wtorek, 18 listopada 2014

Rozdział III

Od pamiętnego spotkania pana Grabarza minęło 5 dni. Od tego czasu, Włóczykij podążała przed siebie. Nocowała w różnych miejscach, zaczynając od drzewa, a kończąc na ławce w parku. Nie miała żadnego celu. Teraz aktualnie była w jakiejś obszernej kamienicy,  gdy niespodziewanie zobaczyła, o dziwo, wielkiego skorpiona. Był cały czarny, z czerwonymi ślepiami, a wzrostu miał około 3 stóp. Otworzyła szeroko oczy ze strachu i zamarła. Nie wiedziała czy uciekać,  czy stać bez ruchu. Jednak wybrała pierwszą opcję. Po chwili uciekała przed stworem główną uliczką i zdziwiła się, gdy spostrzegła, że nikt prócz niej nie widzi pokraki. Niespodziewanie wpadła na mężczyznę w średnim wieku.
-Hę??? Co się dzieje- Powiedział.
- Przepraszam! Bardzo! Naprawde,  ale się spiesze.-odpowiedziała łapiąc oddech.
Mężczyzna spojrzał za nią, robiąc wielkie oczy.
-To niemożliwe...- wyszeptał.- On cię ściga?
-Widzi pan go? Tak, on mnie ściga.
-Z jakiego numeru domku jesteś? -zapytał wyciągając z plecaka drewnianą pałkę, w tym samym czasie obserwując skorpiona, szukającego zapachu ofiary.
-Eee.. Numeru czego?
-Jesteś przecież półbogiem, inaczej byś nie widziała skorpiona z Podziemia.
-Pan mnie musiał z kimś pomylić. Ja półbogiem? Żarty pan sobie robi?
-Cholera! Nie uznali cię?! A mieli złożoną obietnice. A niech cię Zeusie!.
Gdy to powiedział, niebi przeszył kształtny piorun.
-No pewnie, wkurzaj się. -wymruczał- Dziecko, schowaj się za mną i nie dostań zawału, proszę.
Mówiąc jednocześnie zaczął ściągać spodnie. Z przerażeniem odkryła że... jest satyrem!
-Pan jest satyrem!-Wydyszała.
-Olaf, do usług-Krzyknął,  szarżując ku skorpionowi. Stwór wnet odwrócił się w jego stronę, atakując.
Ździwiona patrzyła jak pan Olaf, bez trudu odrywa koniec ogona przeciwnikowi i zadaje ostateczny cios między oczy. Z drwiącym uśmiechem, odwrócił się ku niej.
-A teraz ci powiem.. a raczej stwierdzę..Tak.Ja.Jestem. Satyrem.  A ty, moja droga, jesteś.półbogiem. Tylko nie wiadomo od którego tam z góry. -Puścił jej oczko-Teraz nie jesteś bezpieczna, jako istota o takich mocach. Istnieje taki obóz,  Obóz Herosów, mogę ciebie tam zaprowadzić i zapewnić opiekę.
-A..aa..ale proszę pana..jaa półbogiem?
-No chyba  nie muszę ci tłumaczyć jak dziecku!?-powiedział z ironią- Wiem, że trudno w to uwierzyć ale taka prawda. A teraz bierz swoją torbę i idziemy!
W lekkim szoku, no dobra, w oszołomiemiu ruszyła za Olafem, który zdążył już ubrać swoje spodnie. Doszli po jakimś czasie do czarnego samochodu, usiedli i pojechali w nieznaną jej drogę.
-Dobrze, że ciebie znalazłem. Inaczej ten stwór by cię dorwał. A teraz mam do ciebie takie pytanko.. wiesz cokolwiek o mitologii greckiej? -spytał
-Oczywiście! Bardzo lubie wszelkiego rodzaju mitologię. -po chwili milczenia dodała- Troszkę dziwnie to zabrzmi, ale ja pana nie znam, można by powiedzieć,  że jest pan psychopatą który wykorzystuje oszołomione dzieci a potem się z nimi zaprzyjaźnia by potem je zabić i sprzedać narządy. -zakończyła swój monolog, patrząc na niego uważnie.
Pierw na jego twarzy zawitało ogromne zdziwienie lecz potem roześmiał się w niebogłosy.
Opanowując się powiedział:
-Wiesz co, polubiłem ciebie,  masz specyficzne poczucie humoru. Rzadko kogoś lubie- nagle ucichł.
Zrobiła zmieszaną minę.
-Coś się stało,  że tak nagle zamilkłeś? Wiesz... ja mogę ci pomóc. -zaproponowała.
-Większości satyrów mają mnie za odludka, z powodu mojej mamy, ale to już inna historia, chodzi też o moje znamiona. Śmieją się z nich, gdyby przeżyli stratowanie przez pokaźnego pegaza,  a później mieli takie znamiona jak ja, ciekawe czy byłoby to śmieszne. Tylko herosi się nie smieją. -zakończył swój wywód ślepo patrząc na drogę.
Dziewczyna trochę posmutniała 'Biedak.' Przyjrzała się jemu dokładnie. Był mniej więcej jej wzrostu, jasnoblond włosy z pofarnowanymi na niebiesko końcówkami, oczy koloru zielonego, kilka drobnych piegów. Twarz o delikatnych rysach była przyłączona do dobrze zbudowanego ciała.. przynajmiej do połowy,  a od połowy w dół był kozłem o futrze jasnym jak swoje włosy. A jeśli mowa o bliznach, mial na twarzy kilka białych śladów po przecięciach, na jednym z ramion musiał mieć chyba oderwaną skórę i z powrotem zaszytą, na obojczyku widniała głęboka szrama, która o ciupinę psuła całokształt. Ale tak, to musiała przyznać,  że na swój sposób był przystojny.
-Nie widzę powodu do śmiechu i dziwię się,  że nie dostrzegają takiego fajnego faceta.- powiedziała bez ogródek.
Spojrzał nań zdziwiony i uśmiechnął się przyjaźnie.
-Schlebiasz mi. A tak właściwie jak masz na imie?
-Włóczykij.
-Pytałem o imie, a nie przezwisko-odparł z uśmiechem.
-Włóczykij. Nienawidzę swojego imienia a nazwiska nie znam. Nie znam swojej rodziny, nie miałam nigdy nikogo bliskiego, no prócz sąsiadki,  ale to nie bliska osoba. I proszę nie drąż tematu.- po dłuższej chwili dodała- a ty tak właściwie ile masz lat? Wyglądasz na 18latka.
-Ohoho, tak dobrze nie ma. Satyrowie się szybciej starzeją. Aktualnie mam 29 lat. Ale nie bierz mojego wieku na poważnie i nie mów do mnie per 'pan'. Olaf starczy. No już jesteśmy,  tylko kawałek do przejścia.
Wysiedli z samochodu, rozejrzała się po okolicy stwierdzając, że stoją na skraju lasku.
-To w drogę! -Powiedział i ruszył w głąb drzew.
Z ciekawością ruszyła za nim. Po jakiś 15 minutach marszu, dostrzegła piękną i rosłą sosnę, a dalej bramę z wykutego kamienia, ale nie zdążyła przeczytać tytułu,  ponieważ coś ruszyło się pod iglakiem, gdy tam spojrzała, ujrzała smoka. Zemdlała, za dużo wrażeń jak na jeden dzień...
#Włóczykij

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz