
-Jaki uśmiech? - zapytała wciąż przymroczona.
Córka Posejdona podała jej lusterko. Ten widok obudził Victorię całkowicie i dotarło do niej jakim sposobem dostała się do izby chorych.
-Co z Lily? - zapytała.
-Potem ci powiemy - odparł Jonathan.
-A Alex?
- Hah, był tylko zauroczony... obrzydził go twój uśmiech - powiedziała dziewczyna.
-To dobrze, nic do niego nie czułam - spojrzała na Jeff'a. - Jak ci się podoba? - wskazała na twarz.
-Przynajmniej teraz będziesz zawsze uśmiechnięta ponuraku - powiedziała szybko Włóczykij widząc zmieszanie chłopaka. -Powinnaś jeszcze odpocząć.
- Dziękuję wam - powiedziała Vic zapadając w lekki sen.

~Zakrwawiony Kapturek
Daj komentarz ;) 

wtorek, 25 listopada 2014

Rozdział VI cz.II

Zbliżał się koniec obiadu,  więc obozowicze musieli wrócić do swoich wcześniejszych zajęć. Victoria podniosła się wolno ze swojego miejsca i skierowała się do stolika Bogini Zemsty.
-Choć Nowa, oprowadzę ciebie po obozie. No ruchy, nie zamierzam zmarnować całego dnia.-Powiedziała suchym tonem.
-No już,  już ide. Do zobaczenia Jeff- uśmiechając się,  przybiła z nim 'męską' piątkę. 
Córka Nike uśmiechnęła się w stronę chłopaka i po chwili wyszła ze stołówki wraz z Włóczykijem.
Victoria oprowadzała 'Nieokreśloną' po całym obozie. Zaczynając od Wielkiego Domu, a na końcu odwiedziły  Stajnię pegazów.
-To jest stajnia. Raz lub maksymalnie trzy razy są zajęcia z latania w tygodniu. Jest tutaj około 20 pegazów. Ja posiadam własnego ogiera, Drakness'a. Może wejdziemy?-Zaproponowała Vic zmęczonym głosem. -Masz tutaj ponumerowane
boksy, Dark jest pod numerem 5, a pod numerami..-tłumaczła- No i ostatni boks.., za tym pegazem, nie przepadają, jest niemiła, wredna, kopie strasznie. Dlatego nią zajmują się harpie.
-Mogę ją zobaczyć? -zapytała Włóczykij.
-Jeśli ci życie miłe... a zresztą chętnie popatrze.
Włóczykij weszła ostrożnie do pomieszczenia i ujrzała piękna klacz. Miała nietypowe, nietoperze skrzydła, maść koloru jasnego grafitu oraz jaskrawo białą grzywę i ogon. Gdy kobyła skierowała swój wzrok na 'intruza' nie zareagowała, tylko patrzyła się na jej poczynania.
-Hej malutka.-powiedziała miłym głosem,  wyciągając rękę w stronę pegaza. Ta nań spojrzała podejrzenie i ostrożnie podeszła i obwąchała rękę.
"No nie jestem taka malutka jak się zdaje"~ usłyszała głos w swojej głowie.
-Co do czorta?!-Spojrzała na klacz.-To ty?
Koń pokiwał głową lecz już się nie odezwała.
-Dasz się wyczyścić? Masz posklejaną sierść ...-Zapytała Włóczykij.
Kobyła parsknęła, co chyba oznaczało "Tak". 'Nowa' wyszła z boksu i ruszyła ku półce z szczotkami. Wracając zobaczyła zdumioną Victorie, która zapewne nie dowierzała, że wogóle dotykam tego pegaza. Uśmiechnęła się zwycięsko 'Nieokreślona' i wróciła do klaczy, by ją oczyścić.
-Córko bogini fajnych hurtowni z butami, jak ona ma na imię?
-Serio? Hurtownia z butami-rzekła lekko zirytowana- To jest klaczka Venora, posiada jakąś moc, ale ja nie wiem jaką... wie to tylko Chejron-odpowiedziała- A propo centaura! Zaraz jest godzina 17, wiec za około 2 godziny jest kolacja, ale ty masz iść o 18 do Chejrona na rozmowę. A potem na kolacje, skumałaś?-mówiąc to ziewnęła- A ja wracam do domku, by odpocząć.  Jak będziesz wychodzić to zamknij boks i dzwi do stajni. A potem sama się poszwędaj po obozie, nie wiem poznaj kogoś. Na mnie czas. Hej-wyszła szybko z pomieszczenia.
-No to zostałyśmy same droga Venoro. -po chwili milczenia-Chejron, centaur, to brzmi dziwnie... i ciekawe kto to..-mówiła do siebie. Po dłuższym czasie spędzonym z Venorą, którą bardzo polubiła, skierowała się ku jadalni, ponieważ dochodziła godzina 19. Niemożliwe,  że tak długo się zasiedziała w stajni. I na dodatek kompletnie zapomniała pójść do Chejrona! "Kurde"-pomyślała. Za pięć siódma,  przyspieszyła kroku, aby po chwili biec ku stołówce. "Udało się,  przynajmniej tutaj jestem na czas", podeszła ku ognisku, gdzie się wszyscy zebrali i wyrzucali po kawałku swojej porcji do ogniska. Włóczykij oddaliła się kawałek od zbiorowiska i uklękła by zawiązać buty. Nagle w koło zrobiło się cicho, przerażająco cicho. Dziewczyna podniosła głowę i spojrzała na towarzyszy, każdy patrzył w jej stronę lecz nie w oczy, tylko na coś nad jej głową. Zaciekawiona spojrzała w górę i ujrzała zielony trójząb, który powoli znikał. Po chwili już go nie było,  teraz każdy patrzył na nią

Czy ktoś mi powie o co tutaj chodzi?!-Podniosła głos,  wytrącając obserwatorów z ogromnego szoku.

-To niemożliwe. -powiedział głos za nią. Szybko obróciła się i ujrzała,  bodajże tak jak przypuszczała, Chejrona.-Witaj w naszych progach, tajemnicza Córko Posejdona.


niedziela, 23 listopada 2014

Rozdział VI. cz I

Wyszła wraz z Victorią z domku poświeconemu Hermesowi.Zmierzając ku jadalni, Włóczykij rozglądała się dookoła wszystko podziwiając,  zaś jej towarzyszka bacznie się jej przyglądała.
-Ile masz lat?-zapytała.
-15. - Odpowiedziała 'Nieokreślona'
-15, serio? I jeszcze jesteś nieokreślona, dziwne. Bogowie, dzięki Percy'iemu, mieli przyznawać się do swoich dzieci szybko. Ja zostałam określoną w wieku 10 lat. Jestem tutaj jedną z tych, które są najdłużej. Widzisz te paciorki na rzemyku, na szyi? Każdy z nich określa pobyt tutaj w każdym roku. Ja mam pięć.-Wyjaśniła ze znudzeniem w głosie-A mianowicie.., mam ciebie oprowadzić, po obiedzie oczywiście,  po obozie, ale najpierw musisz się stawić u Chejrona. Byś wcześniej z nim porozmawiała, ale musiał konieczne z panem D. porozmawiać.
-Pan D.? Dionizos?-spytała słuchaczka.
Vic spojrzała na nią ze ździwieniem.
-Zgadza się-po głębszym namyśleniu dodała- Chyba nie będę cu musiała tłumaczyć jaki Bóg od czego jest, prawda? Przynajmniej tak mi się zdaje.
-Nie, nie musisz. Kocham mitologię.-zamilkła na chwilę- A wracając do mojej orientacji seksualnej to nie jestem lezbą. I doprawdy, jak mogłaś tak pomyśleć? -uśmiechnęła się ironicznie.
-A mogłam. Już raz jedna się mnie ulepiła. Nimfa wodna. Strasznie nachalna była. No, ale się w końcu odwaliła.-pochwili rzekła- No dobra, teraz ty mi coś o sobie powiedz. Jak tu się znalazłaś,  zainteresowania.. i tym podobne. Bo przecież nieznajomej nie będę oprowadzać.-uśmiechnęła się lekko.
-Tak więc,  przyprowadził mnie tutaj Olaf, który przy okazji uratował mnie od wielkiego skorpiona. Interesuje się mitologią, jazdą konno, pływaniem oraz judo. W szkole raczej mam słabe oceny, choć z dodatkowych miałam super oceny. Mieszkam, a nie sorki, już nie mieszkam z ciotką. Coś jeszcze chcesz wiedzieć,  córko od bogini butów? -zakpiła, rozdrażniona tematem o ciotce. Victoria spojrzała zirytowana.
-Spokojnie, już. Widzę,  że zadziorna jesteś... stawiam, już nie Afrodyte tylko Aresa lub Nemezis...-Zakończyła dziwnie milknąc i patrząc na pewnego chłopaka z "długim" uśmiechem, który szedł w stronę swojego stolika.-Dobra,  jesteśmy w stołówce, niestety nie ma miejsca przy twoim tymczasowym domku, więc może usiądziesz przy...-zawachała się chwilkę- stoliku Nemezis? Smacznego!- skierowała się do swojego stolika,  gdzie siedziało trojga jej braci. Włóczykij niepewne
skierowała się do stolika, gdzie siedział mniej więcej chłopak w jej wieku. Miał dość długie,  czarne włosy, jasne oczy, bladą cere oraz wydłużony uśmiech. Obok siedział 11-latek, który opychał się pizzą. Usiadła speszona na przeciwko starszego chłopaka i spojrzała mu w oczy i uśmiechnęła się. Odwzajemnił lekko uśmiech i przywitał się.
-Cześć. Jestem Jonnathan w skrócie Jeff. A to mój młodszy brat Ravi-spojrzał z krytyką w oczach na małego,  który beknął.
-Ja jestem Włóczykij. Nieokreślona, nowa. Nikogo nie znam. I tak dalej.-odpowiedziała. Spojrzała z zaciekawieniem na usta Jeffa- Rana cięta, tak?
Spojrzał nań zdziwiony.
-Zgadza się, wypadek przy walce na sztylety. Skąd wiedziałaś? -spytał.
-Można by rzec, że się na tym trochę znam.-Przekrzywiła śmiesznie na bok głowę,  przypominała teraz, troszkę psa, który nie wie o co chodzi- Ile masz lat?
-16. Co jak co, ale potrafisz człowieka zdziwić swym bez zawstydzeniem..-przerwał na chwilę,  ponieważ nimfy przyniosły talerz i kieliszek dla dziewczyny. -Pomyśl co chcesz zjeść oraz wypić i się pojawi.-wyjaśnił.
-Czyli, na przykład, jak poprosze o rosół, to sie pojawi?
-Tak, pojawi się-Poczuł sympatię do tej dziewczyny. Coś w sobie miała,  co przykuwało uwagę. Pomyślał, że może zostaną przyjaciółmi. Nie miał zbytnio przyjaciół,  to przez jego 'uśmiech', i od niedawna oczy. Ale ona, oraz jeszcze pewna dziewczyna, nie zwarzały na wygląd i to mu się podobało.
-Halooo! Słuchasz ty mnie wogóle?  Czy myślisz tak głęboko,  że rękę do sałatki włożyłeś? - Gdy spostrzegła jego minę,  nie wytrzymała i wybuchnęła niekontrolowanym śmiechem, ściągając na siebie uwagę większości osób,  w tym pewnej dziewczyny, która  miała ją oprowadzać. Rozległy się szepty o Włóczykiju i Jeffie, 'nie powinna się z nim zadawać,  to dziwak' powiedziała jedna z córek Afrodyty, tak że,  na jej nieszczęście,  Włóczykij to usłyszała. Natychmiast przestała się śmiać i spojrzała na ów dziewczynę z ognikami w oczach.
-Może jeszcze raz powtórzysz, z jakim dziwakiem mam się nie zadawać,bo nie słyszałam- podniosła głos- Jedynego dziwaka jakiego tu widzę, to jesteś TY. Widzę,  że koleżanka ma się za lepszą od innych i mówi swoim przesłodzonym głosikiem głośno komentarze, które jej odpowiadają. A jak by ktoś tak o tobie mówił byłoby ci miło?! NO BYŁOBY?!-Krzyknęła ostatnie słowa do córki Afrodyty, ciskając błyskawice w jej stronę-No chyba wypadałoby coś powiedzieć-wycedziła.
-Ppprzeppraszaaam Jeffff.-Wyjąkała. -Spoko-Odpowiadział nadal mocno z szokowany, wybuchem nowo poznanej.
Włóczykij omiotła swoim spojrzeniem całe pomieszczenie i rzekła uśmiechając się lekko:
-Smacznego.
Po jakiś 10 minutach w stołówce zapanował z powrotem, taki sam gwar jak dotychczas.
-Nie musiałaś tego robić-Odważył się w końcu odezwać.
-Wiem, ale chciałam. Nie będzie mi jakaś tapetka mówić z kim mam się zadawać- uśmiechnęła się ironicznie- poza tym polubiłam cię.
Zerknął na nią lekko zdziwiony.
-Z wzajemnością panno Ironio. -Uśmiechnął się szeroko. Dosłownie.
-Cieszę się panie Jocker- Droczyła się.
-Osz tyy!-Zaśmiał się głośno.
Przez resztę uczty gawędzili wesoło,  czasem zamieniając zdanie z domkiem Apolla, bo znajdowali się na przeciwko. Nie wiedzieli jednak, że z odrobiną zazdrości, przygląda im się pewna dziewczyna z domku Nike.
#Włóczykij
.
CZYTASZ=KOMENTARZ

sobota, 22 listopada 2014

Rozdział V


Upłynęło kilka dni od rozpoczęcia się wakacji. Grupa Herosów stała czekając aż Chejron, który nadzorował dzisiejszą lekcję dobierze ich w pary. Mieli walczyć krótką bronią białą. Po chwili połowa z grupki młodych półbogów czekała aż centaur da znać, by mogli zacząć, natomiast pozostali niecierpliwie czekali na przydział.
-Lily ty z Clarą - powiedział Chejron. - Max i Peter... - zastanowił się przez chwilkę. - Johnatan będziesz z Jimmy'm, Alexander z Victorią... - wymawiał dalej imiona, a córka Nike stanęła obok syna Ateny.
Kiedy każdy miał już parę Chejron dał znak by zaczęli.
Victoria atakowała, a Alex postanowił wybrać obronę. Odparowywał jej ruchy. Chłopak zaczął się cofać, nie zauważył jednak jak ona podstawiła mu nogę. Runął na ziemię, kopniakiem wytrącił jej jeden z sztyletów. Wstał i teraz to on atakował. Dziewczynie było trochę trudniej kiedy on miał dwa, a ona jedno ostrze. Victorii wydawało się, że Chejronowi odbiło, Nike i Atena nigdy nie były przeciwko sobie, zawsze współpracowały. Alex myślał podobnie. To było idiotyczne. Wytrącił jej drugi sztylet, obrócił dziewczyną i złapał ją od tyłu tak, że nie mogła poruszyć rękami i przystawił jej sztylet do gardła, a ona przechyliła się do tyłu i potem w prawo. Oboje wylądowali na trawie, Alex'owi broń wypadła z rąk kiedy znalazł się na dziewczynie.
-Remis? - zapytała.
-Remis - nachylił się nad dziewczyną, ale właśnie w tym momencie przygalopował Chejron. Alex zmieszał się i wstał po czym podał dłoń zarumienionej dziewczynie.
Jeff cały czas zerknął na nią kątem oka, od początku treningu, ale teraz czuł złość wobec syna Ateny. Mimo, że za dobrze nie znał chłopaka już go nienawidził. To go rozproszyło i oberwał w skroń rękojeścią sztyletu Jim'a. Osunął się nieprzytomny na ziemię.
- Victoria, mam do ciebie prośbę - powiedział centaur. - W izbie ch...
- Panie Chejronie! - krzyknął jakiś trzynastolatek kilka metrów dalej.
- Tak Jimmy? - zapytał podchodząc bliżej. - Och - wziął na ręce nieprzytomnego Jonathana. - Chodź Victoria, Alex trenuj z Jimmym.
- O co chodzi? - zapytała dziewczyna.
Chejron tylko na nią zerknął i przyśpieszył kroku.
Kiedy znaleźli się w izbie chorych centaur położył Jeff' a na jednym ze szpitalnych łóżek.
-Trafiła do nas wczoraj - powiedział centaur. - Zajmij się nią, nim przy okazji też - wskazał podbródkiem bladego chłopaka.
-Jasne - odparłam z lekką niechęcią, a Cheiron wyszedł, a dziewczyna usiadła na krześle pomiędzy dwoma łóżkami. Zerknęła na Jeff' a.
Trochę była zmieszana przebywając w jego towarzystwie, nie miał powiek.
Wstała i poszperała w szafkach. Znalazła jakąś maskę do snu, założyła mu ją. Chłopak się przebudził i usiadł na łóżku.
-Śpij jeszcze - usłyszał głos Victorii, ale jej nie widział.
- Gdzie jestem? - zapytał.
-W izbie chorych, zemdlałeś od udeżenia w głowę - wyjaśniła dziewczyna, a on opadł z powrotem na poduszkę.
Poczuł jej dłoń na skroni.
-Boli? - zapytała przyciskając palce do lekko sinego miejsca.
-Trochę- odparł.
-Spróbuj zasnąć - powiedziała i chciała już zabrać dłoń, lecz on złapał ją za nadgarstek.
-Tylko mnie nie zostawiaj - powiedział, a ona się zaśmiała. - Mówię poważne, nie znoszę tego miejsca.
-Jasne - odparła, puścił jej dłoń i spróbował zasnąć.

*dwie godziny potem*

Jonathan obudził się z niespokojnego snu. Poczuł ja ubranie klei się do jego spoconego ciała. Zrzucił maskę nocną, Victoria siedziała na jego łóżku.
- Masz koszmary - stwierdziła, spojrzał na nią smutno.
-Od dłuższego czasu - wyznał. - Ten był wyjątkowo spokojny. Yhh...
Dziewczyna zmarszczyła brwi, ale nie odezwała się. Spojrzała na dziewczynę na sąsiednim łóżku.
-Kto to?
-Nie wiem tego jeszcze - westchnęła.
Jonatan wstał.
-Chyba powinienem już iść.
-Jak uważasz - mruknęła.
-To... spotkamy się na obiedzie?
-Jeśli ona do tego czasu się obudzi.
Podszedł do drzwi i uchylił je.
-Jeff? - odwrócił się i spojrzał na dziewczynę.
-Tak?
-Ślinisz się przez sen - Victoria posłała mu uśmiech, który on odwzajemnił i wyszedł.

Nieznajoma otworzyła oczy kwadrans potem i rozejrzała się po pomieszczeniu.
-Gdzie jestem? - wymamrotała.
-W izbie chorych.
Zerknęła na dziewczynę siedzącą przy jej łóżku.
-Eee... kim ty jesteś?
-Victoria Gloom, córka Nike.
-To się chyba czyta Najk, jesteś córką marki butów?
Victoria zrobiła facepalm.
-Córką Nike, bogini zwycięstwa. Jak masz na imię?
-Włóczykij, nazwiska nie znam - przedstawiła się nieznajoma.
-To nie jest imię - zmarszczyła brwi.
-Jest - uparła się.
-Niech ci będzie - mruknęła Vic. - Jesteś głodna?
- Troszkę - Włóczykij usiadła na łóżku. - I jak możesz być córką bogini?
-Mam ci tłumaczyć teraz jak powstają dzieci? No więc moja boska matka zeszła z Olimpu i spotkała się z mężczyzną, zakochali się w sobie, mój ojciec zabrał ją do łóżka, a tam...
-Dobra, nie chcę znać szczegółów.
- To dobrze, bo ja też ich nie znam, do obiadu zostało nam pół godziny, weź swój tobołek i chodź.
Kiedy znalazły się poza izbą, Włóczykij rozglądała się na wszystkie strony.
-Czy te konie...
-... tak, mają skrzydła - mruknęła Vic i znalazły się przed domkiem numer jedenaście. - Tu będziesz mieszkać dopóki nie zostanie określony twój rodzic, no chyba, że jesteś dzieckiem Hermesa, w tedy tu zostaniesz.
Włóczykij nie rozumiejąc co się tu dzieje spojrzała na nią pytająco.
-Nie gap się tak na mnie, nie potrzebuję adoratorek - spojrzała na nią znacząco.
-Ale ja nie...
-Miałabym wątpliwości do twojej orientacji, możliwe że jesteś córką Afrodyty.
Weszły do domku, gdzie było dość tłocznie. Podszedł do nich jeden z synów Boga podróżnych i złodziei.
-Hej Victoria - puścił do niej oczko. - A to kto?
Zirytowana dziewczyna odparła:
-Włóczykij, nieokreślona.
-Stawiam swój nóż, że to Afrodyta - powiedział jakiś chłopak.
-Włóczykij poznaj Travisa - powiedziała Vic.
-Poszukam ci po obiedzie jakiś kąt do spania - powiedział.
-Pilnuj swoich rzeczy będąc tutaj - szepnęła córka Nike do dziewczyny. -A teraz chodź na obiad.

~ Zakrwawiony Kapturek


Nie zapomnij dać komentarza...

piątek, 21 listopada 2014

Rozdział IV

Anubis zmierzał ku tronowi swojego opiekuna,boga  Ozyrysa.  Zamierzał zmusić go, by pozwolono mu, porzucić swoją "robotę", którą musiał wykonywać od zawsze. Miał tego serdecznie dość, ciągle musiał sądzić dusze, pilnować porządku.. "DOŚĆ". Stanął przed tronem władcy i czekał, aż skończy rozmawiać z pewną duszą. Po jakimś czasie zjawa odleciała, a Ozyrys spokrzał na niego.
-Tak Anubisie?
-Mam taką nietypową sprawę Panie...
-Mów że więc. Nie ugryzę cię- Zażartował.
-Chodzi o moją prace Mistrzu,  nuży mnie bardzo. Mam już dość tej rutyny. Ichciałemzapytaćczykogośmamojemieksceniema.-Powiedział bez ogródek,  lekko się czerwieniąc.
-Mógłbyś powtórzyć to ostatnie zdanie?- rzekł ze spokojem.
- Chciałem zapytać czy nie ma kogoś w zamian na moje miejsce.
Po długiej chwili ciszy i patrzenia sobie w oczy Ozyrys rzekł:
- Tak myślałem, że prędzej czy później do mnie przyjdziesz z taką prośbą. I zgaduje... chcesz się stać śmiertelny?
Z szokowany odpowiedział:
-Ttak Ozyrysie. Taki miałem zamiar.
-Będziesz musiał dogadać się z Horusem w tej sprawie oraz z Izydą. Będzie ciężko. Nie wiadomo także czy znajdzie się osoba na twoje miejsce Anubisie.
-Rozumiem. Ale postarać się mogę prawda? I mogę na ciebie liczyć, tak?
Ozyrys roześmiał się lekko.
-Na mnie zawsze możesz liczyć młodzieńcze. A teraz mi powiedz, co to za dziewczyna? Bo Sadie napewno nie.-uśmiechnął się tajemniczo.
-Dziewczyna? Jaka dziewczyna?- Zapytał, robiąc głupią minę.
-Ta dziewczyna przez która chodzisz ciągle zamyślony. I to nie jest Sadie Kane.-Rzekł z tajemniczym uśmiechem. Anubis zrobił zamieszaną minę,  a po krótkiej ciszy powiedział:
-Dzięki temu, że z Sadie mnie rozdzielili, zrozumiałem że było to tylko przyzwyczajenie, potrzeba osóby która by zrozumiała mnie... wiem to głupio brzmi, ale tak jest.-wyjaśnił-Niedawno poznałem pewną dziewczynę. Jest dla mnie wielką zagadką, tajemniczą osobą,  która mnie do siebie ciągnie. - zakończył swój monolog, patrząc uważnie na słuchacza.
Bóg zmarłych myśląc,  podrapał się po brodzie i zapytał:
-A jak ma na imie owa Tajemnicza Panna?
-Włóczykij. Nie podała swojego imienia. Ale sądząc z tego co mówiła,  nie lubi go.
- Zadziwiające! Nie lubi pierworodnego imienia..., a nazwisko?-dopytywał.
-Nie zna. Tak tak, mnie też to dziwi, ale mówiła że nie ma, ani nie zna swojej rodziny.-Odpowiadział Anubis.
-Nader dziwne, powiadam. Wybacz, ale niestety musimy,  ja i ty, wracać do pracy. Czyż nie?- powiedział służbowo. Na koniec dodał- A w sprawie tej śmiertelności,  to możesz na mnie liczyć. Wystawię się za tobą,  w razie czego. A teraz migiem, dusze same się nie podzielą.-zakończył rozmowę lekkim chichotem.
                               *  *  *
Kobieta po ciężkiej podróży w końcu dotarła do domu. Rzucając swoją torbę na fotel, skierowała się do łazienki umyć ręce. Gdy wracała do salonu, sięgnęła po swoją torbę,  wyciągając z niej glinianą figurkę- uszebti. Posiadała ona średniej długości, blond włosy które okalały drobną głowę. Jasne brwi, pod którymi znajdowały się całe czarne oczy, z czerwoną obwodódką, na kształt tenczówki. Pięknie ukształtowane usta, a w nich śnieżnobiałe zęby, których trójki były ostre jak brzytwa.
Kobieta wyciągnęła także różdżkę, by po chwili rzucić czar na figurkę. Uszebti natychmiastowo zaczęła rosnąć. Po jakiś 10 minutach, osiągnęła ludzkie rozmiary oraz drobną budowe ciała.
-Ja, ta która ciebie ożywiła, nadaje ci imię Ben. Posiadasz własną wolę oraz charakter. Twoją misją jest po prostu życie. Możesz znaleść osobę,  która cię ulepiła lub podróżować po świecie. Nakazuję ci także,  nigdy do mnie nie wracać. Idź Benie, ten który ma moc wiedzy i logicznego myślenia,  idź i żyj!-zakończyła swoje czary, mdlejąc. Miała powód by ożywić tę figurkę. Na szkolnych zajęciach,  ta dziewczyna miała w sobie coś z egiptu. Wyczuwała to, dlatego kazała jej ulepić uszebti.
W tym samym czasie Ben energicznie zamrugał powiekami oraz trzęsąc ramionami, jakby z siebie zrzucał jakąś niewidzialną sieć. Przypominając sobie rozkaz skierował się ku wyjściu. Choć nadal był oszołomiony, wyszedł na ulicę i przeszedł kawałek, by po chwili usiąść na pobliskiej ławczce, zamknąć powieki i przyzwyczajać się do nowego stylu życia.
                              *  *  *
#Włóczykij
.
CZYTASZ=KOMENTUJESZ

wtorek, 18 listopada 2014

Rozdział III

Od pamiętnego spotkania pana Grabarza minęło 5 dni. Od tego czasu, Włóczykij podążała przed siebie. Nocowała w różnych miejscach, zaczynając od drzewa, a kończąc na ławce w parku. Nie miała żadnego celu. Teraz aktualnie była w jakiejś obszernej kamienicy,  gdy niespodziewanie zobaczyła, o dziwo, wielkiego skorpiona. Był cały czarny, z czerwonymi ślepiami, a wzrostu miał około 3 stóp. Otworzyła szeroko oczy ze strachu i zamarła. Nie wiedziała czy uciekać,  czy stać bez ruchu. Jednak wybrała pierwszą opcję. Po chwili uciekała przed stworem główną uliczką i zdziwiła się, gdy spostrzegła, że nikt prócz niej nie widzi pokraki. Niespodziewanie wpadła na mężczyznę w średnim wieku.
-Hę??? Co się dzieje- Powiedział.
- Przepraszam! Bardzo! Naprawde,  ale się spiesze.-odpowiedziała łapiąc oddech.
Mężczyzna spojrzał za nią, robiąc wielkie oczy.
-To niemożliwe...- wyszeptał.- On cię ściga?
-Widzi pan go? Tak, on mnie ściga.
-Z jakiego numeru domku jesteś? -zapytał wyciągając z plecaka drewnianą pałkę, w tym samym czasie obserwując skorpiona, szukającego zapachu ofiary.
-Eee.. Numeru czego?
-Jesteś przecież półbogiem, inaczej byś nie widziała skorpiona z Podziemia.
-Pan mnie musiał z kimś pomylić. Ja półbogiem? Żarty pan sobie robi?
-Cholera! Nie uznali cię?! A mieli złożoną obietnice. A niech cię Zeusie!.
Gdy to powiedział, niebi przeszył kształtny piorun.
-No pewnie, wkurzaj się. -wymruczał- Dziecko, schowaj się za mną i nie dostań zawału, proszę.
Mówiąc jednocześnie zaczął ściągać spodnie. Z przerażeniem odkryła że... jest satyrem!
-Pan jest satyrem!-Wydyszała.
-Olaf, do usług-Krzyknął,  szarżując ku skorpionowi. Stwór wnet odwrócił się w jego stronę, atakując.
Ździwiona patrzyła jak pan Olaf, bez trudu odrywa koniec ogona przeciwnikowi i zadaje ostateczny cios między oczy. Z drwiącym uśmiechem, odwrócił się ku niej.
-A teraz ci powiem.. a raczej stwierdzę..Tak.Ja.Jestem. Satyrem.  A ty, moja droga, jesteś.półbogiem. Tylko nie wiadomo od którego tam z góry. -Puścił jej oczko-Teraz nie jesteś bezpieczna, jako istota o takich mocach. Istnieje taki obóz,  Obóz Herosów, mogę ciebie tam zaprowadzić i zapewnić opiekę.
-A..aa..ale proszę pana..jaa półbogiem?
-No chyba  nie muszę ci tłumaczyć jak dziecku!?-powiedział z ironią- Wiem, że trudno w to uwierzyć ale taka prawda. A teraz bierz swoją torbę i idziemy!
W lekkim szoku, no dobra, w oszołomiemiu ruszyła za Olafem, który zdążył już ubrać swoje spodnie. Doszli po jakimś czasie do czarnego samochodu, usiedli i pojechali w nieznaną jej drogę.
-Dobrze, że ciebie znalazłem. Inaczej ten stwór by cię dorwał. A teraz mam do ciebie takie pytanko.. wiesz cokolwiek o mitologii greckiej? -spytał
-Oczywiście! Bardzo lubie wszelkiego rodzaju mitologię. -po chwili milczenia dodała- Troszkę dziwnie to zabrzmi, ale ja pana nie znam, można by powiedzieć,  że jest pan psychopatą który wykorzystuje oszołomione dzieci a potem się z nimi zaprzyjaźnia by potem je zabić i sprzedać narządy. -zakończyła swój monolog, patrząc na niego uważnie.
Pierw na jego twarzy zawitało ogromne zdziwienie lecz potem roześmiał się w niebogłosy.
Opanowując się powiedział:
-Wiesz co, polubiłem ciebie,  masz specyficzne poczucie humoru. Rzadko kogoś lubie- nagle ucichł.
Zrobiła zmieszaną minę.
-Coś się stało,  że tak nagle zamilkłeś? Wiesz... ja mogę ci pomóc. -zaproponowała.
-Większości satyrów mają mnie za odludka, z powodu mojej mamy, ale to już inna historia, chodzi też o moje znamiona. Śmieją się z nich, gdyby przeżyli stratowanie przez pokaźnego pegaza,  a później mieli takie znamiona jak ja, ciekawe czy byłoby to śmieszne. Tylko herosi się nie smieją. -zakończył swój wywód ślepo patrząc na drogę.
Dziewczyna trochę posmutniała 'Biedak.' Przyjrzała się jemu dokładnie. Był mniej więcej jej wzrostu, jasnoblond włosy z pofarnowanymi na niebiesko końcówkami, oczy koloru zielonego, kilka drobnych piegów. Twarz o delikatnych rysach była przyłączona do dobrze zbudowanego ciała.. przynajmiej do połowy,  a od połowy w dół był kozłem o futrze jasnym jak swoje włosy. A jeśli mowa o bliznach, mial na twarzy kilka białych śladów po przecięciach, na jednym z ramion musiał mieć chyba oderwaną skórę i z powrotem zaszytą, na obojczyku widniała głęboka szrama, która o ciupinę psuła całokształt. Ale tak, to musiała przyznać,  że na swój sposób był przystojny.
-Nie widzę powodu do śmiechu i dziwię się,  że nie dostrzegają takiego fajnego faceta.- powiedziała bez ogródek.
Spojrzał nań zdziwiony i uśmiechnął się przyjaźnie.
-Schlebiasz mi. A tak właściwie jak masz na imie?
-Włóczykij.
-Pytałem o imie, a nie przezwisko-odparł z uśmiechem.
-Włóczykij. Nienawidzę swojego imienia a nazwiska nie znam. Nie znam swojej rodziny, nie miałam nigdy nikogo bliskiego, no prócz sąsiadki,  ale to nie bliska osoba. I proszę nie drąż tematu.- po dłuższej chwili dodała- a ty tak właściwie ile masz lat? Wyglądasz na 18latka.
-Ohoho, tak dobrze nie ma. Satyrowie się szybciej starzeją. Aktualnie mam 29 lat. Ale nie bierz mojego wieku na poważnie i nie mów do mnie per 'pan'. Olaf starczy. No już jesteśmy,  tylko kawałek do przejścia.
Wysiedli z samochodu, rozejrzała się po okolicy stwierdzając, że stoją na skraju lasku.
-To w drogę! -Powiedział i ruszył w głąb drzew.
Z ciekawością ruszyła za nim. Po jakiś 15 minutach marszu, dostrzegła piękną i rosłą sosnę, a dalej bramę z wykutego kamienia, ale nie zdążyła przeczytać tytułu,  ponieważ coś ruszyło się pod iglakiem, gdy tam spojrzała, ujrzała smoka. Zemdlała, za dużo wrażeń jak na jeden dzień...
#Włóczykij

Rozdział II

  Rok szkolny się skończył, zaczęły się wakacje. Herosi powracali do Obozu Pół Krwi. Victoria, dla której był to piąty rok pobytu tutaj nie mogła się doczekać spotkana ze swoją przyjaciółką Lily. Wyszła z domku Numer Siedemnaście, Domku Nike.  W przeciwieństwie do większości swoich znajomych nie wracała po wakacjach do domów,  nie chodziła do szkoły. Nie miała innej rodziny niż matka, skrzydlata bogini zwycięstwa, z którą i tak się często nie widywała...
  Idąc dalej Victoria zauważyła biegnącą w jej stronę dziewczynę ze sporą torbą na plecach, za nią szła grupka innych dzieciaków do których podbieli satyrowie, by się z nimi przywitać po dziewięciomiesięcznej rozłące.
 - Victoria! - wykrzyknęła dziewczyna i wpadła Victorii w ramiona, tak, że po chwili obie leżały na trawie.
 -Hej Lily - wymamrotała córka zwycięstwa podnosząc się i podając rękę przyjaciółce.
Lily była córką Iris, bogini tęczy. Delikatne rysy twarzy, ciemno oliwkową skórę, usta, które prawie zawsze był uśmiechnięte, oczy brązowe i włosy z naturalnymi tęczowymi pasemkami między czarnymi włosami - to wszystko odziedziczyła po matce. Victoria, córka Nike  pod tym względem się bardzo od niej różniła, miała oczywiście delikatnie wyglądającą twarz, ale miała jasno brązowe włosy. Oczy głęboko błękitne, wokół źrenicy jest złota obręcz przebiegająca przez błękitną tęczówkę, co z daleka wydawało się, że są szaro zielone, no i oczywiście jasną karnację.
 - Mam ci tyle do opowiedzenia - powiedziała Lily biorąc pod rękę przyjaciółkę i zarzucając torbę na plecy ruszył do domku numer czternaście, gdzie latem przebywała wraz ze swoim starszym o dwa lata bratem Cameronem.
  Kiedy się rozpakowywała mówiła o tym co wydarzyło się w roku szkolnym. Kiedy Lily mówiła o tym jak jeden z jej znajomych wyleciał ze szkoły, zjawił się Cam.
 -Witaj Cameleonie - Victoria wiedziała, że nie chłopak nie znosi jak go tak nazywała.
 - Już miałem cichą nadzieję, że...
Nie dokończył ponieważ jego siostra pacnęła go w ramię.
 -Ał - syknął i oparł granatową walizkę o swoje łóżko. Dziewczyny wyszły kierując się w stronę kilku obozowiczów grających w siatkę, ulubioną grę Liliy.

*** 

 Jonathan wszedł na teren Obozu.

niedziela, 16 listopada 2014

Rozdział I

Weszła do mieszkania swojej opiekunki i od razu powitał ją zapach wilgoci pomieszanej z alkoholem. Kierując się ku salonowi, zobaczyła śpiącą kobiete na fotelu.
-Śpi... tylko to zostawie i już mnie nie ma- mruknęła do siebie, jednocześnie odkładając świadectwo na stół. Skierowała się do swojego pokoju. Był niewielki, koloru morskiego z różnymi atrybutami bogów. Kochała mitologie. A wracając... okno znajdowało się na przeciwko drzwi,  z którego widać było zniszczony plac zabaw, pod lewą ścianą znajdowało się czarne łóżko, a w środku była zielonkawa pościel, na drugiej ścianie wisiała półka z książkami i rzadkimi kamieniami, które zbierała.  Pod półką,  stało stare biurko razem z taboretem. Na podłodze znajdował się puchaty dywan w kolorze turkusowym. Tak... jej pokój jako jedyny był zadbany i tylko ona miała do niego wstęp.
-MERIEL!!!- usłyszała nagle. "Aha! Czyli już zobaczyła to ździerstwo".
-Też cię miło widzieć ciotko!-odpowiedziała wchodząc do salonu, by po chwili ujrzeć ciotkę. Nic się nie zmieniła. Nadal przy sobie, rybie oczy, żabie usta i ten nos..yghh z wystającymi włosami.
-O co chodzi ciociu?
-O co chodzi? O CO CHODZI? Co to ma być dziewucho, co?! Taki wstyd! Jak śmiesz mi takie świadectwo pokazywać? - na wrzeszczała na nią,  podając świadectwo.
                         ŚWIADECTWO
PLASTYKA- 6
MATEMATYKA- 2
FIZYKA- 1
CHEMIA- 2
JĘZYKI - 2
WF - 6
HISTORIA- 3
RELIGIA- 3
BIOLOGIA- 3
DODAT.
MITOLOGIA- 6

JUDO-6
                         Z poważaniem Dyrektor:                                           Megan McGeilop

Na drugiej stronie znajdowała się jakaś mowa. Nieważne. Patrząc na to świadectwo, dziwiła się ciotce o co chodzi TO są dobre oceny.
-I co masz mi do powiedzenia smarkulo?-Naskoczyła na nią.
-No cóż... dla mnie jest to dobre świadectwo i kompletnie nie wiem o co się tak wkurzasz cioteńko- Odpowiedziała, szykując się na cios od opiekunki.
- Nie mów na mnie cioteńko  Meriel! To że tu trafiłaś to przypadek..-Ucięła w połowie zdania, robiąc duże oczy ze swojej nie uwagi.
-Przypadek? Jaki przypadek? No?
Po chwili milczenia rzekła:
- O czym ty chrzanisz dziecko? Idź lepiej mi piwo podaj, a nie mi tu swoje wywody pleciesz. No już już.
W Włóczykiju rozpętała sie burza emocji. Nie próbowała nawet ich powstrzymać,  pobiegła do swojego pokoju, po drodze przewracając krzesło, wyciągnęła plecak i spakowała kilka ciuchów, scyzoryk, kilka kosmetyków,  pieniądze oraz jeden z kamieni, niebieski. Nie wiedziała czemu go bierze, ale miała przeczucie,  że może jej się przydać. Trzaskając drzwiami szybko wyszła ze swojego byłego domu, w drodze słysząc wrzaski kochanej ciotki Suzie. Skierowała się biegiem w jedną z głównych uliczek, by po chwili wejść na cmentarz. Nie, nie odwiedzała swojej rodziny. Tylko sąsiadkę. Gdy była mniejsza, właśnie ona się o nią troszczyła. Zapraszała na obiadki,  desery lub nawet na herbatkę. Ale gdy umarła,  Włóczykij miała 12 lat, poczuła pustkę.  Bardzo jej brakowało pani Elisy. Była dla niej jak babcia.
Uklęknęła przed nagrobkiem, patrząc na wyblakłe literki.
-Muszę się pożegnać z panią,  pani Eliso. Uciekłam z domu, jednak nie wytrzymałam tej presji. Może jeszcze kiedyś tu zawitam. Brakuje mi ciebie Eliso, bardzo.-po chwili ciszy, dodała- Na mnie już czas. Do zobaczenia.
Wstając, nagle poczuła na sobie czyjś wzrok,  gdy się odwróciła,  zobaczyła chłopaka mniej więcej w jej wieku. Stał w następnym rzędzie,  gdy niespodziewanie ich oczy się spotkały, zaczął kierować się ku niej z blaskiem ciekawości w oczach...

                             *   *   *
Leżał na łóżku w postaci szakala i czuł dziwne impulsy na jednym z jego punktów na powierzchni- cmentarza. Wyczuwał, że jest tam jakaś tajemnicza moc. Nagle poczuł coś i zrobił duże oczy ze zdziwienia, myśląc "Wyczuwam tam aurę z egiptu. I nie tylko... ciut podejrzane.. zwłaszcza że to zaniedbany cmentarz i rzadko kto tam wchodzi. Czemu by nie sprawdzić? "
Zmienił się  z powrotem w postać człowieka i otworzył portal wprost na owy cmentarz. Po chwili znajdował się o jeden  rząd  dalej od pewnej dziewczyny,  która stała przy nagrobku Elisy Duborn. Gdy odwróciła się profilem do niego, zaniemówił. Była piękna. Idealniy krój ust, zgrabny nosek i te zjawiskowe oczy. Gapił się tak na nią,  dopóki się nań nie spojrzała. Gdy ich spojrzenia się spotkały,  postanowił podejść bliżej.  Po chwili, znajdował się mniej więcej 2 metry przed nią i patrzył jej w oczy.
W końcu nie wytrzymała i..
-Czy możesz się przestać gapić?
-Nie - odpowiadział.
- Jesteś jakiś psychiczny, czy co?  Nawet cię nie znam gburze.-naskoczyła na niego.
- Nie jestem psychiczny.. chyba. A co do tego gbura, to mogę się ewidentnie zgodzić. Zwą mnie Anubis, a ciebie?
Przyjrzała mu się z bliska i musiała stwierdzić,  że jest on nader przystojny. Włosy za uszy, postrzępione w kolorze czarnym, blada cera, kształtny nos i oczy... jak topiona czekolada. Miała słabość do takich oczu. Był ubrany w zwykły czarny T-shirt z zespołem Linkin Park, czarne rurki oraz glany. "Podobne do moich troche..". Nagle zorientowała się,  że chłopak czeka na odpowiedź,  a ona stoi i chamsko mu się przygląda.
-Anubis? Koledzy ciebie z grabarzem kojarzą? -zakpiła z ironicznym uśmiechem- Ja jestem Włóczykij. Tylko Włóczykij.  Bez nazwiska, Włóczykij. Nienawidząca swojego imienia, Włóczykij- podniosła głos,  denerwując się nagle.
Zauważył, że się zdenerwowała. Tak słodko wyglądała... "Przestań durny psie!"
-Nie wypada pytać... ale o co chodzi?
Ups... miał tego nie mówić, widział po niej, że zaraz nastąpi wybuch.
-O co chodzi? O moją rodzine chodzi wiesz?! Nazwisko, którego nie znam! Dzisiejszy dzień jest do dupy, nie dość że uciekłam z domu to jeszcze zaczepia mnie jakiś grabarzo-chłopak, którego nie znam. Fajny dzień nie prawdaż?-Zakończyła z ogromną ironią. Spojrzała w jego piękne oczy i wyczytała z nich duże zdziwienie i coś jeszcze czego nie mogła rozszyfrować.
-No i co, panie zakichany Anubisie? Coś masz do powiedzenia? Nie, to żegnam.-warknęła i odeszła.
Niespodziewanie złapał ją za rękę, przytrzymojąc
-Poczekaj chwil...
Nie zdążył dokończyć,  gdyż dziewczyna złapała go za rękę i wykręciła mu ją,  zarazem znajdując się za jego plecami.
- Nigdy. Więcej. Mnie. Nie. Dotykaj. Nie znam ciebie rozumiesz? Ciesz się,  że nie wyciąganęłam noża. Masz mnie zostawić.
Odepchnęła go i oddaliła się kawałek by ostatni raz na niego spojrzeć.
Spojrzał na nią z lekką złością,  ale i z podziwem.
-Nie jestem jak inne dziewczyny. Trzeba umieć walczyć- powiedziała, bo wiedziała, że chce ją o to zapytać.
-Widzę,  że nie jesteś inna i to mi się podoba- uśmiechnął sie tajemnicznie- Zapamiętaj sobie moje słowa,  zawsze znajdziesz pomoc na cmentarzu.
Rzucił ku niej wisiorek, wykrzywiona literka "Z", wykonana ze srebra.
-Jest to amulet, ten symbol to literka 'P' po egipsku, można go użyć tylko raz w wyjątkowych sytuacjach,  a otrzymasz pomoc. -wytłumaczył kierując się wolno ku niej. Gdy stanął na przeciw niej, spojrzał Włóczykijowi głęboko w oczy, aż ta się zarumieniła.
- Do zobaczenia panno Włóczykij.
Uśmiechnął się skrycie i odszedł ku furtce. Gdy mrugnęła, już go nie było.
Otrząsnęła się ze zdziwienia i spojrzała na amulet. Był niewielki mniej niż pół małego palca u ręki. Ubrała go i na chwilę rzecz zabłysła, lecz tego nie zauważyła.
-Do zobaczenia Anubisie- powiedziała w przestrzeń i z lepszym humorem, skierowała się ku wyjściu z cmentarza.
                             *    *    *
#Włóczykij

sobota, 15 listopada 2014

Prolog

Nastolatka, o przezwisku Włóczykij,  akurat wracała do domu na wakacje. Przypomniała sobie ostatnią lekcje- plastyke. Przyszła na nie, jakaś obca kobieta i kazała z gliny ulepić małego człowieka. Dziewczyny miały zrobić chłopców i na odwrót. Włóczykij ulepiła szczupłego blondyna o białej karnacji, szpiczastych uszach oraz czarnych oczach z których wylewa się krew. Pani gdy zabierała od niej prace, zawiesiła długo na niej wzrok, aż nastolatka chciała zwrócić jej uwagę,  ale się powstrzymała i grzecznie się żegnając, wyszła z klasy. Wróciła do domu i poszła do pokoju by się spakować. Wracała do ciotki. Nie lubiła jej, nie lubiła gdy zwracała się do niej po imieniu,  nie lubiła tego, że opiekunka pije. No ale cóż... jeszcze 12 godzin ma do mordęgi z nią.
                      ***
W tym samym czasie, Victoria zmierzała do stajni, do swojego pegaza Darkness'a. Brakowało jej towarzystwa,  w obozie zostało na rok szkolny tylko czworo osób no i oczywiście Chejron oraz Pan D., od jutra ma to się zmienić,  zaczynają się wakacje. Spotka się  ze swoim rodzeństwem, a konkretnie z trojgiem braćmi.  W oddali zobaczyła chłopaka o kruczoczarnych włosach. "To chyba Jeff. Ciekawe czemu dzisiaj przyjechał..."-Pomyślała. Weszła do stajni i skierowała się do boksu Dark'a.
Biorąc po drodze szczotki, miała przeczucie, że ktoś się na nią patrzył.
                 ***
"Już prawie. O! Widze drzewo Thalii, jeszcze kawałek. Dobra, teraz tylko pozostaje znaleść Chejrona."-Pomyślał Jonathan. Po długim czasie zrezygnował z poszukiwań,  gdyż one okazały by się marne. Postanowił udać się na skałki nad jeziorem, by pomyśleć o swoim Śnie. Śnił mu się Ares, rozmawiał z nim. A raczej przeklnął.
"Głupek! Wcale nie zrobiłem tego specjalnie. Ktoś mną manipulował."-Rzekł do siebie wmyślach,  dotykając spalone powieki. "Ciekawe jak teraz zasne, ty zakichany Aresie". Zmierzając ku kamienią zauważył piękna dziewczyne o długich i połyskujących włosach. Ciekawy, podążył za nią do stajni, a raczej bocznej ściany,  gdzie znajdowała się dziura i obserwował ją dłuższy czas.
                    ***
Anubis przechadzał się po swojej komnacie, rozmyślając o Sadie Kane. Nie czuł do niej tego samego co kiedyś. Teraz gdy ich rozłączyli, zrozumiał.
Myślał także o swojej pracy.  Miał tego dość,  dość tej rutyny. Chciał być normalnym nastolatkiem. Choć to brzmi nie realnie, gdyby stał się śmiertelny miałby 16 lat. A tak to ma.. zaraz on sam nie wie. Musiał to zmienić. Koniec z rutyną. Koniec nieśmiertelności. Koniec.
                  ***
~Włóczykij