poniedziałek, 9 listopada 2015

Witamy zmiany :3

No witam,
Dawno nas nie było... Żadnych rozdziałów, miniatur, NIC. No niestety rok szkolny się zaczął, to i czasu nam zabrakło.
Postanowiłyśmy wznowić bloga, ale także przenosimy go na inną stronkę, oraz zmienimy trochę fabułę, ale nie martwcie się Meriel, Victoria, Anubis i Jeff zostają! No i oczywiście miejsce akcji takie samo jak było. Będziecie na bieżąco z nowościami. Mogę dopowiedzieć, że już małe zmiany zaszły w zakładce bohaterowie.
Tak więc... Czekajcie na nowe wiadomości!

Pozdrowienia od Mer i Vic.

sobota, 25 lipca 2015

Rozdział XXV cz.I

Minęło kilka dni od "wojny". Włóczykij akurat przechadzała się po lesie smutna. Nadal nie znalazła Venory, nie wie co z nią. Bardzo się martwi o nią.
Doszła do Pięści Zeusa, spojrzała nań i westchnęła ciężko.
Niespodziewanie ktoś złapał ją za ramie, ta wystraszona złapała je i wykręciła, kładąc przeciwnika na ziemie. Gdy spostrzegła kto to, oniemiała.
- Olaf? Jejku, przepraszam! Nie chciałam. Wystraszyłeś mnie.- Pomogła mu wstać.
Satyr machnął lekceważąco ręką.
- Nic się nie stało. - Uśmiechnął się. - Co tak daleko zawędrowałaś?
Włóczykij wzruszyła ramionami.
- Nie wiem, szłam przed siebie... myślałam.
- A o czym?- Zaciekawił się Olaf.
- O tym, kim jestem.
                        * * *
- Anuuubis, moj były mężu. - Zawołała Anput.- Kto to?- Zapytała wskazując na rysunek.
Chłopak natymiast wyrwał jej kartke i schował za swoje plecy.
- Anput! To moje prywatne! Ja ci nie grzebie w rzeczach.- Warczał wściekły.- I nie nazywaj mnie swoim mężem!
Zachichotała widząc jego złość.
- Nooo powiedz. To chyba nie ta blondi Sadie?- Przeraziła się.
Anubis spochmurniał jeszcze bardziej.
- Nie.- Odparł chłodno. - Nie interesuj się.
Podeszła do niego.
- Anu nooo!- Klepnęła go w ramie.- Mi nie powiesz?
Spojrzał na nią ponuro. Zastanawiał się czy dobrze mu to zrobi... A co tam.
- To Włóczykij ...- Wyciągnął obrazek i pokazał jej doskonałe naszkicowany portret niebieskowłosej nastolatki.
Zaczął opowiadać ...
                          * * *
Weszła na stołówkę razem z Olafem, usiadła przy swoim stole z nikim się nie witając. Nadal była smutna i zamyślona. Zaczęła jeść ryż z warzywami, gdy usłyszała dość głośny szept.
- Patrzcie! Ten głupi wodorost znowu sam siedzi. Mówię wam, oni tylko udają. A ten przystojniak jak mu tam... Terry?
- Tak, Terry! On jest taki zabawny... trzeba go poderwać! Hihi.
Włóczykij nie wytrzymując, wstała energicznie od stołu i odwróciła się w stronę szeptów. Córka Tyche i Afrodyty...
Spojrzały na nią lekko zlęknione.
- Skąd niby wiesz, że udają co Vanessa?- Zapytała, niby spokojnie, Meriel. Czuć było od niej złość i pogardę. Na dodatek oczy bardzo jasno się jej świeciły.- A ty Ola?
- A ty co? Przesuchiwantka jesteś? - Odezwała się córka Afrodyty, Ola.
- Idiotko takiego słowa nie ma.- Warknęła niebieskowłosa.- I jakim prawem mówicie tak o Terrym? No jakim?!- To ostatnie krzyknęła i przybliżyła się do nich. Cała stołówka ich obserwowała w napięciu.
- A ty jakim prawem na nas krzyczysz?!- Zapiszczała Vanessa.
Włóczykij mocno ścisnęła w ręce,  trzmany widelec. Całkowicie zła, rozejrzała się po sali. Wpadła na pomysł ...
- A takim, że uważam was za poziom poniżej zera. Więc ...- Zrobiła chwilę ciszy- Tak mogę na was krzyczeć.
- Ty gnido...- Zaczęła Ola, lecz przerwała jej to woda, która cała ją ochlapała i na dodatem bardzo rozmazała jej makijaż. Mokra, rozpłakała się.
Włóczykij mając wysoko uniesione ręce, skierowała kolejną kule wodną, którą zaporzyczyła ze szklanek obozowiczów, na Vanesse, która głośno wrzasnęła i także oberwała wodnią armatnią.
Córka Posejdona uśmiechnęła się chłodno. I tak, po prostu, podrzuciła trzymany widelec, który ...
                          * * *
- Tu jest twój tymczasowy pokój- Naszida uśmiechnęła się i pokazała pomieszczenie blondynowi.
- Skromnie.- Odrzekł Ben rozglądając się.
Dziewczyna uśmiechnęła się lekko.
- To pierwszy nom, więc się nie dziw. Tutaj masz lniane ciuchy.- Wskazała- Jak się przebierzesz, zejdź na dół. Będzie wspólny posiłek.
- Okey...- Mruknął i zamknął drzwi za dziewczyną, kiedy wyszła.
                          * * *
... który zamienił się w srebrny proszek i opadł na ziemię, tworząc małą kupkę. Każdy obecny siedział w szoku.
- Wł..Włóczykij...- Zająkal się Terry, który wszedł pod koniec widowiska.- Co ty zrobiłaś?
- Ja... ja nie wiem.- Odparła zmieszana.
- Włóczykij! - Rozbrzmiał poważny głos.
Wszyscy jak na zawołanie odwrócili się w stronę Pana D., który stał z pokerową miną.
- Chodź.
Dziewczyna w kilku krokach znalazła się przy nim i razem wyszli z pomieszczenia.
W stołówce zabrzmiały podniecone szepty.
- Co ją ugryzło?!- Zapytała lekko zszokowana Victoria.
- Wkurzyła się na Ole i Vanesse.- Oznajmiła Lucy.
- Pewnie coś powiedziały, co ją wkurzyło.- Zgadywał Gabriel.
- No co ty nie powiesz? - Zirytował się Terry.
- Ej no! Przecież tak było Terren!- Oburzył się starszy brat.- Tylko ciekawe co powiedziały ...
- Właśnie.- Zgodziła sie Gloom- Lucy weź tą wiewióre, bo mi zżera fistaszki- Warknęła lekko Victoria i machnęła ręką nad gryzoniem.
Pizduś zaskoczony zamachem na niego, podniósł się gwałtownie i przez swoją tuszę, zachwiał się i balansował na kancie stołu o równowagę.
Gabriel widząc to, puknął lekko w stół i Pizduś spadł z jednym, głośnym plaskiem. Plask.
- Gaba! - Odezwała się głośno Lucifera i schyliła się po zwierzątko.
Rodzeństwo zaśmiało się wesoło.
                       * * *
- Siadaj.- Powiedział krótko Dionizos i sam usiadł za biurkiem.- Widziałaś co się wydarzyło... a raczej co ty zrobiłaś.- Powiedział leniwie.- Wiesz, że istnieją również inne wierzenia. Na przykład bogowie Egipscy...
- Wiem- Odparła niebieskowłosa.
- Tak, tak. Tak więc, ty jesteś coś pomiędzy Włókiju. Jesteś...
- Włóczykiju...- Mruknęła.
- Yhym, jesteś pomiędzy tymi światami, że tak ujmę...
- Co? - Spytała mało elokwentnie.
- To znaczy, że masz w sobie moc swojego ojczulka i matki, która jest magiem, który jest w wierze egipskiej.
Jak widać Posejdon nie miał nic innego do roboty, tylko jeszcze bardziej mieszać świat ... wystarczy już, że Matka Ziemia się budzi...- Mamrotał pod nosem.
- Panie Donyzosie...
- Jak mnie nazwałaś?!- Oburzył się Bóg. - Jam Dionizos! Pan wina... i dietetycznej coli niestety.
- To niech Pan przestanie przekręcać moje imie!- Obruszyła się.
- Tylko w tym sęk, że Włóczykij, to nie jest twoje prawdziwe imie.- Spojrzał na nią z błyskiem w oku.- Prawda panno Meriel?
Zacisnęła pięści.
- Nienawidzę. Tego.Imienia- Powiedziała słowo po słowie.
- Ojojojjj... a znasz przynajmniej jego znaczenie? - Uśmiechnął się kpiąco.- Meriel, to inaczej Lśniąca Fala.
Nagle rozległ się tęt kopyt.
- Panie D. chyba nie jesteśmy tu by rozmawiać o imieniu, prawda? -Uśmiechnął się Chejron.- Już wiesz, że jesteś z dwóch światów prawda? I to do ciebie będzie należeć decyzja do którego będziesz chciała należeć.
Włóczykij spuściła głowę zamyślona.
Ma pochodzenie egipskie. Jej matka była magiem. Anubis jest prawdziwy!
I istnieją bogowie egipscy...
- Chyba jesteś gotowa na spotkanie z wyrocznią, prawda?- Zagadnął centaur.- Zaprowadzimy cię, punktualnie o osiemnastej, do Rachel. Staw się w Wielkim Domu. A teraz...
- A teraz idź sobie.- Mruknął Pan D.
Włóczykij i Chejron spojrzeli na niego sceptycznie.
Gdy Meriel wyszła, od razu skierowała się ku swojemu domkowi.
Po drodze przywitała się z Terrym cmoknięciek i z Vic żółwikiem, gdy kawałek od nich odeszła dało się usłyszeć głośną kłótnie Clary i Gloom, która przed chwilą do niej podeszła. Weszła do swojego domku i położyła się na łóżku.
Jednak nie poleżała sobie zbyt długo, bo rozległo się głośne pukanie.
- Wlaz! - Krzynkęła nie wstając.
- Czemu tak szybko uciekłaś?- Zapytał Terren, siadając obok niej.
- Chciałam być sama...- Zaczęła. - Ale teraz ty tu jesteś.
Uśmiechnęła się do niego i przytuliła mocno. Zadowolony chłopak, położył się obok niej na łóżku i przyciągnął do siebie.
- Ładnie pachniesz... Maliną- Mruknął jak kot.
- Wiemmm- Ziewnęła lekko. Uniosła się na rękach i pocałowała chłopaka.
Ten zadowolony, wpił się jeszcze bardziej. Gdy zabrakło im tlenu, oderwali się od siebie.
- Mam iść do Wyroczni...- Zaczęła po chwili ciszy. Chłopak spojrzał na nią w milczeniu.
- Ja także. - Odparł cicho.- Ale dopiero, gdy przyjdzie na to czas.
Cmoknął ją w czoło i przytulił do siebie.
                          * * *
Komentujcie ;*
#Włóczykij

niedziela, 10 maja 2015

Rozdział XXIV


 - Kto idzie na ognisko? - zapytała Vic, kiedy wyszła z rodzeństwem z pawilonu.
 - Chyba ja idę - stwierdził Gaba. - Dawno mnie tam nie było. Panienki od Demeter za mną tęsknią!
 Wymieniłam z Terrym znaczące spojrzenia.
 - Powodzenia - powiedziała Lucy.
 - Jako jedyna mnie rozumiesz siostro - westchnął Gaba.
Włóczykij dołączyła do nich idąc z Jeffem i Ravinim.
 - Włóczykiju - powiedział Terren i złapał swoją dziewczynę za rękę po czym ruszyli z Gabą za córkami Demeter.
 - Nie idziesz?- zapytała Lucy.
 - Jakoś... nagle straciłam ochotę - odparła starsza siostra.
 - Lucy? Goń mnie! - zawołał Ravi pędząc już w stronę ogniska.
Lucy pobiegła za nim. Jeff, by nie stać niezręcznie przy parze skierował się w stronę swojego domku. Vic widząc go przestąpiła z nogi na nogę.
 - Jonathan - powiedziała, a chłopak odwrócił się i spojrzał na nią. - Przestań się garbić i chodź - posłała mu słaby uśmiech.
 - Szybko zmieniasz zdanie - mruknął Alex i w trójkę poszli za głosem śpiewających dzieci Apollina.

O świcie padało, mimo, że świeciło słońce. Kiedy deszcze przeszedł w mżawkę nad Obozem powstała tęcza.
 Vic otworzyła oczy.
 - Co ty tu robisz? - wymamrotała podnosząc się.
 - Chciałaś wznowić stan wojenny między domkiem Nike a domkiem Aresa  - odparł.
 - C-co? - spojrzała na niego jak na wariata i rozejrzała się po pokoju. - Chwila. Co ja robię w skrzydle szpitalnym? - dziewczyna wstała i usiadła obok swojego chłopaka. - Mam amnezję, możesz mi opowiedzieć co się stało?
 Syn Ateny westchnął i zaczął opowiadać co się wydarzyło na ognisku, Dziewczyna słuchała uważnie.
 Co tam się wydarzyło? Otóż kiedy dzieci Nike wraz z synami Nemezis i córką Posejdona usiedli niedaleko ogniska, jedna z córkę Aresa podniosła się.
 - Victoria! - wrzasnęła przerywając pląsy dzieci Apolla.
Córka Nike wstała.
 - No proszę - uśmiechnęła się szelmowsko dziewczyna. - Clara. Już wróciłaś ze swojej misji? Długo ci to zajęło.
 - Tylko trzy miesiące - odparła Clara wzruszając ramionami. - Ależ się stęskniłam za skopywaniem ci tyłka!
 - Tak? Mam ci przypomnieć ile razy skomlałaś potłuczona?
 - A ty ile razy zwijałaś się z bólu!
 - Nigdy się nie zwijałam z bólu, Clara! Wiesz dobrze, że jestem pod tym względem najwytrzymalsza w Obozie!
 - Uwielbiasz się przechwalać - westchnęła Clara.
- Jestem bardzo skromna - z twarzy Vic nie spływał uśmiech, a jej źrenice mimo słabego światła zwęziły się, tak, że były tylko małymi czarnymi punktami na tle niebieskich oczu.
 - Kim ona jest? - zapytała Włóczykij swojego chłopaka.
 - Córka Aresa, Clara - wyjaśnił Alex wyprzedzając Terrego. - Oby dwie szukają zawsze okazji do walki i rywalizacji.
 - Ale... - zaczęła Meriel.
 - Powstrzymam ją - Alex wstał i uderzył swoją dziewczynę pod lewą łopatką, kiedy ta chciała zaszarżować na córkę Aresa. Vic od tego ciosu zdrętwiała i upadła na ziemię. Mimo, że nie byłaś kąpana w Styksie to twoja Pięta Achillesa, pomyślał Alex i podniósł ją.
Jeden z chłopców od Apolla powstrzymał Clare podkładając jej pod nos jakieś zioło, po którym dziewczyna osunęła się na ziemię.
Obydwaj bez słowa zanieśli dziewczyny do skrzydła szpitalnego.

 - Oł - powiedziała Vic i stanęła na łóżku. - Clara! - zawołała.
Dziewczyna leżąca kilka łóżek dalej zerwała się ze swojego legowiska.
 - Czemu terapie Chejrona nie pomogły wam? - jęknął chłopak. - Ejeżli już musicie walczyć to jedynie na treningach, nie chcecie chyba mieć znowu problemów, co? - zapytał Alex i pociągnął swoją dziewczynę, która zachwiała się i wpadła mu w ramiona.
Wyniósł ją z Wielkiego Domu jak pannę młodą i zaniósł do jej domku. Gabriel jako jedyny spał.
 Alex wniósł Vic akurat, kiedy Lucy stojąca na skraju łóżka brata rzuciła się na Gabę.
 -Wstawaj! - powiedziała, a jej najstarszy brat spadł z łóżka.
 - Lucy - jęknął i spojrzał na parę w drzwiach. - Och, nasza wojowniczka się w końcu obudziła?
  Vic podeszła do swojego kufra i wyciągnęła z niego świeże ubranie, poszła za parawan i się przebrała wciąż milcząc.
 - Chodźmy na trening - powiedziała wychodząc zza parawanu i ciągnąc Alexa do wyjścia.
 - Nie wzięłaś swojego miecza - zauważył, ale ona znów postanowiła milczeć.
Weszła na arenę, gdzie Clara stała oparta o swój miecz. Gdzieś dalej Jeff trenował z Ravim i Włóczykijem walkę dwoje na jednego.
 - No proszę, panna Tytanida łaskawie się zjawiła - powiedziała Clara.
 - Nie nazywaj mnie Tytanidą - mruknęła Vic trzymając swój miecz.
 - Nic nie rozumiem, kiedy on się pojawił? - zapytał cicho Alex patrząc na jej broń, po czym westchnął i odsunął się od dziewczyn.
 - To może będę cię nazywać pomniejszą heroską, co? - Clara wyszczerzyła zęby w uśmiechu.
 - Spadaj do wulkanu! -  Vic i uniosła miecz.
 Rozległ się odgłos galopującego konia.
 - Chejron - powiedziały naraz.
 W jednej chwili Clara oddaliła się na kilka metrów od Vic, która przykleiła się wargami do ust swojego chłopaka, wszystko po to, by wyglądać niepozornie.
 - No już - powiedział Chejron. - Koniec miziania, czas zacząć trening.
Na arenę wbiegło rodzeństwo Vic.
 - Witaj Chejronie! - zawołał Gaba.
 - Witajcie - odparł centaur.
Chejron nawet nie zauważył swojej pomyłki, że przydzielił Clarę do Vic. No cóż. Kiedy stary kopytny od galopował, by nadzorować łucznictwo córka Aresa natarła na córkę Nike.
 - To co mówiło moje rodzeństwo to prawda - stwierdziła Clara. - Jesteś z Alexandrem.
 - Już od dwóch miesięcy - odparła Vic.
 - Słyszałam, że Lili została ukarana za...
 - Za swój egoizm - dokończyła jej Vic, która z obrony przeszła do ataku.
 - Hyh, takie niewiniątko - prychnęła Clara. - Kto by pomyślał.
Dziewczyny skrzyżowały miecze.
 - Już miałam nadzieję, że nie wrócisz z tej misji - powiedziała córka Nike.
 - Wróciłam, by skopać ci tyłek - warknęła i pchnęła mieczem. Vic zachwiała się do tyłu, ale nie upadła.
Natarła mieczem na Clarę, która zrobiła unik i znów pchnęła mieczem rozrywając bluzkę panny Gloom w poziomie.
  - Ładną bliznę ci zrobiła Lili - zaśmiała się cicho.
 - A żebyś wiedziała jak fajnie rana mi krwawiła - odparła Vic z dzikim wzrokiem i ścięła z nóg rywalkę, która upadła na piasek.
 - Osz ty! - Clara wstała i z uniesionym mieczem, by natrzeć na Vic, oderwała w brzuch.
Zatoczyła się do tyłu.
 - Gdyby to była prawdziwa walka już dawno nie miałabyś głowy - powiedziała Vic.
 - Za prawdziwą walkę uważasz moment kiedy walczysz w furii? - zapytała Clara.
 - Lepszym określeniem jest trans.
 - Wczoraj widząc mnie prawie popadłaś w... furię - westchnęła Clara.
 - Przyznam szczerze, że bez ciebie bywało tu nudno - powiedziała Vic.
 - Nie ma nikogo równemu tobie? - zaśmiała się córka Aresa.
 - Z nikim się nie mogłam tak zażarcie kłócić - poprawiła ją Vic. - I ty nie jesteś mi równa - dodała Vic odwracając się do niej tyłem. - Jesteś strasznie słaba.
 Clara zignorowała uwagę patrząc na tył jej bluzki.
 - Przekleństwo - wymamrotała.
 - Mówiłaś coś do mnie? - zapytała Vic.
 - Bogom nie spodobał się twój tatuaż? - zakpiła, ale po chwili spoważniała. - Masz na plecach jakieś przekleństwo.
 - Wiem - westchnęła Vic. - Już się do tego przyzwyczaiłam.
 - Szkoda mi cię - stwierdziła. - Rozmawiałaś z matką.
 - Nie...za każdym razem kiedy spróbuję z nią o tym porozmawiać, zasypiam i  śnią mi się poryte sny...
 - Może Iryda się podirytowała, że przez ciebie, jej cór...
 - Wątpię - westchnęła Vic. - Jestem pewna, że moja mama maczała w tym palce.
 Meriel podeszła do Alex'a.
 - Myślałam, że one się nienawidzą - powiedziała.
 Alex nie przerywając treningu z synem Apollina.
 - Nigdy nie żywiły do siebie nienawiści - powiedział Alex. - Uwielbiają między sobą rywalizować, walczyć i się wyzywać oraz drwić z siebie, ale w trudnych chwilach potrafią się wspierać.
 - Dziwna znajomość - stwierdziła.
 - No cóż... - odparł Alex blokując atak towarzysza.

 Przechadzając się po obozie Lytos, zauważył Lucy siedzącą pod drzewem. Podszedł do niej i usiadł na przeciw niej.
 - Hej Lucy - przywitał się. - Nie powinnaś być teraz na treningu?
Dziewczyna otworzyła oczy.
 - Zagłębiałam się w podświadomość - oznajmiła.
 - Po co?
 - Nieważne - mruknęła. - Widziałeś Pizdusia?
Jak na zawołanie jej wiewiórka spadła z drzewa na jej kolana.
 - Uh - jęknęło stworzonko.
Lucy pogładziła jego futerko.


 Anput siedziała na parapecie swojego pokoju.
 - Na Bogów, jaka nuda - jęknęła.
Zeskoczyła ze swojego parapetu i podeszła do półki nocnej, gdzie miała własnoręcznie zrobiony portret jej dawnej najlepszej przyjaciółki.
 - Mira - powiedziała cicho. - Tęsknię za tobą.
Kira uniosła łeb i przekrzywiła go.
 - Pani - powiedziała biała szakalica. - Minęło kilkanaście tysięcy lat - przypomniała jej Kira.
 - Wiem, ale w przeciwieństwie do ciebie, ona była śmiertelna.
 - Tak - Kira zeskoczyła z łóżka. - Może... zejdźmy do świata śmiertelników...
 - Dobrze mi to zrobi - stwierdziła i po chwili stała na cmentarzu, a jej widmowy szakal przybrał formę białego dobermana.
 - Oby tym razem nie zawracał mi głowy - powiedziała do siebie.
 - Kto? - zainteresowała się Kira.
 - Natręt - mruknęła. - Lubię ten cmentarz.
 - Ja też - odpowiedział jakiś chłopak siedzący na nagrobku za nimi.
Anput odwróciła się.
 - Zrobiłeś sobie przerwę, Anu? - zapytała dziewczyna.
 - Mam dziś wolne - odparł chłopak. - I powiedz... jaki natręt?
 - Nieważne - mruknęła.
 - Powiedz- nalegał. - Muszę mieć pewność, że moja siostrzyczka jest bezpieczna.
 - Powiedział, ten który chce opuścić Duat, by być śmiertelnikiem - powiedziała cicho. - Jak chcesz mieć pewność, że będę bezpieczna? Nie będziemy mogli się tak często spotykać, bracie.
 - Wiem siostro - odparł smutno.
 - Jesteś idiotą - dziewczyna miała łzy w oczach. Przyłożyła swojemu bratu z liścia.
 Jego polik zrobił się czerwony, co było bardzo widoczne na bladej twarzy.
 - Bardziej się wkurzałaś kiedy się dowiedziałaś, że jesteśmy rodzeństwem - mruknął Anu.
- Jesteś beznadziejny - krzyknęła i ze spuszczoną głową odwróciła się i zrobiła kilka kroków po czym wpadła na coś, a raczej na kogoś.
 - Znowu ty? - syknęła.
 Mulat nie spojrzał na nią. Jego spojrzenie skierowało się na brata dziewczyny.
 - Co za mężczyzna sprawia, że kobieta płacze? - zapytał chłopak z niebezpiecznym spojrzeniem.
Anput przeszedł dreszcz, kiedy spojrzała na swojego brata, który miał chęć mordu.
Wykorzystam to, pomyślała, byle by się nie nudzić.
Anput puściła jeszcze kilka łez po policzku i przytuliła się do przystojnego mulata, który był bardziej biały niż czarny.
Zdziwiony chłopak odwzajemnił to i pogładził dziewczynę po włosach.
Anubis zdusił przekleństwo. Jak on śmie przytulać jej siostrę... i jego byłą żonę?! Mimo, że sam czasem umawiał się ze śmiertelnicąmi, nie mógł nawet patrzeć nawet,  kiedy jego siostra tylko rozmawiała z jakimś chłopcem.
 - Jak masz na imię? - zwróciła się do chłopaka.
 - Cameron - odparł.
 - Anput - szepnęła. - Podobasz mi się - stanęła na palcach i pocałowała nastolatka, który ku własnemu zdziwieniu odwzajemnił to.
Kiedy ostatnim razem się całowała? Jakieś trzydzieści lat temu? Może więcej.
 - Szu, potrzebuję przyzwoitki dla siostry - powiedział Anubis.
W jednej chwili zerwał się silny wiatr rozdzielający całującą się parę. Anput poleciała do tyłu. Anubis złapał ją za nadgarstek i wrócili do jej pokoju w Duat.
 - Co ty sobie wyobrażasz? - warknął.
Anput rozpięła bluzę ukazując T-shirt na którym był napis ,,Spadaj do wulkanu''.
 - Aha, czyli teraz nie zamierzasz się do mnie odzywać? - zapytał. - Kiedyś mi za to podziękujesz.
 Tego było za wiele.
 - Słuchaj - powiedziała - powiedziałeś mi to samo, kiedy spotykałam się, dwieście lat temu, z tamtym pomniejszym bóstwem. I wiesz co? TO, ŻE GO ZOSTAWIŁAM TO BYŁ NAJWIĘKSZY BŁĄD MOJEGO ŻYCIA!!! A dlaczego go zostawiłam? Zagroziłeś mi, że jeśli tego nie zrobię to spopielisz go!
Anubis przestąpił z nogi na nogę zachowując kamienną twarz.
 - Cieszę się, że rezygnujesz, bo już nie będę miała takiego upierdliwca na głowie jak ty!
 - Anput...
 - Zamknij się! Wyjdź z mojego pokoju!

Było już po obiedzie. Słońce grzało przyjemnie, więc Alex i Vic udali się na plażę. Trzymali się za ręce idąc wzdłuż brzegu. Weszli na molo i usiedli na samym końcu. Chłopak objął ją ramieniem.
 - Vi... - zaczął, ale coś go złapało za kostkę i wciągnęło do wody.
Dziewczyna przewróciła oczami, a po chwili z wody wynurzyła się Włóczykij, Terren i Alex.
 - Wy to umiecie zepsuć romantyczny nastrój - mruknęła Vic.
 - Em.. dzięki, wzajemnie - odparła Meriel.
 - Zgaduję, że całowaliście się w podwodnej bańce.
Terren lekko się zarumienił.
 - No może, troszkę - powiedział cicho.
Alex podciągnął się z powrotem na pomost i usiadł obok swojej dziewczyny.
 - Jesteś mokry - mruknęła nieco się odsuwając.
Podirytowany pchnął ją.
 - Alex! - krzyknęła wpadając do wody.
 Wynurzyła się kaszląc.
 - Zabiję cię - mruknęła wchodząc na pomost.
 - Teraz jest sprawiedliwie - westchnął Alex.
Meriel i Terren spojrzeli po sobie i zanurzyli się.Włóczykij znów stworzyła bańkę, która objęła ją i jej chłopaka.
 - Na czym skończyliśmy? - zamruczał chłopak.
 - Przypomnę ci - odparła dziewczyna przybliżając się do niego, po czym wpiła się w jego usta.
- Już pamiętam - szepnął i ponowił pocałunek, i po chwili połaskotał ją językiem po podniebieniu.
 - Ej - oderwała się od niego. - Łaskocze... albo swędzi.
Tery miał wredny uśmiech na twarzy.
 - Dziwne uczucie, no nie? - zaśmiał się cicho.
Ochlapała go wodą.

 - Co chciałeś mi powiedzieć? - zapytała dziewczyna.
 Alex wziął głębszy wdech.
 - Kocham cię - powiedział to po raz pierwszy od kiedy są parą i trochę bał się reakcji dziewczyny.
Ona zaś przez chwilę siedziała całkowicie nieruchomo po czym przybliżyła się do Alexandra.
 - Ja ciebie też kocham, Alex - odpowiedziała.
Zamknęli oczy. Chłopak nachylił się i poczuł swoimi wargami jej usta. Złączyli je w nieśpiesznym pocałunku. Dziewczyna lekko uśmiechnęła się czując jego język w ustach i już zapomniała o całujących się pod wodą Meriel i Terrenie, którzy też zapomnieli o jej i Alexa istnieniu.

Komentujcie, inaczej nie będzie kolejnych rozdziałów. :) To ostatni, który wstawiamy bez komentarzy z poprzednich postów,

~ Zakrwawiony Kapturek

czwartek, 23 kwietnia 2015

~Iryfon~

  Ani zamknięty ani zawieszony. Hmmm... więc czemu wstawiamy tak mało postów? Otóż... to przez waszą aktywność... nie bierzcie sobie tego do serca, ale naprawdę, czy jeden mały komentarz jest tak trudno wstawić?
  Chciałabym wraz z Włóczykijem wiedzieć co myślicie o blogu, chcemy poznać waszą krytykę, może macie jakieś pomysły?
 Jeśli nie dacie komentarza nie będziemy wiedziały co same mamy o tym myśleć. Nie wiemy czy wam się podobają.

 Bym zapomniała - blogger lubi szwankować, dlatego my, adminki radzimy wam przechodzić na Spis Treści w zakładkach. Jeżeli ktoś czyta nas na telefonie, to niech zrobi sobie od razu zakładkę na swoim mobilnym urządzeniu, by bezpośrednio przechodzić na Spis. Dla ułatwienia w Spisie Treści przy KAŻDEJ NOWEJ MINIATURCE i ROZDZIALE będzie pisało [Nowy]. ^^

Planujemy również założyć stronę na facebooku o naszym blogu i będziemy też reklamować inne ciekawe.

~Czerwony Kapturek

#Włóczykij


hell yeah animated GIF

niedziela, 12 kwietnia 2015

Rozdział XXIII

- Włóczykiju! Włóczykiju!
Błękitnowłosa odwróciła się jak na zawołanie, lekko zirytowana, że przerwano jej trening. Lecz gdy zobaczyła kto ją woła, poprawił jej się lekko humor.
- Cześć Marika.- Przywitała młodszą heroske.- Jak tam u ciebie?
- Jakoś leci... ostatnio nie miałam życia w swoim domku.- Poskarżyła się.
- O, a to czemu?
- A jak myślisz? To przez, to jabłko. Dziewczyny wpadły w szał, no i jeden chłopak.
- A ty nie?
- Nooo byłam troszkę niezapokojona, ale zorientowałam się, że to głupi żart. - Niby jakim cudem? - Zdziwiła się Meriel.
- Paznokciem zadarłam skórę owocu, tak by inne nie zauważyły.
Starsza z dziewczyn zaśmiała się melodyjnie.
- Sprytnie. A czemu nie powiedziałaś im, że to podróbka?
- Miałam się z kogo śmiać. - Uśmiechnęła się. - A jak tam przedwczorajsza bitwa o sztandar? Z kim byłaś?
- Byłam z Ateną, Aresem, Hermesem i kimś tam jeszcze. Wygraliśmy- Wyszczerzyła się.
- Jakie miałaś stanowisko?
- Pilnujący sztandaru, flaga była obok strumyka Zefira, więc siadłam sobie na drzewie i pilnowałam.
- Fajnie. A podobno kogoś nieźle urządziłś. Kogo?- Spytała Marika.
Włóczykij zrobiła ironiczną minę.
- Terrego od Nike i Gevina od Apolla.
- A co im zrobiłaś?- Spytała zafascynowana młodsza.
- Gevina walnęłam w kark i stracił przytomność, a Terr oberwał w dłoń strzałą.- Odpowiedziała lekko zachmurzona.- Ale dostali nektar i ambrozje, to nic im nie jest.
Córce Afrodyty zaświeciły się oczy.
- Kurcze! Jak ja bym tak chciała ...
Córka Posejdona uśmiechnęła się.
- To ćwicz mała. Dobra, ja muszę iść. - Znarszczyła czoło. - Chyba na starożytną greke... chyba. To cześć!
- Papa Włóczykiju.- Marika pożegnała się i ciężko westchnęła. Czemu musiała być córką bogini miłości i mieć siostry tapetki... no może oprócz Piper i dwóch innych... ale i tak tamtych ma dość!
                          * * *
- Na bogów!  Jak tu obleśnie szaro! Jak tutaj ci śmiertelnicy mogą żyć?! Zero zieleni, a jak już to uwięzione kwiaty w donicach...- Marudziła.
- Pii.- Zgodziła się Kei, jeż albinos.
- Chyba sobie gdzieś postój zrobimy, bo niedobrze mi.- Rozejrzała się dookoła i zagwizdała przeciągle- Zaraz Tipo przyleci i idziemy.
Zaczekały chwilę, a po krótkim czasie biały kruk zleciał na ramię Hany.
                         * * * 
Włóczykij po zajęciach z greki poszła na trening z łucznictwa, które nadzorował Chejron.
Gdy dotarła na arene, stanęła przy jednym manekinie i schyliła głowę by związać swoje niebieskie kudły, które zdążyły się jej już znudzić.
- Trzeba je pofarbować- Mruknęła cicho.
- Fajnie byś w jasnym brązie wyglądała.
Podniosła się do pozycji pionowej i spojrzała z zmarszczonymi brwiami na swojego chłopaka, który był nadwyraz smutny.
- Co ty tu robisz?- Spytała szorstko bez ogródek.
- Chejron mnie do ciebie przydzielił, bo jest nieparzyście.- Wyjaśnił Canavan
- Aha. - Odpowiedziała krótko i upuściła swój kamyk i przeistoczył się w sprzęt strzelniczy, zaś chłopak wziął łuk obozowy. Stanęli w odległości sześciu metrów od manekina i na zmianę trafiali do celu.
Włóczykij była w swoim żywiole walecznym, uwielbiała strzelać. Ani razu nie spudłowała. Terry patrzył na jej uśmiech z lekką radością, tak by ona nie zauważyła. Chciał ją przeprosić.
- Włóczykij...- Powiedział głośno co wybiło dziewczynę z transu i strzała odbiła się od tarczy manekina i poszybowała w stronę grupki obozowiczów.
- Gleba!- Wrzasnęła do nich. Zrobili zdezorientowane miny, ale posłuchali natychmiast. Pocisk wbił się w drzewo tuż nad głową jakiegoś chłopaka od Hekate, który był przerażony.
Wściekła Włóczykij odwróciła się w stronę Terrego.
- Czego?!- Warknęła.- Pogratulować tępy bucie, ktoś przez ciebie by oberwał.
- Ja aa... - Przestraszył się wściekłej dziewczyny, ale musiał przyznać, że wyglądała uroczo.
Włóczykij westchnęła ciężko i schwała kamień do kieszeni, koniec treningu.
Spojrzała jeszcze raz na skruszonego chłopaka z lekkim smutkiem, brakowało jej go. Gdy odeszła Terr zrezygnowany poszedł do swojego domku, wszedł po drabince na swoje łóżko i walnął się na nie. Nawet nie zauważył zdziwionego spojrzenia Lucy, która akurat była w pomieszczeniu wraz ze swoją wiewiórką.
- Coś się stało? - Spytała cicho.
Brat podniósł głowę i spojrzał na nią z góry. Westchnął.
- Włóczykij się stała, ot co.
Lucy pokiwała energicznie głową i usiadła na swoim posłaniu po turecku. Czekała aż on rozwinie swoją wypowiedź. Po chwili doczekała się.
- Nie daje mi dojść do słowa, ciągle warczy... Ogólnie wydaje się obojętna! - Zrezygnowany schował twarz w dłoniach.
Lucy patrzyła dłuższą chwilę na brata i na jego rezygnacje.
- Zamknij jej usta i przeproś w ustronnym miejscu.
Chłopak zmarszczył brwi i spojrzał na młodą.
- Jesteś genialna! Tylko... jak ją zaciągnąć w miejsce, które jest mało używane.
Dziewczyna postukała się palcem wskazującym po brodzie.
- Spytaj Olafa.- Wstała z łóżka.- Ja ide, hej.
                         * * *
Biały satyr przechadzał się polem truskawek, co chwila jakąś zrywał i zajadał się ze smakiem.
Spojrzał zamyślony w dal, w okolice Pięści Zeusa, i przejechał ręką po swoich blond włosach z niebieskimi końcówkami, które powoli blakły.
- Chyba poprosze Włóczykija o farbe.-Mruknął do siebie.
Skinął jakiejś nimfie głową na powitanie i znów schylił się po truskawkę.
- Masz chyba duże dno w żołądku, bo tyle tych owoców zjadłeś!- Olaf odwrócił się, z zmarszczonymi brwiami, w stronę głosu.
- Witaj Lytosie.- Przywitał satyra lekkim uśmiechem.- Na truskawki zawsze mam miejsce w żołądku.
- Ja jakoś za nimi nie przepadam, preferuje pomarańcze, albo jabłka. Lepsze.
- Em... nie. Nie lubie pomarańczy.
Starszy satyr zrobił dziwną minę.
- Aha. Dziwne.
Olaf zaśmiał się krótko i sięgnął po kolejny owoc. Już miał brać go do ust, gdy zobaczył postać biegnącą w ich stronę. Lytos uniósł brwi i odwrócił się w kierunku, gdzie patrzył biały satyr.
Osoba podbiegła do nich troche zdyszana i podparła ręce na kolana by złapać oddech.
- Cześć Terren.- Uśmiechnął się Lytos.
- Hej, Olaf?
- Hmmhm? - Zapytał niemo, przeżuwając czerwony, smaczny owoc.
- Wiesz gdzie Włóczykij? - Spytał szybko.
- Jak powiesz mi, która godzina, to może będę wiedział, gdzie jest mniej więcej
- Za pięć piąta.- Oznajmiał Lytos patrząc na swój zegarek.
Młodszy satyr zamyślił się.
- Zazwyczaj siedzi przy jeziorze i ćwiczy panowanie nad wod...- Nie dokończył, gdyż Terr ,dziękując , pobiegł w wskazane miejsce.
Lytos przyglądał się temu w zdumieniu, ale wzruszył ramionami i sięgnął pa truskawke.
- A jednak!- Zaśmiał się Olaf.
- Ojjj, cicho, raz można zjeść. - Zarumienił się i również zaśmiał. Klepną przyjacielsko towarzysza w ramię i pogrążyli się w wesołej rozmowie.
                          * * *
Siedziała na jakimś cmemtarzu, już od dawna planowała wyjść na zewnątrz by zaczerpnąć świeżego powietrza.
Przysiadła na jakiejś ławeczce i przemknęła oczy.
- Byś zawiał trochę wiatrem Szu.- Mrunkęła Anput.
Jak na zawołanie zaczął wiać ciepły, przyjemny wietrzyk. Uśmiechnęła się zadowolona i rozpuściła swoje proste, czarne włosy, które sięgały jej aż do końca pleców.
Po jakimś czasie wstała i powolnym krokiem skierowała się w stronę bramy.
Gdy już pod nią stanęła, uniosła błękitne oczy i przeczytała napis ,,Memento homo morii"*
- Sieemasz śliczna.- Usłyszała i podskoczyła lekko z zaskoczenia. Odwróciła się i ujrzała mulata, ładnego mulata, który uśmiechał się szeroko.
- Witam.- Odpowiedziała chłodno. - Czego chcesz?
Jego uśmiech się jeszcze bardziej poszerzył.
- Chcę się zapoznać z urokliwą i mroczną damą, która stoi pod cmentarzem.
- To poszukaj sobie innej, a mi spokój daj natręcie.
- Aale...
Wywróciła oczami.
- I tak umrzesz.- Zakończyła dziwnie rozmowe i poszła w głąb cmentarza, zostawiając za sobą chłopaka, który miał idiotyczną minę i nic nie zrozumiał.
Westchnęła jeszcze raz i przymknęła oczy by znaleść się w swoim pokoju.
Odetchnęła, pogłaskała Kirę i położyła się na łóżku, by zagłębić się w krainę snów.
                         * * *
Biegł ile sił w nogach, chciał jak najszybciej znaleźć swoją dziewczynę. Brakowało mu tchu, ale uporczywie biegł dalej. Był synem Nike! Musiał dać rade.
Tak! Jeszcze niedaleko. Jeszcze chwila. Siedzi z jego siostrą i z czegoś się śmieją.
Terren opiera się niedaleko o drzewo i łapie oddech by lepiej zacząć rozmowe. Czarnowłosa nagle wstała, machnęła ręką i truchtem odbiegła w stronę swojego chłopaka,  razem gdzieś odeszli.
Zaś błekitnowłosa zarzuciła na siebie półprzezroczystą chustę i wstała powoli z ziemii. Canavan podbiegł do niej prędko.
-Włóczykij!
Odwróciła się zdumiona, a gdy zobaczyła kto ją woła, posmutniała, ale szybko przybrała swoją maske opanowania.
- Nie mam czasu...- Odparła i odwróciła się do niego plecami by szybko odejść.
Ale przeszkodziła jej ręka chłopaka, która złapała ją za ramię.
- Poczekaj... chcę przeprosić.- Zrobił skruszoną minę.
Marszcząc brwi spojrzała na niego powątpliwie.
- Przepraszam Włóczykiju.- Wyszeptał siedemnastolatek.
Patrzyła na niego przez dłuższą chwilę. Ten zasmucony jej brakiem jakiegokolwiek sygnału przebaczenia, spuścił głowę.
Widząc jego reakcję uniosła kącik ust do góry i sięgnęła ręką do jego brody i uniosła tak by jego piwny kolor oczu spotkał się z jej stalą. Stanęła na palcach i musnęła jego usta.
Zaskoczony aż otworzył usta.
- Nnie spodziewałem się tego.- Oznajmił.
Zaśmiała się krótko, melodyjnie.
- Musisz robić tak jak ja.
- A ty co robisz?- Spytał zaciekawiony. Przytulił ją do siebie by była bliżej. - Hmmm?
- Niczego się nie spodziewam. I wtedy nie jestem później rozczarowana.- Odpowiedziała Włóczykij.
Uniósł brwi.
- Mądre słowa. Może się tego naucze.
Zaśmiała się lekko i złapała go za rękę.
- Chodź zaraz kolacja.
Weszli do Jadalni.
- Idę do siebie.- Stanęła na palce i cmoknęła go w policzek. Potem, wielkimi krokami, doszła do swojego stolika i zaczęła pałaszować swoją kolację.
Uśmiechnął się na ten widok i wesołym krokiem podszedł do swojego stołu.
Jego rodzeństwo spojrzało na niego dziwnie, prócz Lucy, która wiedziała o co chodzi.
- Boli cię głowa?- Spytała podejrzliwie Victoria.
- Lepiej!- Wyszczerzył zęby.
- Masz wrzody na żołądku? - Uniósł brwi Gabriel.
- Nie głąbie.- Spojrzał porozumiewawczo na Lucy.- Pogodziłem się!
- Z połamanym oszczepem, który dostałeś od Chejrona?
- Zamknij sie Gaba! Z Włóczykijem się pogodziłem.
- No w końcu! - Westchnęła Vic.
- Co w końcu kochanie?- Alex objął swoją dziewczynę i przysiadł się do ich stołu.
- Kelp i mój brat się pogodzili.
- Aaa o to chodzi. Nie no brawo.
Zaśmiali się obecni przy stole.
                         * * *
- Kim jesteś?- Zapytała wysoka dziewczyna, celując chepeszem w stronę chłopaka.
- Jestem Ben.
- Ja Naszida... po co tu przyszedłeś i skąd wiesz o Pierwszym Nomie?
- Kazała mi tu przyjść Izyda...
                          * * *
Memento homo morii- Pamiętaj człowieku o śmierci.
#Włóczykij.

sobota, 4 kwietnia 2015

Iryfon.

Czujemy się zawiedzione.
Czy to tak wiele, zostawić po sobie komentarz? Przecież, to jest takie proste, a dla nas tak wiele znaczy.
Tracicie na tym, ponieważ nie wstawiamy dalej rozdziałów, a mamy już kilka w przygotowaniu.
Naprawdę niewiele od was wymagamy. Jeden komentarz. JEDEN.
Na innych blogach wymagają co najmniej pięć lub dziesięć!
Naprawdę smutno nam, że tak robicie.
Z pozdrowieniami.
#Włóczykij.
~Zakrwawiony Kapturek
Ps. Są zmiany w zakładce Bohaterowie.
Ps2. Przeglądajcie dokładnie stronę główną, ponieważ może się zdarzyć, że nowe rozdziały bądź miniaturki, będą pod starszymi.

Miniaturka ~Szakale cz. 6

Sala Sądu przypadła szakalom do gustu. Była mroczna, ciemna i cicha. Naprzeciw tronu, na którym zasiadł Ozyrys, była postawiona wielka złota waga.
 - Tu jest tak pięknie - powiedziała Anput.
 - Tak - potwierdził Anubis, którego głowa przybrała szakalą formę tak jak i Anput.
 - Jest mały problem - odezwał się Ozyrys.
Szakale spojrzały na niego stawiając uszy.
 - Jedno z was będzie obsługiwać wagę. Tylko jedno.
 - Które z nas? - zapytał Anubis.
 - Jeszcze nie wiem, ale bogowie omówią to na następnym zebraniu. Będą pewnie brali pod uwagę, które z was jest potężniejsze i takie tam...
 Anubis spojrzał na narzeczoną.
 - Pewnie wybiorą ciebie - zetknął swój szakali nos z jej szakalim nosem. - Posiadasz potężniejszą moc od mojej i to ty nauczyłaś ludzi odprawiania pogrzebów.
 - Ty nauczyłeś ich ceremonii balsamowania zwłok - przypomniała mu. - No i jesteś mężczyzną.
 - Co to ma do rzeczy?
 - To, że kobiety są na drugim planie - podpowiedział Ozyrys.
 - Mniej ważne - mruknęła Anput
 - Nie mów tak - dotknął jej szyi opuszkami palców. - Jesteś według mnie ważniejsza ode mnie.
 - Dziękuję Anubisie.

 Wątek ,,Który z bogów ma objąć stanowisko przy wadze'' spowodował zażartą kłótnię pomiędzy boginiami a bogami. Kobiet uważały, że mężczyźni objęli już wystarczająco dużo ważnych stanowisk, więc dla odmiany Anput może takowe objąć, oni zaś uważali odwrotnie. Sądzili, że kobiety się nie nadają.
 - Mam dosyć - powiedziała Izyda. - Jesteście egoistami!
 - Zgadzam się - powiedziały naraz trzy boginie.
 - Nie będę tu siedzieć, kiedy obraża się moją płeć - oznajmiła Anput i wyszła.
Bogowie ucichli. Od kilkuset lat nie zdarzyło się, by jakiś bóg wyszedł w trakcie trwania.
 - Ależ tupet - syknął Sobek.
Izyda spojrzała na na Neftydę i wyszła. Jej siostra za nią. Po chwili w sali byli sami mężczyźni.
 - Anubisie obejmiesz to stanowisko - powiedział Ra.
 - Ale Anput...
 - TY - bóg spojrzał na niego drapieżnie.
 - Tak Panie - położył po sobie uszy niezadowolony.

Panie wyszły z Niebiańskiego Pałacu i udały się do własnych świątyń. Anput postanowiła odprowadzić Izydę.
 - Jestem w ciąży - powiedziała Izyda.
Anput zatrzymała się.
 - Jeśli mój ojciec się dowie to wyciągnie je z ciebie.
 - Wiem. Postanowiłam udać się gdzieś, gdzie mnie nie znajdzie. Przepraszam, że nie będę na twoim ślubie.
 - Życie jest ważniejsze niż ślub - Anput posłała jej słaby uśmiech.
 - Dziękuję, że rozumiesz - powiedziała bogini. - Może niedługo się zobaczymy - Izyda rozpłynęła się w powietrzu, a Anput przeniosła się do Duat.
 Dziewczyna usiadła przy wadze.
 - Co zadecydowali? - zapytał Ozyrys.
 - Boginie wybrały mnie, Bogowie Anubisa - odparła.
 - Czyli Anubis będzie ważył...
 - Ale...
 - Słowo mężczyzny jest ważniejsze niż kobiety - odparł sucho niezadowolony, że szakalica uważa inaczej. - Kobiet się nie liczą.
 Po raz pierwszy Anput poczuła się jakby była najniższej rangi społecznej. Po jej policzku spłynęła łza, a za nią kolejna.
 - Możesz już iść. Skoro Anubis obejmie stanowisko, to nie masz potrzeby tu przebywać.
Wybiegła z Sali Sądu mijając Anubisa na korytarzu.
 - Anput! - zawołał za nią.
 Nie odpowiedziała mu. Skręciła w jakiś korytarz. Kiedy była niedaleko swojego pokoju Anubis złapał ją za ramię. Zatrzymała się i szybko otarła swoje łzy dłonią.
 - Czemu płaczesz? - zapytał.
Przełknęła ślinę dalej milcząc.
 - Anput? - Anubis odwrócił ją ku sobie. - Co się stało? - w jego głosie była troska.
 - Ile dla ciebie znaczę? - zapytała.
 - Jesteś dla mnie wszystkim.
 - Ale wiesz, że kobieta równa się nic? - spróbowała mu się wyrwać, ale on zacisnął mocniej palce.
 - Nie wierz w co mówią inni - powiedział. - Jesteś najważniejsza w moim nieśmiertelnym życiu.
 Przytuliła się do jego nagiej, umięśnionej klatki piersiowej. Odwzajemnił to i delikatnie gładził ją po jej czarnych włosach.
 - Będziemy wspólnie ważyć serca umarłych - szepnął.
 - Dziękuję - odszepnęła wtulając się w niego bardziej. - Na którego wyznaczyłeś datę ślubu?
 - Za tydzień...
 - Tak szybko?
 - Chciałem jak najszybciej - pocałował ją w policzek.
Uśmiechnęła się pod nosem i odkleiła od niego. Uniosła wzrok i zauważyła delikatny uśmiech na jego twarzy.


 W dniu ślubu Anput obudziła się wcześnie w swojej świątyni w Mieście Psów. Przeciągnęła się i wstała. Mira leżąca na swoim legowisku ze swoim partnerem otworzyła jedno oko, ale po chwili je zamknęła.
 - No w końcu - odezwał się ktoś siedzący w koncie.
 - Mama? - zdziwiła się.
 - Witaj - bogini uśmiechnęła się.
 - Hej Anput - odezwała się siedząca obok niej Taweret.
 - Witaj - odparła szakalica, - Wybaczcie, ale pójdę się wykąpać...
 - Oczywiście. Przygotowałyśmy ci kąpiel - uśmiechnęła się Neftyda,
 - Mmm... dziękuję - dziewczyna zniknęła za drzwiami łazienki.
 Spojrzała na wannę. W wodzie pływały płatki kwiatu błękitnego lotosu.
Zrzuciła z siebie białą suknię i weszła do wody. Odetchnęła relaksując się.
 - I jak? - zapytała Taweret.
 - Cudownie - odparła dziewczyna nurkując w wodzie. Wynurzyła się po minucie. - Jeśli mogę spytać, wiesz co to prywatność?
 - Och, wybacz, ale to twój wielki dzień.
 - Wieeem...
Kiedy się umyła wyszła z wody i przepasała się w pasie jedwabnym ręcznikiem wyszła na balkon wraz z dwiema boginiami. Na piersi opadły jej mokre włosy, więc mniej więcej były zasłonięte.
 - Piękny dzisiaj dzień - powiedziała Anput spoglądając w niebo.
 - Tak - odparła hipopotamia bogini. - Spójrz jak Nil błyszczy w świetle poranka!
 - Tak - rozmarzyła się szakalica. - Wolę mrok, ale dzisiejszy dzień jest naprawdę cudowny.
Na dźwięk otwieranych drugich drzwi prowadzących na balkon, z pokoju Anubisa, trzy kobiety odwróciły nagle głowy w tamtym kierunku.
 Dumny Bes wszedł na balkon i skamieniał widząc boginie z czego jedna była prawie, że naga.
Anubis wszedł za nim również miał na sobie jedwabną przepaskę, a jego włosy były wciąż mokre.
 - Coś tak zesztywniał? - zapytał i zobaczył swoją narzeczoną, która dodatkowo zasłoniła piersi ręką.
 - Ekhm, co was tu sprowadza? - zapytała Anput.
 - Anubis musiał ochłonąć - wydukał Bes. - Rozwalił wazę i podarł pościel z nerwów.
 - Wstydziłbyś się - powiedziała Neftyda. - Bierz przykład z Anput, oazy spokoju.
 - Tsa - mruknęła i wróciła do swojego pokoju i rozwaliła glinianą miskę. - Bogowie, ja dziś wychodzę za mąż - powiedziała histerycznie i zakopała się w pościeli.
 Słysząc ją Bes szepnął do Anubisa:
 - Zaraziła się histerią, twoja wina.
 - Wspaniale - odparł sarkastycznie i wrócił do swojego pokoju.
- Anput, skarbie. Wyjdź z łóżka - powiedziała Taweret.
- To ja przygotuję kosmetyki i suknię - powiedziała Neftyda.
Kwadrans później Anput wygramoliła się z łóżka i usiadła przy toaletce.
 - A jeszcze kilka lat temu bawiłaś się z nim w mule łapiąc żaby - szczeknęła Mira, co zrozumiała tylko Anput.
 - Tak - odparła bogini, kiedy Neftyda czesała jej długie włosy.
Mira położyła swój pysk na kolanach pani.
 - Mamo? Wiesz... tak się zastanawiam... nie chcę być cała na czarno podczas ślubu - powiedziała.
 - Jak to? - zdziwiła się bogini, ale jej córka już zdążyła zmienić kolor swoich włosów na biały.
 - Cudownie - stwierdziła młoda bogini.
Neftyda westchnęła. Związała włosy córki w kok i zajęła się jej makijażem. Podkreśliła na czarno jej oczy kohlem i na czerwono usta.
 - Jesteś taka piękna - powiedziała Taweret.
 - Dziękuję - odparła i wstała.
Neftyda podała jej suknię, którą dziewczyna sama założyła. Kreacja była czarna ze złotym pasem wokół tali. Była bez rękawów. Na ramiona Anput wciągnęła złote bransolety  tak jak i na nadgarstki i na kostki.
 - Jeszcze naszyjnik - powiedziała Taweret.
 - A no tak - dziewczyna założyła łańcuszek na którym był zawieszony Ankh.
 - Jestem gotowa - oznajmiła.
 - Słyszałyście, że na północy jakiś nowy świat powstał z chaosu? - zapytała Taweret. - I nie ma tam bogów, tylko jacyś tytani.
 - Byleby nie mieszali się w naszą historię - mruknęła Neftyda. - Nie potrzebujemy tytanów...
 - Bosko wyglądasz - powiedział stojący w drzwiach Set.
 - Bo jestem boginią, tato - odparła z uśmiechem zawiązując sandały.

Natomiast Anubis, kiedy wrócił do pokoju i usiadł na krześle przed lustrem, Bes zaproponował, że go umaluje.
 - Wolałbym nie...
 - Och daj spokój! Umiem malować - powiedział karzeł. - No i spójrz jak ci się ręce trzęsą.
 - No dobrze.
Bes wziął buteleczkę z kohlem i pędzelek po czym podkreślił jego oczy egipską linią. Wyszło mu całkiem dobrze. Następnie Bes zaczął rozczesywać niesforne włosy boga.
 - Zaczęliście już sądzić dusze? - zapytał.
 - Jeszcze nie - odparł Anubis. - Jestem w trakcie zdobywania pióra Maat.
 - Aha. Okey, czas cię trochę pognębić.
 - Co? - jęknął.
 - Współczuję ci - powiedział Bes. - Z jedną kobietą przez wieki. Zero schodzenia do śmiertelniczek.
 - Wystarczy mi Anput.
 - Owinie cię w okół małego palca, będziesz jej marionetką.
 - Jakoś mnie to nie dołuje - stwierdził chłopak.
 - Zazdroszczę ci urody, chłopie - zmienił szybko temat. - Być wiecznie nastolatkiem.
 - Wiesz, że mogę zmieniać formę.
 - W takim razie zmień się w dorosłego mężczyznę, drogi szesnastolatku.
Anubis spełnił to życzenie.
 Wyglądał jak dwudziestolatek, jego oczy były intensywniej czarne, włosy bardziej zmierzwione, a mięśnie jeszcze bardziej rozbudowane.
Bes zagwizdał.
 - Szczerze mówiąc wciąż wyglądasz młodo. Ani jednej zmarszczki.
 - Myślisz, że w tej formie spodobam się Anput?
 - Bądź w niej tylko podczas ceremonii, potem na osobności, by nie czuła dyskomfortu wróć do poprzedniej formy.
 - Na osobności? - zmarszczył brwi.
 - Wiesz o co mi chodzi - poruszył znacząco brwiami.
Anubis nie odezwał się. Milczał nawet podczas ubierania czarnej przepaski biodrowej ze złotym pasem. Potem założył bransolety i sandały.
 - Anput to szczęściara - stwierdził Bes. - Gdybym był kobietą również bym mdlał na twój widok.
Anubis podniósł brew do góry w chwili, kiedy wszedł Set.
 - Musimy pomówić, Bes wyjdź - powiedział na wejściu.
Karzeł wyszedł, a kiedy Set skończył rozmawiać i wszedł do pokoju swojej córki, Bes wrócił z powrotem.
 - O co chodziło?
 - O nic. Drobnostki - odparł Anubis przeczesując włosy palcami.
 - Nie rób tak, bo naprawdę zemdleję - powiedział karzeł.
 - Może byś założył na siebie coś więcej niż majtki ze skóry pantery, co? - zapytał Anubis.
 - Karły górą! - zawołał. - A te majteczki przyciągają spojrzenia kobiet.
 - Spojrzenia z dezaprobatą?
 - Ważne, że ściągają uwagę - powiedział.
Anubis przewrócił oczami.
 - Chodźmy już do Niebios - mruknął i przeniósł się do Niebiańskiej sali, gdzie będzie ślub.
Karzeł zmaterializował się przy nim.
 - To gdzie ten kapłan? - zapytał.
 - Ra postanowił być kapłanem. Będziesz świadkiem, bo zapomniałem kogoś znaleźć...
 - Fajnie. Bes ostatnią deską ratunku - mruknął.
 - Coś nie tak? - zapytał chłodno Anubis.
 - Nie, wszystko w jak najlepszym porządku - odparł drapiąc się po głowie.
 - Świetnie - mruknął.
 Ra pojawił się chwilę później, kiedy zaczęli schodzić się bogowie.
Po kolejnych dziesięciu minutach pojawiła się Anput. Również miała dorosłą formę.
Anubis wstrzymał oddech, kiedy kroczyła ku niemu z lekkim uśmiechem i stanęła obok niego.
 - Tak więc, witajcie przyjaciele. Zebraliśmy się tu, ponieważ ci dwoje pragną połączyć się wiecznym węzłem miłości...
Wiedziałam, że to był zły pomysł, by brać Ra jako kapłana, pomyślała Anput.
Po dalszym przemówieniu i przysiędze:
 - A teraz przypieczętujcie swój związek pocałunkiem - powiedział Ra.
Anubis spojrzał na swoją żonę z lekkim uśmiechem i złapał ją w tali. Ona położyła swoje dłonie na jego ramionach. Przyciągnął ją do siebie i zapatrzył się w jej błękitne oczy. Zarumieniła się lekko i spuściła spojrzenie, ale on ujął jej podbródek tak, że spojrzała znów na niego. Nachylił się, a ona wyciągnęła nieco szyję. Przymknęli oczy i poczuli jak ich usta się stykają. Złączyli je bardziej w namiętnym pocałunku łaskocząc sobie językami podniebienia.
Hapi zaczął wiwatować podobnie jak większość bogów.
Anubis odkleił się od Anput po dłuższej chwili.
 - Ładnie ci w białych włosach - szepnął.
 - Nie przyzwyczajaj się - odszepnęła. - Od jutra będą znów czarne.
Uśmiechnął się do niej i musnął wargami jej usta.

 Podczas wesela było dużo śmiechu, tańca i wina. Z twarzy Anput nie schodził uśmiech. Anubis widząc ją czuł przyjemne ciepło w sercu.
 - Ona o tym nie wie, prawda? - zapytał Bes.
 - Nie wie i nie dowie się - odparł Anubis. - Ona jest przeciwna związkom pomiędzy rodzeństwem, ale ja ją pragnę.
 - Kiedyś się dowie, że jesteście bliźniętami - mruknął Bes.
 - Kiedyś - podkreślił Anubis. - Za bardzo Setowi zależy na swojej córce, by jej to powiedział. Ty nigdy nie zdradzisz sekretu, Neftyda nie wie, że ona nie wie, Izyda gdzieś zniknęła, a Ozyrysa to za bardzo nie obchodzi - powiedział Anubis
 Anput podeszła do niego.
 - Chodź - wyciągnęła go.
 - Nie umiem tańczyć - powiedział.
 - Ale to jest wolniejszy kawałek - zrobiła słodkie oczka przytulając się do jego nagiego torsu.
Objął ją.
 - Kocham cię - szepnęła.
Spojrzał na nią z lekko uchylonymi ustami, nigdy wcześniej nie słyszał tego z jej ust.
 - Ja ciebie też kocham - odszepnął.

Do pałacu Ozyrysa w Duat wrócili późno. Anput siedziała w ich wspólnym pokoju i zdejmowała biżuterię, kiedy Anubis mył się. Akurat Bes musiał wylać wino na niego.
Wrócił do pokoju przepasany jedwabnym materiałem.
Anput podeszła do niego i pocałowała go, co on odwzajemnił mocniej. Zamknął za sobą drzwi nogą i objął żonę. Dalej ją całując odwiązał jej sukienkę.
 - Anu - szepnęła.
 - Tak? - spojrzał jej w oczy i starał się nie spuścić wzroku.
 - Kocham cię - zrzuciła z niego jedwabną przepaskę.
 - Ja ciebie też.

~ Zakrwawiony Kapturek

Miniaturka - Ślub cz. 2

  Anubis położył się na swoim łóżku, a kiedy zamknął powieki, przed oczami pojawił mu się napis ,,Rok przed ślubem Apollina i Panny Gloom''. Anubis zasypiając jęknął w duchu. Kolejny dziwny sen. Jakby poprzedni nie wystarczył.
 Będąc już w krainie snu, pan Szakal, jak każdy śniący dostał amnezji. Oczywiście greccy bogowie pamiętali wszystko, bo to oni byli twórcami całej serii dziwnych snów.
 Anubis poczuł jak  ktoś nim szarpie wypowiadając na okrągło jego imię.
 - Nie śpię - wymamrotał.
 - Widzę - powiedział ktoś.
 - A ty to kto? - zapytał Anubis.
 - Musiałeś porządnie oberwać tą doniczką - wymamrotał pod nosem mężczyzna. - Jestem Hades.
 Anubis wzdrygnął się i odsunął.
 - Co ty tu robisz!
 - Miałem ci pomóc w przygotowaniu się na ślub, idioto - powiedział poprawiając swój garnitur.
Chłopak zauważył, że i on ma na sobie garniak.
 - Jak zemdlałem? - zapytał.
 - Doniczka - Hades wskazał palcem na szczątki paproci, mnóstwo ziemi i pękniętej gliny - spadła ci na głowę, kiedy uderzyłeś o półkę.
 - Aha - rozmasował głowę, mimo, że nie czół bólu. - Gdzie moja siostra?
 - Pomaga pannie młodej.
 - Ooo. A kto jest panem młodym? - zapytał Anubis.
 - Ty - odparł Hades.
Szakali bóg zachwiał się na nogach.
 - Żeee co?
 - Mymhmm - Hades wymamrotał coś niezrozumiałego.
 Anubis w tym czasie podszedł do lustra i wzdrygnął się. Jego włosy były ulizane do tyłu tak jak Hadesa. Gdzie ten wspaniały, artystyczny nieład?! 
 - COŚ TY MI Z WŁOSAMI ZROBIŁ!!!
 - Poprawiłem...
 - WCALE NIE! - wrzasnął i zmierzwił je dłońmi przez co tylko pogorszył sprawę.
 Wyglądał jakby przez kilka tygodni nie mył włosów i nie używał szczotki. Poszedł do łazienki i starannie zmył oleistą substancję, a kiedy je umył i wysuszył, wyszedł. W swoim nieładzie czuł się znacznie lepiej niż bez niego.
 - O której jest ten ślub? - zapytał.
 - Za kwadrans - odparł władca podziemi.
 - Aha.

W tym czasie panna młoda, już przygotowana na swój wielki dzień, rozmawiała z Anput, siostrą pana młodego. 
 - Gdzie Vicia? - zapytała dziewczyna trzymając woreczek z lodem na czole.
 - Załatwia pewne formalności... no wiesz... na wszelki wypadek sprawdza teren kościoła.
 - Po co?
 - Na wszelki wypadek... przecież nie chcemy, by jakiś blond upiór tu przyszedł, prawda? - uśmiechnęła się słodko.
 - Eee... no tak - odparła nie wiedząc o kogo chodzi.


Vic sprawdziła każdy zakamarek w kościele i każde wejście do niego prowadzące. Nie znała swojego celu, ale wiedziała, że ma go zlikwidować. Dziewczyna wbiła się w powietrze i usiadła na dachu świątyni. Jej wierny pegaz Darkness okrążał budynek, aż w końcu usiadł obok niej i zarżał.
 - Byłoby łatwiej gdybyśmy mieli jej zdjęcie - westchnęła dziewczyna, a uskrzydlony koń kiwnął głową.
 - To trochę niesprawiedliwe, że wolisz rozmawiać z koniem, a nie ze mną - powiedział ktoś stojący za nią.
 - Nie wiedziałam, że tu jesteś - odparła nie odwracając głowy.
 Mężczyzna usiadł obok niej.
 - Czemu zaszczycasz mnie swoją obecnością, Apollinie?
 - Lubię cię, więc coś ci powiem... To tylko sen.
 - Aha. Wiesz... nigdy by mi się nie śniło, że wpadłam na przystojnego boga...
 - Który wziął z tobą ślub we śnie - dokończył.
 - Hę?
 - Masz amnezję - dotknął jej twarzy i wspomnienia jej wróciły oraz świadomość, że śni.
 - O kurde - powiedziała.
 - Tak więc... to jest świat w którym bogowie ustalają zasady i tworzą parringi...
 - Moja matka stworzyła parring ja i ty?- zapytała dziewczyna.
 - Trochę mojej twórczości tam było...no wiesz... tak na prawdę to ja zadecydowałem, by wszystko było złote - uśmiechnął się promiennie.
 - Okey... pytanie numer dwa... czemu w każdym śnie jestem dorosła?
 - Bo masz większe... - nie dokończył widząc jej spojrzenie. - Chciałabyś wychodzić za mąż jako nastolatka?
 - Dla mnie to bez różnicy.
 - Doprawdy?
 - Pewnie i tak polegnę w jakiejś bitwie albo na misji zanim ukończę osiemnaście lat, więc co mi tam - odchyliła głowę do tyłu patrząc w niebo.
Darkness zarżał niezadowolony patrząc na coś ledwie widocznego na horyzoncie. Vic również wpatrywała się w idącą ku nim postać.
 - Czyli to jest gra Bogów, tak? - zapytała.
 - Można to tak ująć.
 - Jak oni to zaplanowali?
 - Nie mogę zdradzić.
 Kobieta znów spojrzała na postać.
 - Zniknęła - szepnęła i spojrzała na uśmiechniętego boga w chwili kiedy zabrzmiała muzyka weselna. - Ach tak... - mruknęła. - Miałeś mnie zagadać... - zacisnęła pięści. - Może to tylko sen, który śni się tylko mi, mojemu rodzeństwu, bogom i Włóczykijowi, ale w końcu to sen o ślubie mojej przyjaciółki! Nie pozwolę go zepsuć jakiejś blondynie!
Bóg nie odpowiedział.
 - Lucy! - zawołała, a siostra zmaterializowała się przy niej. - Gdzie jest ta blondyna?!
 - Chodzi ci o tą imieniem Sadie?
 - Tak.
 Lucy rozejrzała się.
 - Nie ma jej.
 Vic wzięła głębszy oddech by się uspokoić.
 - Wiem siostrzyczko... ale czy wyczuwasz to maga?
 - Pod nami - odparła. - Chyba...
 - Okey...
 - Jest dwójka - dodała.
 - Lucy zmień się we mnie i idź stać jako druhna, bo Włóczykij mnie zamorduje - powiedziała.
 - Tak jest, siostro!
Vic zeskoczyła z dachu rozpościerając skrzydła, by spowolnić spadanie.
Kiedy poczuła pod nogami marmurowe płyty zauważyła przy drzwiach czarnoskórego mężczyznę i białą blondynkę.
 - Sadie i Karter Cane? - Vic uśmiechnęła się nonszalancko trzymając miecz w dłoni.

Meriel była już gotowa na swoją wielką chwilę.
 - Gdzie jest Vicia? - chodziła spięta w tę i z powrotem po pokoju.
 - Załatwia pewnie coś ważnego - odparła Anput.
 - Ach... - jęknęła. - Zaraz zemdleję. Gdzie ona jest? - obróciła się, by spojrzeć na Anput, a jej niebieska gorsetówka zafalowała.
 - Nie przejmuj się - Anput ubrana w obcisłą suknię koloru swoich oczu wstała i podeszła no niej. - Nie martw się, dostaniesz zmarszczek.
 - Akurat to mój najmniejszy problem - mruknęła. - O jakie formalności ją prosiłaś.
 - Nasz mała tytanida zajmuje się eliminacją pewnego celu...
 - No super - powiedziała sarkastycznie. - Ona eliminowanie bierze na poważnie, nie spocznie dopóki nie zabije tego celu. Wielkie dzięki Anput, możliwe, że jej nie będzie na ślubie... Ona jest przecierż moją główną druhną!
 - Ja też jestem druhną - mruknęła Anput.
 - Bo ANUBIS mnie o to poprosił.
 - Aha, fajnie - mruknęła. - Dobra, chodźmy już.

Rodzeństwo spojrzało po sobie i wyciągnęli drewniane laski. Ktoś odchrząknął za heroską i przyłożył jej pod gardło czarne ostrze.
 - Zapomniałaś jeszcze o mnie - szepnął jej do ucha jakiś mężczyzna.
 - Walt! Carter - zawołała Sadie. - Zajmijcie się nią, ja mam do pogadania z Panem Zostawiaczem Dziewczyn!
 - Jak cię zostawił, to pewnie nie ma ochoty się z tobą widzieć - stwierdziła Vic. - Ależ z ciebie tępe dziecko.
 - Powiedziała - prychnęła blondynka i rzuciła przed siebie swoją laskę, która zamieniła się w  białego lwa.
Vic z dezaprobatą podniosła brew do góry.
 - Meriel, czy bierzesz tego oto mężczyznę za męża? - zapytał kapłan za drzwiami.
  - Meriel? - zdziwiła się Vic podobnie jak wszyscy w kościele.
 - To ona nie ma na imię Włóczykij? - dało się słyszeć jakiegoś chłopaka.
 - Tak, biorę Anubisa za męża - powiedziała Meriel.
 - Głupia idiotka - powiedziała Sadie.
 - Żałosne - stwierdziła i przyłożyła z łokcia w brzuch Waltowi, który cofnął się wciąż z noże m przy jej gardle. Wywinęła się i mieczem przecięła lwa, który szykował się do skoku.Odwróciła się i kopnęła czarnoskórego chłopaka, który wykonawszy obrót w powietrzu wokół własnej osi upadł kilka metrów dalej.
- Walt! - zawołał Carte i zaatakował swoim chepeszem.
Vic odparowała cios i podcięła mu nogi.
 - Walczysz nie fair - powiedział.
 - Mówisz, bo sam nie umiesz walczyć. Jestem po prostu znacznie lepsza od was wszystkich razem wziętych - odparła.
 - ...albo niech zamilknie na wieki - dało się usłyszeć słowa kapłana.
Sadie pchnęła drzwi, ale Vic złapała ją za włosy i pociągnęła w tył. Wszyscy siedzący w ławkach odwrócili głowy. Meriel zamrugała z niedowierzeniem oczmi.
 - Vicia? - zapytała i spojrzała na swoją druhnę. - Chwila, Lucy co ty tu robisz?
 - Jestem chwilowo Vic - odparła.
 - Kontynuujcie - powiedziała prawdziwa Victoria zamykając drzwi. - Co ty sobie wyobrażasz smarkulo?
 - Nie mogę dopuścić do ich ślubu!
 - Idiotko, to tylko sen! - powiedziała i pchnęła mieczem w jej klatkę piersiową. Sadie rozpłynęła się. - Teraz ty - powiedziała do Cartera podchodząc do niego z uniesionym mieczem.
 - Zabiłaś moja siostrę!
 - Obudziłam  ją - poprawiła go.
Ich miecze się skrzyżowały. Vic wykorzystując fakt, że to sen, kopnęła mężczyznę w czułe miejsce. Zatoczył się do tyłu, a ona odcięła mu głowę. Nie było krwi. Nic. Tylko się rozpłynął tak samo jak drugi chłopak po kilku sekundach.
Vic po ciuchu weszła w chwili, kiedy Anubis i Meriel łączyli usta w pocałunku.
 - Gdzie byłaś? - zapytał cicho brat Vic, Terren.
 - Pozbywałam się śmieci - odparła. - Meriel mnie zabije za tę podmiankę druhny.
 - To jest pewne.
Sek zakończył się, kiedy młoda para wybiegła z kościoła. Meriel wyrzuciła za siebie bukiet, który wpadł w ramiona Vic.
 - O kurde - powiedziała córka Nike.

Anubis obudził się z dziwnym uśmiechem na twarzy i zobaczył swoją siostrę.
 - Miałem ciekawy sen siostro.
 - Ja też - odparła.
 - Jestem żonaty!
 - Wiem, przecież tam byłam.

Meriel otworzyła oczy. Tuliła się do zwiniętej pościeli jakby był mężczyzną leżącym obok niej.
 - Fuj, całowałam się z pościelą - wymamrotała.

 Vic wybudziła się leżąc na podłodze.
 - Nie chcę wychodzić za mąż! - krzyknęła, a ręce miała ułorzone tak, jakby nadal trzymała bukiet.

~Zakrwawiony Kapturek

Mamy już:

Vic x Apoll        
Camus and Haruka- is it me, or does she almost look like Elsa? If that's the case, she makes a gorgeous Elsa!


oraz Meriel x Anubis

Hetalia - Prussia / Hungary I wrote a fanfic about their wedding.....and then england falls in love, weird I know. XD

Kto następny...?

piątek, 3 kwietnia 2015

Miniaturka: Walentynkowy chat.

www.nienawidzęwalentynekCHB&PA.*
Widoczne:
Login: BlackHood
Płeć: Kobieta
Dla ciebie:
Wiek: 17 lat*
Imię: Meriel
Hasło: **********
Powt.Hasło: **********
              Zacznij czatować!
Nawiązano konwersację z  Mrocznympsem. (mężczyzna)
Mp: Cześć.
Bh: No hej...
Mp: Za co nie lubisz walentynek?
Bh: Nie lubię tej całej atmosfery, jest zbyt przesłodzona.
Mp: I te kolory...
Bh: Tak! Różowy jest ochydny. Tak samo te serduszka.
Mp: Tylko dlatego? Nie ma innej przyczyny?
Bh: ...Głównie dlatego. Wszędzie zakochane pary, całujące się wszędzie. Dziewczyny, które czekają na ten dzień, bo myślą, że zostaną spostrzeżone. Badziewne prezenty. Róże, tandetna biżuteria, czekolada...
Bh: Albo nie! Czekolada jest boska...
Mp: Hahah, no nieźle. Ja też lubię czekoladę, ale gorzką.
Bh: Bleh, niedobra. A ty dlaczego nie lubisz walentynek?
Mp: W ten dzień odeszła osoba, na której najbardziej mi zależało... ale powiedziała, że wróci. Więc mam jeszcze nadzieję.
Bh: Nie wnikam. Ja swojego chłopa też zostawiłam w ten dzień, ale mniejsza.
Mp: To może zmiana tematu?
Bh: Może być.
Mp: Co lubisz robić?
Bh: ohoho, uprawiać sporty. Wszystkie. A najbardziej to jazdę konno i pływanie. A twoje hobby to..?
Mp: Lubię czytać, chodzić na spacery po zmroku i siedzieć z wybraną osobą, w nocy, i patrzeć na gwiazdy...
Bh: Też to lubie.
Mp: :), ilu miałaś chłopaków?
Bh: A co to za pytanie?
Mp: Zwykła ciekawość.
Bh: Trzech.
Mp: Ja miałem dwie, choć ta pierwsza to przypadek...
Bh: Interesujące..., ale ja muszę niestety kończyć. Masz może gg? Nie chcę tracić z tobą kontaktu... Psie.
Mp: Oo ty! Hah. Miałem o to samo zapytać. Teraz założyłem nowe, więc ...  7659871110*
Bh: To napiszę. Hejka! :)
Mp: Pa...
7659871110GG
No cześć!  Miałam napisać, to piszę :D. Mrocznypies tak?
Tak. No w końcu napisałaś. W sumie, to nie mogłem się doczekać.
Tęskniłeś za kimś kogo nie znasz?
Przypominasz mi kogoś, za kim tęsknię.
Smutne.
Ale prawdziwe. : |
Kochałeś ją?
Nadal kocham. Zmienimy temat?
Może... powiesz jaki jest...
Hmm?
Twój ulubiony kolor, napój. ! :'))))))
Hahah! Kolor: czarny. Napój: Sok z jabłek.
...
Coś nie tak?
Nie nic.
Do dobra... a twój?
Em.. napój to woda, a kolor niebieski..
Yhym... ile masz lat? Jeśli wolno spytać.
Wolno
To ile?
Skończyłam siedemnaście. A ty?
Od niedawna, troszkę skomplikowane, ale mam osiemnaście.
A imie?
Hehe, bardzo dziwne .
Więc?
Anubis.
Użytkownik opuścił konwersację.
-Co jest?! -Zaklnął chłopak. Wstał od laptopa i podszedł do okna. Zdumiewające, że w tak krótkim czasie zdołał ogarnąć zasady elektroniki śmiertelników. A to wszystko dzięki niej...
Westchnął ciężko i poszedł do lodówki po kartonik soczku jabłkowego.
Już miał porządnego łyka wziąć, gdy usłyszał stukot kopyt, a chwilę potem walenie w drzwi.
Podszedł do nich niechętnie i otworzył. Spojrzał znudzonym wzrokiem na przybysza odzianego w czarną pelerynę i kaptur założony tak by nie widać było twarzy.
- Tak?- Spytał udając uprzejmego.
Postać podeszła do niego i uderzyła mocno w ramię.
- Ał!- Syknął i chwycił się za obolałe miejsce. Będzie siniak, pomyślał. - Co do cholery?!
- To tylko jedna setna kary mój drogi Psie.- Powiedziała postać, ściągając kaptur.
Nie mógł uwierzyć w to co widzi. Stała przed nim. W białych włosach i z kapturem do połowy głowy. Patrzyła na niego z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Nie patrząc na chłopaka, weszła do domu i skierowała się w stronę lodówki, by wyciągnąć z niej schłodzoną wodę. Odkręciła ją i się napiła. Potem odstawiła.
- Rozumiem, że nigdy byś już o mnie nie zawalczył. Co Anubisie?- Spytała spuszczając wzrok.
Ten jak na zawołanie znalazł się przy niej. Chwycił jej drobne ręce w swoje wielkie i ścisnął.
- Kpisz czy o drogę pytasz?- Zacytował ją. Często tak mówiła. - Zawsze bym o ciebie walczył Włóczykiju. Ale ty mi dałaś nadzieję, że sama wrócisz ...
- A ty w to uwierzyłeś?!- Zakpiła.
- Tobie zawsze.- Spojrzał jej głęboko w oczy.- Mężczyzna nie myśli tak jak kobieta.
Patrzyli tak sobie w oczy nie wiadomo ile.
Włóczykij pierwsza to przerwała i przytuliła się do byłego boga pogrzebów.
- Czyli nadal mnie kochasz Mrocznypsie?
Zaśmiał się dźwięcznie.
- Oczywiście BlackHood.
Po tym zdaniu złączył ich usta w cudownym, namiętnym i pieczętującym miłość,  pocałunku.
                         * * *
www.nienawidzęwalentynekCHB&PA.- nazwę wymyśliłam sama. NieKopiować!
17 lat*- Postarzyłam specjalnie.
7659871110- numer gg wymyślony!
                         * * *
Nietypowa miniaturka wiem... i spóźniona, bo już dawno po walentynkach, ale.. jest! :D
#Włóczykij
Prosimy o komentarze.

sobota, 21 marca 2015

Miniaturka: Hermafrodyta.

Piękna dziewczyna o włosach koloru blond, przechadzała się lasem.
- Ah, jak tu pięknie!  Demeter, wspaniałą stworzyłaś roślinność. - Rzekła do siebie po cichu, swym melodyjnym głosem.
Przeszła w miejsce,gdzie było mniej drzew, a więcej kwiatów. Rozejrzała się dookoła i ujrzała kilka nimf, które siedziały w kółeczku i o czymś rozmawiały. Podeszła kilka kroków w ich stronę. Ujrzały ją natychmiast.
- Cześć... co tam?- Rzekła i spojrzała na nie swoimi zielonymi oczami.
- Em...no...dobrze... eee..- Zająkała się rudowłosa.
- Jestem Salmakis.
Uśmiechnęły się do siebie.
- Ja jestem Ellie- Odezwała się "jąkała"
- A ja Eva- Powiedziała brunetka- A to moja siostra Gui- Wskazała na mniejszą, o tym samym kolorze włosów dziewczynę.
- Ja jestem Fiole- Przedstawiła się ostatnia z lekko zieloną skórą i czerwonymi włosami.
- Miło mi. W końcu kogoś poznałam,  kto chce ze mną rozmawiać. - Zrobiła lekko naburmuszoną minę.
-Tak? Trochę, to dziwne jesteś piękna! - Odezwała się Gui.
- Naprawdę? Pff.- Zaśmiała się nimfa , a wraz z nią nimfy.
Po chwili rozmawiania postanowiły odprowadzić boginię do jej aktualnego miejsca spoczynku. Pożegnały się, a blond włosa obiecała, że przyjdzie znów je odwiedzić.
Następnego dnia Salmakis wraz z nowo poznanymi nimfami leśnymi, postanowiła pójść nad jezioro.
Wesoło gawędząc, rozebrały się* i wskoczyły do rozkosznie zimnej wody.
- Fiole?- Zagadnęła bogini.
- Tak?
- Jesteś od jarzębiny?*
- Nie. Ja akurat jestem od cisu.- Wyjaśniła z uśmiechem.
- A wy? Bo ja od wiśni.
Ellie była od jodły, Eva od grabu, a Gui tak jak siostra.
Młoda bogini zanurkowała pod wodą i otworzyła oczy.
- Jak tu pięknie! - Rzekła w myślach.
Popływała jeszcze chwilę pod powierzchnią i wynużyła się.
Zobaczyła, że jej koleżanki podpłynęły do niej i na coś wskazały.
- Zobacz tam- Powiedziała Ellie.
Gdy spojrzała w lekko zacienione miejsce, ujrzała kilku mężczyzn. Byli oni piękni. Lecz Salmakis upatrzyła sobie w nich jednego, srebrnowłosego.
Dziewczęta wyszły z wody i odziały się.
- Hej! - Usłyszały nawoływanie od chłopców i odwróciły się jak na zawołanie. Przedstawili się po kolei.
- A wy jak się nazywacie? - Spytał srebrnowłosy.
Dziewczyny przedstawiły sie po kolei.
- A ja jestem Salmakis. A ty? - Oznajmiła i zapytała na końcu zielonooka.
- Ja jestem Hermafrodyt. Jestem pomniejszym bogiem.- Uśmiechnął się do niej.
Dziewczęta zdziwiły się na wzaimkę, że stoi przed nimi bóg.- Tylko się nie kłaniajcie! Mam już tego troszkę dość...
Podczas rozmów wzrok Salmakis ciągle kierowany był na Hermafrodyta.
Oczywiście ten, to od razu zauważył, że jest obserwowany, ale nie chciał nic mówić. Nie przeszkadzało mu to.
Mijały tygodnie dziewczęta i chłopcy ciągle razem się spotykali i bawili. Uczucie nimfy pogłębiało się z dnia na dzień. Kobieta na wszelkie sposoby próbowała stłumić ten pociąg do niego.
Pewnego razu mieli przyjemność pobyć sam na sam, co bardzo rzadko im się zdarzało. Szli pod rękę wesoło gawędząc. Ale to tylko pozory, pod swoją maską Salmakis była rozdarta i załamana. W końcu nie wytrzymała.
Usiadła na powalonym drzewie i ukryła twarz w dłoniach.
- Coś się stało? - Spytał Hermafrodyt.
W odpowiedzi wymamrotała coś.
- Ee?- Dopytywał.
Podniosła na niego wzrok i zieleń oczu dziewczyny spotkała się z błękitem chłopaka.
- No bo ja tak dłużej nie potrafię. Nie potrafię tak!- Wykrzyczała.- Pierwszy raz gdy cie ujrzałam, byłam zachwycona twoim wyglądem, posturą. A gdy poznałam twój charakter... Bogowie! Zakochałam się w tobie. Co ja gadam... Nadal cie kocham! Momenty w których ciebie nie widziałam były męczarnią...- Spojrzała w jego piękne oczyska.- Jestem w tobie zakochana Hermafrodycie.
Przez dłuższą chwilę chłopak stał oniemiały z wyznań nimfy. Był zszokowany, nie spodziewał się.
Po chwili, gdy głos w miarę mu się nie łamał, oznajmił:
- Wwybacz, aale ja...- Wziął głęboki oddech.- Wolę mężczyzn.

Płakała, przeklinała, biła i szarpała biedną trawę, która w niczym nie zawiniła...
Jej miłość życia wolała mężczyzn!
Cóż za upokorzenie, w końcu wyznała mu miłość!
- Bogowie! Jeżeli mnie słyszycie, proszę zróbcie coś! - Krzyknęła w stronę nieba.- Chcę by był ze mną na zawsze,,,-Wyszeptała.
Mijały godziny, dni Salmakisa nie spotykała się już z nimfami, w ogóle odizolowała się od jakiegokolwiek towarzystwa.
Leżała na szczycie pobliskiego pagórka, gdy nagle podleciał do nie potężny orzeł, który do nogi miał przywiązany rulonik z nowo odkrytego, przez ludzi, materiału.
Odwiazała go i rozwinęła.
Nimfa Salmakis~Wiśnia.
Proszę o wschodzie słońca, byś pojawiła się na Olimpie.
Musisz się stawić, to rozkaz samego Zeusa.
                   Demeter.
(Wybrali mnie, bo ładnie pisze)
Zrobiła wielkie oczy, miała stawić się na Olimp!
Podniosła się szybko do pozycji pionowej i pobiegła pędem by się wyszykować, miała tylko pięć godzin, nie zdąży!
Wchodziła po marmurowych schodach, była pięknie ubrana. Lekko różowawa toga, która podkreśła jej kobiece kształty, a włosy splotła w kłosa.
Weszła do głównej sali tronowej i ujrzała piękne kolumny, zdobienia i trony.
Po pewnym czasie bogowie zaczęli się schodzić, aż w końcu była pełna dwunastka plus Hestia, która siedziała w kącie przy ognisku.
Nagle drzwi zostały gwałtownie otworzone i wbiegł przez nie srebrnowłosy, zdyszany pomniejszy bóg.
- Hermafrodyt?! Co ty tu robisz?- Spytała zdziwiona Salmakis.
- Został tu zaproszony, tak samo jak ty.- Wyjaśnił władca niebios.- Proszę usiądzie. Hefajstosie możesz...?
- Sie robi szefie- Odpowiedział bóg kowali i kliknął jakiś guzik na swoim tronie. Rozbrzmiał metaliczny dźwięk i po chwili, na środku sali pojawiły się dwa krzesła. - Mówisz i masz.
- Jak wiecie moi mili...- Zaczęła Hera- Rodzina...
- Oj nie zaczynaj znowu tej śpiewki! Rodzina w życiu każdego istnienia liczy się najbardziej! Bla bla bla!- Zapiszczała Demeter.
- Siostro!- Zdenerwowała się Hera.
- Teraz siostro? A gdzie podziało się pusty kłosie, albo trawiasta gnido?!
- Dość! - Krzyknął Zeus.- To nie czas na kłótnie. Zebraliśmy się tu w innej sprawie. A mianowicie chodzi o ciebie Salmakis. Pogłębiasz się w depresji, wykrzyczałaś prośbe do nas. Usłyszeliśmy ją i spełnimy ją
- A co ja mam z tym wspólnego? -Spytał Hermafrodyt.
- Nie przerywaj mi- Warknął niebowładny, a z jego brody poleciało kilka iskier.- Ty jesteś głównym powodem jej smutku.
- What Shall We Do with a Drunken Sailor?- Zanucił Posejdon.
- Nie nie! Lepiej to: It's raining men Hallelujah It's raining men!- Tym razem zanucił Apollo.
- Ale co ja?- Dopytywał zaniepokojony Hermafrodyt.
- Ona cie kocha kretynie.- Wyjaśnił krótko Hermes.
- Ale ja...
- Tak wiemy, że wolisz chłopców.- Przerwał mu Zeus, a w jego oczach był przebłysk zainteresowania chłopakiem, lecz Pan Nieba szybko się opanował.
- Zrobimy tak by było dla was jak najlepiej.- Wyjaśniła Hera.
- Tak..tak Smarkis.- Powiedział Dionizos patrząc na swoje paznokcie.
- To Salmakis...- Mruknęła niedosłyszalnie Hestia.
- Tak więc moje dzieciaczki, będziecie razem!- Słodkim głosikiem oznajmiła Afrodyta.
- Gdyby ich zabić, to by było mniej zamieszania...- Mruczał Ares.
- Ty byś tylko zabijał. Bez strategii! - Fuknęła Atena.
- Jak to połączeni?- Zaopanował syn boga posłańca.
- O tak.- Powiedział Posejdon i klasnął w ręce. Po chwili było słychać klaskanie wszystkich siedzących na tronach.
Nagle Hermafrodyt poczuł nieprzyjemne mrowienie w okolicy brzycha, gdy tam spojrzał, to ujrzał pustą, wielką dziurę. Przeraził się i spojrzał w bok na partnerke. Cóż ... wyglądała marnie. Jej ciało blakło i wiotczało by po chwili niczym balonik unieść się w powietrze i przez dziurę zrobioną w jego żołądku wejść. Zgiął się wpół, gdy to poczuł.
Klaskanie ucichło.
Jego całe ciało dostało jakby padaczki, trząsł się cały. Po długiej chwili to ustało, nic nie czuł, żadnego bólu, choć w budowie ciała jej się coś nie podobało...
- Jesteś śliczne kochanie!- Ucieszyła się Afrodyta.
Hefajstos bez niczyjej zgody sprowadził lustro. Hermafrodyt podbiegł do niego i o mało co nie zemdlał.
Jego włosy nadal były srebrne tylko, że teraz miały przebłyski blondu, wyraz twarzy nie był tak męski jak na początku... teraz ukształcił się jemu na bardziej delikatny, brwi ukształciły się w ładne łuki, nos zrobił się haczykowaty, a usta pełniejsze i żywsze. Największym szokiem było dla niego, że miał bardzo duże piersi, bardzo kształtne i jędrne piersi...
- Co ze mną się stało? - Wychrypiała.
Bogowie spojrzeli na niego ździwieni.
- Selmakis chciałaś by Hermafrodyt był z toba na zawsze, to masz.- Uniosła brwi Demeter.
-Aale ja nie jestem Selmakis... jestem Hermafrodyt!- Wykrzyknął.
Zeus spojrzał na niego w milczeniu.
- Synu Hermesa i Afrodyty... Nazywam cię Hermafrodytą, bogiem dwupłuciowym, bogiem obrzędów weselnych. 
- NIEEE!
                                                                        * * *
*od jarzębiny- Każda nimfa leśna jest powiązana z danym drzewem.

Tak.. w tej miniaturce opowiedziałam o bogu, o którym nie ma mitów, a jest wspomniany tylko raz w mitologii greckiej :C. 
Szczerze,ta miniaturka bardzo mi się podoba :), myślę, że wam też.

#Włóczykij.

Salmakis:

piątek, 20 marca 2015

Miniatura - Ślub cz 1

Victoria ocknęła się. Leżała na podłodze. Okey, zemdlała, ale to nie było najdziwniejsze. Pochylała się nad nią jej matka.
 - Co ty tu robisz? - zapytała dziewczyna słabym głosem.
 - Przez uderzenie się w głowę niczego nie pamiętasz - stwierdziła Bogini i pomogła córce wstać. - Zemdlałaś podczas wiązania gorsetu.
 - Jakiego gorsetu? - zmarszczyła brwi i odwróciła głowę w stronę lustra, które pokrywało całką ścianę. Dziewczyna miała na sobie gorsetówkę ze złotego materiału, która z przodu sięgała jej za kolana, a z tyłu była tak przedłużona, by fragmęt ciągnął się po ziemi. Zdziwiona zamrugała oczami. Nie. To nie był sen. Obejrzała się dokładnie w lustrze. Stwierdziła, że ma jakieś dwadzieścia lat, skóra na plecach jest zagojona i widnieje na nich złoty tatuaż skrzydeł, jej włosy były ciemniejsze, a obwódka w okół źrenicy bardziej złota niż zapamiętała.
 - Ciasno mi w piersiach - stwierdziła patrząc na nie.
Jej matka prychnęła.
 - Masz duże, co się dziwisz. Odstają ci jak mi - westchnęła.
Victoria rozejrzała się po białym pokoju, jedna ze ścian miała namalowane czarne drzewo, a na nim przesiadujące kruki.
 - Gdzie jestem? - zapytała
 - Och, moje biedactwo. Jesteś w swoim pokoju, a za trzy godziny idziesz do ślubu - mruknęła Nike bawiąc się białym piórem. - Zaraz przyjdzie tu Atena, Hera i Nemezis i pomogą ci się przyszykować dalej. Chyba dobrze zawiązałam gorset, co nie? Możesz oddychać?
 - Nie.
 - Świetnie.
Zdezorientowana kobieta usiadła na krzesełku od toaletki. Spojrzała na swoją matkę po czym spuściła spojrzenie i potarła skronie, ale szybko odsunęła je od twarzy czując jakie są zimne i mokre ze zdenerwowania.
 - Za kogo wychodzę za mąż? - zapytała.
 - Jako, że jesteś moją ulubioną córką nie powiem ci - Nike uśmiechnęła się. - Skoro sama nie pamiętasz - Bogini usiadła na czarnej kanapie po ścianą.
 - Jesteśmy na Olimpie, prawda?
 - Tak, córciu.
Vic nie zdążyła zapytać czemu ma pokój na Olimpie, bo do pokoju weszła Atena, a za nią Hera i Nemezis.
 - Piękną suknię jej wybrałaś, Nike - powiedziała Atena.
 - Dziękuję, Ateno. Zajmiecie się nią? Muszę się przebrać.
 - Oczywiście - powiedziała Nemezis patrząc na kruka przesiadującego na stojaku dla ptaków w kącie pokoju. Victoria spojrzała w tamtym kierunku i zauważyła swojego pupilka.
 - Nie mówcie jej nic, walnęła się w głowę i ma amnezję - dodała Nike wychodząc.
 - Jasne - na twarzy Ateny pojawił się lekki uśmiech i podeszła do Vic i zaczęła rozczesywać jej włosy, a Hera zajęła się sprawdzaniem czy paznokcie dziewczyną wciąż są złote i w idealnym stanie. Nemezis podeszła do kruka i patrzyła na niego, jak ten śpi.
 - To trochę dziwne, że nie odwzajemniłaś uczuć mojego syna, Victorio - odezwała się podchodząc do bogiń.
 - I opuściłaś mojego - westchnęła Atena. - Już lepiej gdybyś przy nim została, ale nie... - Atena pociągnęła szczotką jej włosy, tak, że na twarzy dziewczyny pojawił się lekki grymas. - Ty musiałaś wybrać sobie...
 - Nie mów - przypomniała Hera.
Nemezis w tym czasie zajęła się makijażem Vic. Kiedy podkreśliła jej oczy eyelinerem, wybrała czarny cień, ale zanim zdążyła nałożyć go na powieki dziewczyny Hera powiedziała:
 - Weź ten złoty, przecież nie idzie na pogrzeb - mruknęła żona Zeusa.
 - Będzie bardziej złota od Słońca, aż zielenieje na niebie tak jak podczas zaćmienia, kiedy Księżyc go wyprzedza.
 - Trudno - mruknęła Hera. - Ma być złoty.
Nemezis westchnęła i chwyciła złoty cień, potem usta pomalowała na... złoto!
 - Czemu jestem cała złota? - zapytała.
 - Bo Nike tak chciała, za wiele do gadania nie miałaś. Ogólnie cały ślub będzie w złocie i bieli, ale głównie w złocie - wyjaśniła Atena. - Tylko ty i ... pan młody, jak to nazywają ludzie, będziecie na złoto, reszta nie ma prawa - westchnęła.
Nike weszła w białej, długiej sukni z ramiączkami w stylu gotyckim.
 - I tak większość bogów ubierze się na beżowo, czarno albo biało - mruknęła Nemezis. - A czarny lepiej pasuje do jej oczu - dodała.
 - Zwymiotuję tym złotem - westchnęła Vic.
 - Proszę bardzo, ale nie na sukienkę i spróbuj się nie rozmazać - Nike podeszła do córki. - Wypuść skrzydła - poprosiła, a Vic to uczyniła nawet nie wiedziała jak. Po prostu wyrosły jej skrzydła.  - Nie chowaj ich. Która godzina?
 - Za kwadrans się rozpoczyna - mruknął ktoś stojący pod ścianą i opierający się o nią plecami.
 - Lucy? - zdziwiła się Nike.
 - Stała tu od początku mamo - zauważyła Vic.
 - Tylko ty potrafisz dostrzec przez mój mrok, siostro - powiedziała nastolatka uśmiechając się lekko.
 Ubrana na czarno dziewczyna podeszła do Victorii i przytuliła ją.
 - Skończysz przy garach - szepnęła.
 - Dzięki za pomyślną wróżbę - mruknęła Vic.
 - Zawsze jesteś w skórzanej kurtce z tym szakalim łbem na bluzce! - westchnęła Nike.
 - Wiem mamuś - uśmiechnęła się i osłoniła się mrokiem, a kiedy opadł Lucy miała na sobie czarną suknię i podkreślone na czarno oczy.
 - Jesteśmy takie podobne, na pewno nie chcesz wychodzić za mąż za mnie? - zapytała Vic.
 - Za... niego? Nie dziękuję - Lucy gwizdeła a na jej ramię wleciał kruk Vic. - Nie chcesz przegapić tego, prawda Lilith?
 - Kra! Kra! - ptak zamachał skrzydłami.

 W tym czasie 'pan młody' przeglądał się w lustrze.
 - Wyglądasz bosko - zauważył Gabriel.
 - Jak zawsze - mężczyzna uśmiechnął się do swojego odbicia. - Dobra. Idziemy.
 - Na pewno? - zapytał Jeff. - Nie dość, że dałeś się zaobrączkować to teraz idziesz.... i już nie wrócisz.
 Pan młody przewrócił oczami.
 - Koniec ze spotykaniem się z kobietkami, robieniem im dziecka i uciekaniem - dodał Alex.
 - Victoria mi wystarczy - stwierdził mężczyzna.

 Do pokoju wbiegła Anput.
 - Vicky! - zawołała przytulając przyjaciółkę. - Nawet nie wiesz jak ciężko dostać się na Olimp przez Duat! Po drodze przeniosłam Anubisa i jego żonkę - mruknęła.
 - Włóczykij jest?
 - No tak.
 Vic uśmiechnęła się i chciała już wyjść, ale Lucy ją powstrzymała.
 - Nie założyłaś naszyjnika - powiedziała zapinając jej na szyi wisiorek ze skrzydełkami. - I welonik! - zaczepiła jej we włosy.
Welonik zasłonił jej pół twarzy.
 - A teraz idziemy - powiedziała Nike i wyszła pierwsza, a za nią Vic i boginie.
Anput ubrana w suknię intensywnie niebieską jak jej włosy zmieniła się w szakala i pobiegła przodem.
 Serce Vic dudniło w klatce piersiowej, ściśniętej przez gorset.
 - Zemdleję - stwierdziła.
 - Ale najpierw powiesz słowa przysięgi - powiedziała jej matka.
 - Ja nawet nie wiem kto jest moim mężem.
 - Spokojnie. Ja ci wybierałam partnera - Nike wypięła dumnie pierś.
 - Błagam niech to nie będzie... - nie dokończyła bo weszła do sali tronowej Olimpu.
Tyle, że tronów nie było, a dekoracje były jak w kościele. Za księdza robił Zeus. Vic myślała, że zaraz zwariuje, a małe króliczki zatańczą nad jej trupem.
 Dała radę przejść całą drogę. Wzrokiem odszukała Jeffa, Alex'a, Anput, Anubisa, Meriel i swoje rodzeństwo. Swojego przyszłego męża zobaczyła dopiero kiedy stanęła przed Zeusem.
Mężczyzna ubrany w złoty garniak stał obok niej i posyłał jej co jakiś czas uśmiech, ale ona tego nie widziała, bo welon był od jego strony. Jeff na organach zagrał muzykę pogrzebową, jako że był grabarzem nie znał innej melodii Grał tak przez pół drogi dziewczyny, przez co ona chciała, by to był jej pogrzeb, a nie ślub. Alex usiadł obok niego i przerwał jego grę i sam zagrał muzykę weselną.
 - Zebraliśmy się tutaj wszyscy, by połączyć tych dwoje boskim węzłem małżeńskim - powiedział Zeus. - A teraz powiecie przysięgę, która połączy was na zawsze!
 Hera po cichu, stojąc przy Zeusie:
 - Odwróćcie się ku sobie - podpowiedziała.
 Ręce Vic drżały, kiedy podnosiła głowę i serce jej zamarło. Chciała uciec, ale nogi jakby wrosły jej w ziemię.
 Mężczyzna ujął jej drżące dłonie.
 - Nie martw się, noc poślubna będzie niezapomniana... dla ciebie - szepnął do niej nie słuchając co mu podpowiada Hera.
 - Ekhm - odchrząknęła żona Zeusa.
 Mężczyzna spojrzał na nią po czym znów na swoją żonę i powiedział przysięgę.
 - Teraz ty - szepnęła Hera. - Nie stresuj się, pamiętaj, że wszystko ma być idealnie.
Jak powiedzieć słowa przysięgi bezbłędnie,  by było idealnie? Należy się modlić do swojego boskiego rodzica.
Nike widząc zaniemówienie córki posłała jej uśmiech. Bardzo pomocne, no nie?
 - Ja - zaczęła słabo, lecz to był ślub przymuszony, więc nie miała zdania.
 - A teraz się pocałujcie! - powiedział Zeus omijając kwestię, czy są sprzeciwy, bo zapewne dwa by były.
 Mężczyzna uradowany odrzucił jej welon i przyciągnął do siebie wciąż się uśmiechając. Dotknął jej twarzy, ale ona wyrwała się z jego ramion i uciekła ze ślubu rzucając za sobą bukiet, który wpadł w ręce Lucy, która stała przy Ravim. Syn nemezis posłał jej znaczący uśmiech, a ona przybrała Pokerową Twarz i wcisnęła mu do rąk bukiet.  Vic chciała uciec, ale  poczuła, że ktoś ją łapie w talii. Jej mąż. Cudownie, no nie? Chciał ją pocałować, ale Jeff pojawił się przy nich tak jak i Alex i rozłączyli parę. Vic zdyszana obudziła się na łóżku. Poczuła ból w plecach i rozejrzała się po pokoju. Była w obozie herosów.
 - Jasna cholera, MAMO! - wrzasnęła. - NIGDY NIE ZMUSISZ MNIE DO ŚLUBU!
 - Doprawdy? - usłyszała jej głos w swojej głowie. - Przecież on to ideał, a ty chciałabyś być nieśmiertelna.
 - Wiem, ale to nie oznacza, że GO poślubię...
 - Przecież, on jest Boski - westchnęła Nike.- No i bogom się podobał ten sen, więc Apollo....
 - MAMO, SKORO PODOBA CI SIĘ APOLLO TO TY WYJDŹ ZA NIEGO ZA MĄŻ ZAMIAST ZSYŁAĆ MI SNY JAK TO WSPANIALE BY BYŁO GDYBY TO ON BYŁ MOIM PARTNEREM!!! - Vic obudziła tym cały obóz.
Nike umilkła podirytowana. .W końcu założyła się z Ateną, która obstawiła, że Vic wyjdzie za Alex'a. Bogini zwycięstwa obstawiła młodego boga.
 - To był strasznie poryty psychicznie sen - westchnęła Vic. - Kim jest Anput? - zapytała pod nosem.

~ Zakrwawiony Kapturek


kiss animated GIF




Rozdział XXII

  Minął miesiąc od kiedy Lucy przybyła do obozu. Chyba najwyższa pora powiadomić ojca, że przeżyło się włamanie potwora do ich domu, dotarło się do obozu i jeszcze nie dało się zabić.
 Po śniadaniu Lucy wraz ze swą siostrą wyszły z pawilonu i skierowały się w stronę areny.
 - Chcę zadzwonić do taty - odezwała się Lucy, kiedy były w połowie drogi.
Jej siostrą skinęła tylko głową i zmieniła kierunek.
 - W takim razie chodźmy do Włóczykija - mruknęła Vic.
 - Czemu?
 - Bo ona umie stworzyć mgiełkę, która zmieni się w tęczę, chyba.
 - Nie ma tu zasięgu? - Lucifera zmarszczyła brwi.
 - Herosi nie używają telefonów - wyjaśniła.
Lucy darowała sobie dalsze pytania, a kiedy znalazły Włóczykija poszły nad jeziorko, gdzie córka Posejdona przez chwilę męczyła się z wodą. Najpierw wytworzyła ścianę wody, potem ''przypadkowo'' skierowała strumień wody na Vic. Kiedy jej się udało Vic wrzuciła drachmę w tęczę.
 - Bogini, przyjmij moją ofiarę - mruknęła Vic. - Gdzie mieszka twój tata? I jak się zwie?
 - California, Beverly Hills - powiedziała i podała jeszcze numer domu. - Dean Vanandt.
Lucy patrzyła w tęczę na której po chwili ukazał się jej dom, jak w telewizorze. Duży biały dom od strony ogrodu. Nad basenem wylegiwała się ciotka dziewczyny, siostra jej ojca,  z którą rozmawiał przystojny, dobrze zbudowany, blond włosy mężczyzna. Kucał przy leżaku kobiety. W basenie po pas zanurzony był ich młodszy brat, którego nie interesowała rozmowa.
Kobieta pierwsza zauważyła iryfon i omal nie spadła ze swojego legowiska.
 - Witaj ciociu Angelo i wujku George - powiedziała Lucy. - Hej tato.
George pozwolił sobie na niewybredne przekleństwo.
 - Em, Lucy? - odezwał się ojciec dziewczyny. - Co ty robisz w tęczy?
 - To telefon herosów - wyjaśniła Lucy i zaczęła opowiadać jak dostałą się do obozu i co robiła przez miesiąc pobytu w tym miejscu, Mówiła szybko, tak, że uwinęła się w kilka minut.
 - Pierwszy raz słyszę, by ona się rozgadała - szepnęła Vic.
 - Ja też - odparła Meriel. - Ciekawe czy jej rodzina jest w szoku bardziej z powodu tęczy czy tego, że powiedziała więcej niż dwa zdania.
 - A tam stoi moja siostra - mówiła dalej Lucy. - Ma na imię Victoria i uczy mnie władać mieczem!
 - O Boże - jęknęła ciocia Angela.
 - Lucy, kiedy wrócisz do domu? - zapytał ojciec Lucy.
 - Sis powiedziała, że będę mogła wrócić na rok szkolny - odpowiedziała dziewczyna trzymając Pizdusia, który nie przestawał machać łapką w stronę swojej rodziny. - Pizduś też uczy się walczyć - dodała dziewczyna.
 Kiedy skończyła rozmawiać tęcza zniknęła.
 - Mieszkasz w Beverly Hills - Vic zmarszczyła brwi.
 Lucy przytaknęła ruchem głowy.
 - Z tatą, ciocią, wujkiem i dziadkiem - potaknęła.
- Nie sądziłam, że mamę pociągają bogaci faceci.
 - Jak na trzydziestolatka był całkiem ładny - odezwała się Włóczykij.
- Vic, też mieszkasz w Beverly Hills?
 - Nie mam domu - mruknęła i odwróciła się kierując w stronę domku Nike.
Lucy  i Włóczykij dogoniły ją.
 - Ale gdzieś musiałaś mieszkać - odezwała się Meriel.
 - Mieszkałam w wielu miejscach - zmierzyła ją chłodnym wzrokiem.
 - Twój tata był podróżnikiem? - zapytała Lucy, która nie wyczuła chłodu w głosie siostry.
Odwróciła się do niej, były już pod domkiem.
 - Nie męczcie mnie takimi pytaniami - spojrzała przez ramię wyczuwając czyjąś obecność.
Alex opierał się o framugę drzwi, a Terry stał za nim.
 - Gracie w remika? - zapytała.
 - Zamierzaliśmy - odparł Terry. - Gabriel dostał kontuzji nadgarstka, a przez jego lenistwo nie chce mu się dalej ćwiczyć, więc nie mam z kim trenować,. Alex czekał na ciebie.
 - Przepraszam Alex - Vic podeszła do niego. - Lucy iryfonowała do ojca.
 - Od kiedy masz czarne włosy? - zapytał.
 - Od jakiegoś czasu...
 - Zapomniałam - powiedziała pod nosem Lucy. - Ravi na mnie czeka na arenie - rzuciła się biegiem w stronę areny.
 Alex i Vic ruszyli za nią, ale szli spacerowym krokiem.
 - Pamiętasz, że jutro walka o sztandar? - Alex złapał dłoń dziewczyny, która splotła z nim palce.
 - Jak mogłabym zapomnieć - uśmiechnęła się. - Atena kontra Nike. Kto jest z wami?
 - Ci od Demeter, Aresa, Hermesa, Tyche i Hypnosa... no i jeszcze Dionizosa.
 - My z Apollem, Nemezis, Hekate, Irys i rzekomo z Afrodyciątkami, bo niektórym dziewczynom podoba się Gabriel... no i jednemu chłopakowi.
 - Zawsze jesteście z Jeffem i Ravim - mruknął Alex.
 - Nie zawsze, ale przeważnie.
Weszli na arenę, gdzie Ravi i Lucy trenowali na włócznie, a Pizduś gryzł manekina ćwiczebnego i drapał go pazurkami.
Alex spojrzał na swoją dziewczynę, która trzymała w dłoni swój miecz.
 - Nie brałaś go ze sobą - zauważył Alex.
 - Zawsze mam go przy sobie - zmarszczyła brwi.
 Alex wyciągnął miecz z pochwy u pasa. Vic związała włosy i stanęła na przeciw Alex'a. Pierwsza zrobiła ruch, a Alex zdołał odbić jej miecz. Przez kolejne kilka minut Gloom atakowała, a Blackrose bronił się. Po tym sytuacja się odwróciła. Kiedy Alex atakował zranił Vic w policzek, która podirytowana podcięła go nogą i chłopak upadł na ziemię. Dziewczyna dotknęła swój policzek. Krwawił.
 W tym czasie Ravi i Lucy skończyli trenować i z bezpiecznej odległości oglądali walkę syna Ateny i córki Nike. Syn Nemezis ściągnął koszulkę, która przylepiła się do jego ciała. Mimo uwielbienia do fast foodów ciało Raviego było w świetnej formie jak na trzynastolatka.
 Alex podniósł się i od razu zaatakował. Dziewczyna odskoczyła w bok i mieczem odparowała kolejne uderzenie swojego chłopaka, a kiedy zaatakowała udało jej się drasnąć jego ramię.
Pod koniec treningu Alex miał rany na ramionach i nosie, a Vic na policzku, nadgarstku i na dolnej wardze. Nie wyglądało to najlepiej. Ręce chłopaka był w krwi, która jeszcze do końca nie zakrzepła na jego ranach, zaś dziewczyna od rany poziomej na lewej kości jarzmowej miała zakrwawiony cały policzek, podbródek, fragment szyi i dwa strumienie na dekolcie.
 - Przepraszam - powiedział podchodząc do niej. - Wygląda na głęboką - ostrożnie dotknął jej polik.
 - Za to ty masz mnóstwo płytkich na ramionach.
 - Bo się na nie uwzięłaś.
 - Nie prawda - wbiła miecz w ziemię i złapała chłopaka za biodra.
On uczynił to samo i objął ją w talii.
 - Będą się całować- szepnął Ravi do Lucy.
Miał rację. Vic i Alex złączyli usta w pocałunku.
 - Teraz się liżą - odszepnęła Lucy.
Alex czując jej krew w swoich ustach przejechał koniuszkiem języka  zranionej wardze Vic wywołując na jej twarzy uśmiech.
 - Zauważyłeś, że źrenice mojej siostry zwężają się podczas walki jakby była w jakimś transie? - szepnęła Lucy.
 - Nie widzę jej oczu z tej odległości - westchnął Ravini i spojrzał na swoją towarzyszkę. - Skoro to zauważyłaś musisz mieć sokole oko.
 - Możliwe.
Vic chwyciła rękojeść miecza.
- Wracamy? - zapytała,
- Chcesz pograć w remika. co?
 - Uwielbiam grać w karty - powiedziała. - Ale najpierw pójdę się umyć. Chodź Lucy!
Młodsza siostra wraz z starszą ruszyły w stronę toalet. Po drodze weszły do domku, by wziąć ręcznik i ubrania na zmianę. Bracia dziewczyny nie przejęli się jej stanem. Widzieli ją zakrwawioną po treningu z Alexem już kilka razy.
 Po prysznicu Vic w świeżych ubraniach i wilgotnych włosach, związanych w dwa warkocze, siedziała po środku domku Nike wraz z również odświeżonym Alex'em i braćmi grając w remika. Dziewczyna wyłożyła swoje karty już kilka razy, w dłoni zostały jej dwie i po kolejce Alex'a wzięła jedną kartę z kupki. Teraz w dłoni miała Króla Pik, Kier Dwójka i Królową Pik. Parę królewską dorzuciła do wyłożonych kart Alex'a, a dwójkę wywaliła na środek wygrywając partię.
 - To nie fair - mruknął Terry licząc punkty ze swoich kart. - Sto siedemdziesiąt sześć - westchnął.
Lucy notowała punkty w notesie. Ten kto po wszystkich partiach ma najmniej punktów wygrywa, a ten, kto wygra jakąś partię otrzymuje minus pięćdziesiąt.
 - Alex, ile masz punktów? - zapytała Lucy.
 - Dwa - odparł.
 - Siedemdziesiąt osiem - odezwał się Gabriel
 - Ja mam dwadzieścia pięć - westchnęła Lucifera.
 - A ja pięćdziesiąt - mruknął Ravini, którego Lucy namówiła, by z nimi zagrał.
Po siedmiu partiach najmłodsza oznajmiła:
 - Wygrał Alex, trzysta dwadzieścia punktów na minusie, drugie Vic, trzysta na minusie.
 - Blisko byłaś - Alex posłał swojej dziewczynie uśmiech.
 - Na trzecim ja, dwieście na minusie, potem Gaba, dziesięć punktów, Ravi sześćdziesiąt siedem, a na końcu Terry, trzysta siedemdziesiąt jeden.
 - Szczęście dziś ci nie dopisało - stwierdził Gabriel.
 - Zgaduje, że myślałeś o swoim Kelpie i to cię rozproszyło- Vic przytuliła się do Alex'am który zaczął bawić się jej wilgotnymi włosami
Terry nie odezwał się. Zignorował tę uwagę.
 - Idę na łucznictwo, Gab? - Ter spojrzał na brata.
 - Jasne - bracia wyszli.
Lucy rozdzieliła dwie talie i jedną z nich potasowała, i zaczęła grać z Ravim w makao.
 - Chce ci się trenować? - zapytał Alex.
 - Nie, brutalu - mruknęła.
 - Masz tylko trzy rany na ciele, a ja w sumie siedemdziesiąt osiem, więc nie nazywaj mnie brutalem, brutalu.
 Dziewczyna wstała.
 - I nadwyrężyłam sobie nadgarstek - dodała.
 Alex przewrócił oczami.
 - Chodź - złapał ją za zdrową rękę i wyszli z domku.
 - Jeśli mnie ciągniesz do izby, wiedz, że nie zamierzam brać ambrozji!
 - To napijesz się nektaru - łobuzersko uśmiechnął się do niej.
 Gdy już tam byli, dziewczyna wzięła łyk nektaru. Oprócz zagojenia się jej ran i nadgarstka, zasklepiły się jej rany ma grzbiecie, ale tylko na kilka sekund, by znów boleśnie się otworzyć.
Jęknęła krzywiąc się. Cameron złapał ją za tył pomarańczowej koszulki przy karku i opuścił, by spojrzeć na jej plecy.
 - Przynajmniej nie ropieje - powiedział puszczając. - Na pewno niczym nie obraziłaś Bogów?
 - Na pewno - odparła z lekkim westchnieniem.

 Przez następne dwa dni wydarzyło się tyle co nic. Meriel i Terren byli wciąż skłóceni. Vic przyzwyczaiła się do bólu, była najwytrzymalsza z rodzeństwa, a to czyniło ją jeszcze wytrzymalszą. Włóczykij ćwiczyła kontrolowanie wody, kiedy wraz z Lucy i jej siostrą siedziały nad jeziorkiem. Co jakiś czas przypadkiem ochlapywała siebie i córki Nike.
 - Końcem końców woda stanie się twoją marionetką - powiedziała jednego dnia Vic, kiedy Meriel podirytowana, że nie może wytworzyć mgiełki wytworzyła falę, którą skierowała na przypadkowego obozowicza. Po słowach córki Nike, dziewczynie poprawił się humor, a kiedy się skupiła, za rugim razem udało się jej.
 Wieczorem, trzeciego dnia Vic wraz z Alexem i Meriel postanowili zrobić coś, co wywoła niegroźne zamieszanie w obozie. Przed ogniskiem syn Ateny wraz ze swą dziewczyną weszli do domku Posejdona, gdzie przesiadywała córka tegoż Boga.
 - Witaj Kelpie - powiedziała Vic otwierając, oczywiście bez pukania, drzwi.
 - Hej Hurtownio - odparła Meriel. - Hej Alex.
 - Hej - powiedział chłopak trzymając jabłko.
 - Masz złoty spray do włosów? - zapytała Vic. - Mój do graffiti się skończył, dziś na ścianie moje domku namalowałam złote skrzydła.
 - Po ognisku muszę to zobaczyć - stwierdziła. - A po co wam spray?
 Alex wyciągnął dłoń z żółtym jabłkiem.
 - Pomyśl - powiedział.
 Meriel zmarszczyła brwi przeszukując w swoim myślowo-herosowym archiwum czegoś o złocie i jabłku, zajęło jej to chwilę.
 - Po co...
 - Afrodyciątka i Jeff mają swoją małą wojnę od kiedy chłopak zyskał uśmiech i stracił powieki - powiedziała Vic.
 - Jonathan zaprosił nas do swojej małej wojny - dodał Alex. - Wymyśliliśmy to.
 - Myślisz, że się nabiorą? - mruknęła Meriel szperając w swojej skrzyni i wyciągając z niej to o co prosiła para. Podała im tubę, a oni wybiegli na zewnątrz, na tył domku Posejdona i pofarbowali dokładnie jabłko dodatkowo na wzmocnienie przezroczystą farbą. Vic złotą farbką wykaligrafowała napis : Zgnije wraz z waszą urodą...
 - Wcześniej wstrzyknąłem w owoc truciznę, już jutro powinno zacząć się psuć - powiedział Alex.
 - Czemu nie napisałaś Dla najpiękniejszej? - zapytała Włóczykij.
 - Prawa autorskie - mruknęła dziewczyna. - I by się domyślili, a tak ich serca przepełnią się niepokojem - dodała ciszej.
- Rozumiem. Chcecie, by poczuli się brzydcy.
 - Tak - Alex rozejrzał się i podał jabłko swojej partnerce, po czym zabrał ręcznik, na którym przeprowadzali 'operację'. Zaniósł go do swojego domku i schował pod łóżkiem. W tym czasie Vic i Meriel czekały na niego przed domkiem Nike. Owoc przykryły chusteczką, by nikt go nie widział. Kiedy dołączył do nich Jeff i Alex poszli na ognisko. Niezauważenie Jeff szturchnął jabłko, by poturlało się ąz pod ognisko. Owoc zatrzymał się niedaleko przed grupową domku Afrodyty, która podniosła jabłko i marszcząc brwi przeczytała napis. Pisnęła i omal nie upuściła jabłka. Zaciekawieni obozowicze spojrzeli na nią.
 - Zgnije wraz z waszą urodą - przeczytała stojąc za siostrą. - Kto to podrzucił?! - wydarła się, ale wśród obozowiczów zapadło milczenie. Alex, Vic, Meriel i Jeff zachowywali się tak jak reszta udając, że nie wiedzą o co chodzi.
 - To nie jest śmieszne - powiedział jeden z Afrodyciątek.
Przez następne dni Afrodyciątka mówili, że pozbyli się jabłka i zapewniali, że nie przejmują się tym. Prawdę mówiąc trzymali je na jednym ze stolików, a ich serca napełniały się niepokojem, kiedy widziały jak jabłko gnije. Przestali zmywać makijaż podczas prysznica, bojąc się, że jak go zmyją ujrzą siebie w lustrze brzydkich. Przeglądając się lusterkach widzieli zmarszczy które były tylko nagromadzeniem się łoju na ich twarzach. Zaczęli nakładać więcej tapety, tak, że po tygodniu Vic podeszła wraz z Meriel do nich, kiedy siedzieli na pomoście, a widząc ich powiedziała:
 - Nigdy nie myślałam, że to powiem, ale jesteście szpetni.
 Meriel tylko raz zerknęła, ale podzielała zdanie swojej towarzyszki.
Jeszcze tego samego dnia dzieci Afrodyty powiedziały o jabłku Chejronowi prosząc o zdjęcie przekleństwa, którego nie było. Centaur powiedział, by poszli z nim na arenę. Oni zakrywając swoje twarze poszli za nim.
 Na arenie Vic trenowała z Jeffem, a Meriel z Alexandrem i co jakiś czas się zmieniali.
Córka Nike spojrzała na centaura.
 - Domyśliłeś się Chejronie - powiedziała przerywając trening.
 - Nie trzeba być dzieckiem Ateny, by się domyślić - powiedział Alex.
 - Tak - powiedział patrząc na Jeffa. - Nie zbyt mi się to podoba - powiedział, ze względu na stojących za nim dzieciaków Afrodyty. - Ale nic z twojej ręki nie jest bez powodu, zważając kim jest twoja matka, prawda?
 - To była sprawiedliwa zemsta - powiedział Jeff i uśmiechnął się szeroko do Afrodyciątek. - Jabłko było zwykłym owocem.
 - Pomalowanym na złoto - dodał Alex.
 - Powinniście się umyć - stwierdziła Meriel.
 - Nienawidzę cię, Jonthan - wysyczał syn Afrodyty.
 - A ja was - Jeff uśmiechnął się ponownie. - To było za wszystkie ubliżania.
 - Niech to będzie dla was nauczka, by nie dokuczać z powodu wyglądu - powiedziała Victoria. - Oczywiście nie do wszystkich to mówię i przepraszam w imieniu moich przyjaciół tych, którzy nigdy nikomu z powodu brzydoty lub inności nie dokuczali - powiedziała, a głęboko w podświadomości miała obraz cyklopa, którego pięć lat temu poznała, a Meriel jakby słyszała jej podświadomość i spuściła głowę. W końcu tamten cyklop to jej brat.
 Przez następny tydzień ten żart był głównym tematem rozmów. Chejron oczywiście za karę kazał im sprzątać boksy pegazów. Im to nie przeszkadzało, lubili te skrzydlate konie. Zrobił to tylko dlatego, bo nie chciał, by dzieci Afrodyty marudziły, że Alexowi, Włóczykijowi, Jeffowi i Vic uszło to na sucho.
 Podczas trwania incydentu Meriel i Terren... Nie. Nie ja będę o tym opowiadać.


Włóczykiju?

~Zakrwawiony Kapturek

Zgnije wraz z waszą urodą...
Ale pamiętajcie, że najpierw gnije od środka.
[Cytat Zakrwawionego Kapturka, który można porównać do gnicia ludzi, oczywiście w przenośni]
people may look great on the outside, but the inside could be nothing but rotten. LIKE SOME PEOPLE!