Minął miesiąc od kiedy Lucy przybyła do obozu. Chyba najwyższa pora powiadomić ojca, że przeżyło się włamanie potwora do ich domu, dotarło się do obozu i jeszcze nie dało się zabić.
Po śniadaniu Lucy wraz ze swą siostrą wyszły z pawilonu i skierowały się w stronę areny.
- Chcę zadzwonić do taty - odezwała się Lucy, kiedy były w połowie drogi.
Jej siostrą skinęła tylko głową i zmieniła kierunek.
- W takim razie chodźmy do Włóczykija - mruknęła Vic.
- Czemu?
- Bo ona umie stworzyć mgiełkę, która zmieni się w tęczę, chyba.
- Nie ma tu zasięgu? - Lucifera zmarszczyła brwi.
- Herosi nie używają telefonów - wyjaśniła.
Lucy darowała sobie dalsze pytania, a kiedy znalazły Włóczykija poszły nad jeziorko, gdzie córka Posejdona przez chwilę męczyła się z wodą. Najpierw wytworzyła ścianę wody, potem ''przypadkowo'' skierowała strumień wody na Vic. Kiedy jej się udało Vic wrzuciła drachmę w tęczę.
- Bogini, przyjmij moją ofiarę - mruknęła Vic. - Gdzie mieszka twój tata? I jak się zwie?
- California, Beverly Hills - powiedziała i podała jeszcze numer domu. - Dean Vanandt.
Lucy patrzyła w tęczę na której po chwili ukazał się jej dom, jak w telewizorze. Duży biały dom od strony ogrodu. Nad basenem wylegiwała się ciotka dziewczyny, siostra jej ojca, z którą rozmawiał przystojny, dobrze zbudowany, blond włosy mężczyzna. Kucał przy leżaku kobiety. W basenie po pas zanurzony był ich młodszy brat, którego nie interesowała rozmowa.
Kobieta pierwsza zauważyła iryfon i omal nie spadła ze swojego legowiska.
- Witaj ciociu Angelo i wujku George - powiedziała Lucy. - Hej tato.
George pozwolił sobie na niewybredne przekleństwo.
- Em, Lucy? - odezwał się ojciec dziewczyny. - Co ty robisz w tęczy?
- To telefon herosów - wyjaśniła Lucy i zaczęła opowiadać jak dostałą się do obozu i co robiła przez miesiąc pobytu w tym miejscu, Mówiła szybko, tak, że uwinęła się w kilka minut.
- Pierwszy raz słyszę, by ona się rozgadała - szepnęła Vic.
- Ja też - odparła Meriel. - Ciekawe czy jej rodzina jest w szoku bardziej z powodu tęczy czy tego, że powiedziała więcej niż dwa zdania.
- A tam stoi moja siostra - mówiła dalej Lucy. - Ma na imię Victoria i uczy mnie władać mieczem!
- O Boże - jęknęła ciocia Angela.
- Lucy, kiedy wrócisz do domu? - zapytał ojciec Lucy.
- Sis powiedziała, że będę mogła wrócić na rok szkolny - odpowiedziała dziewczyna trzymając Pizdusia, który nie przestawał machać łapką w stronę swojej rodziny. - Pizduś też uczy się walczyć - dodała dziewczyna.
Kiedy skończyła rozmawiać tęcza zniknęła.
- Mieszkasz w Beverly Hills - Vic zmarszczyła brwi.
Lucy przytaknęła ruchem głowy.
- Z tatą, ciocią, wujkiem i dziadkiem - potaknęła.
- Nie sądziłam, że mamę pociągają bogaci faceci.
- Jak na trzydziestolatka był całkiem ładny - odezwała się Włóczykij.
- Vic, też mieszkasz w Beverly Hills?
- Nie mam domu - mruknęła i odwróciła się kierując w stronę domku Nike.
Lucy i Włóczykij dogoniły ją.
- Ale gdzieś musiałaś mieszkać - odezwała się Meriel.
- Mieszkałam w wielu miejscach - zmierzyła ją chłodnym wzrokiem.
- Twój tata był podróżnikiem? - zapytała Lucy, która nie wyczuła chłodu w głosie siostry.
Odwróciła się do niej, były już pod domkiem.
- Nie męczcie mnie takimi pytaniami - spojrzała przez ramię wyczuwając czyjąś obecność.
Alex opierał się o framugę drzwi, a Terry stał za nim.
- Gracie w remika? - zapytała.
- Zamierzaliśmy - odparł Terry. - Gabriel dostał kontuzji nadgarstka, a przez jego lenistwo nie chce mu się dalej ćwiczyć, więc nie mam z kim trenować,. Alex czekał na ciebie.
- Przepraszam Alex - Vic podeszła do niego. - Lucy iryfonowała do ojca.
- Od kiedy masz czarne włosy? - zapytał.
- Od jakiegoś czasu...
- Zapomniałam - powiedziała pod nosem Lucy. - Ravi na mnie czeka na arenie - rzuciła się biegiem w stronę areny.
Alex i Vic ruszyli za nią, ale szli spacerowym krokiem.
- Pamiętasz, że jutro walka o sztandar? - Alex złapał dłoń dziewczyny, która splotła z nim palce.
- Jak mogłabym zapomnieć - uśmiechnęła się. - Atena kontra Nike. Kto jest z wami?
- Ci od Demeter, Aresa, Hermesa, Tyche i Hypnosa... no i jeszcze Dionizosa.
- My z Apollem, Nemezis, Hekate, Irys i rzekomo z Afrodyciątkami, bo niektórym dziewczynom podoba się Gabriel... no i jednemu chłopakowi.
- Zawsze jesteście z Jeffem i Ravim - mruknął Alex.
- Nie zawsze, ale przeważnie.
Weszli na arenę, gdzie Ravi i Lucy trenowali na włócznie, a Pizduś gryzł manekina ćwiczebnego i drapał go pazurkami.
Alex spojrzał na swoją dziewczynę, która trzymała w dłoni swój miecz.
- Nie brałaś go ze sobą - zauważył Alex.
- Zawsze mam go przy sobie - zmarszczyła brwi.
Alex wyciągnął miecz z pochwy u pasa. Vic związała włosy i stanęła na przeciw Alex'a. Pierwsza zrobiła ruch, a Alex zdołał odbić jej miecz. Przez kolejne kilka minut Gloom atakowała, a Blackrose bronił się. Po tym sytuacja się odwróciła. Kiedy Alex atakował zranił Vic w policzek, która podirytowana podcięła go nogą i chłopak upadł na ziemię. Dziewczyna dotknęła swój policzek. Krwawił.
W tym czasie Ravi i Lucy skończyli trenować i z bezpiecznej odległości oglądali walkę syna Ateny i córki Nike. Syn Nemezis ściągnął koszulkę, która przylepiła się do jego ciała. Mimo uwielbienia do fast foodów ciało Raviego było w świetnej formie jak na trzynastolatka.
Alex podniósł się i od razu zaatakował. Dziewczyna odskoczyła w bok i mieczem odparowała kolejne uderzenie swojego chłopaka, a kiedy zaatakowała udało jej się drasnąć jego ramię.
Pod koniec treningu Alex miał rany na ramionach i nosie, a Vic na policzku, nadgarstku i na dolnej wardze. Nie wyglądało to najlepiej. Ręce chłopaka był w krwi, która jeszcze do końca nie zakrzepła na jego ranach, zaś dziewczyna od rany poziomej na lewej kości jarzmowej miała zakrwawiony cały policzek, podbródek, fragment szyi i dwa strumienie na dekolcie.
- Przepraszam - powiedział podchodząc do niej. - Wygląda na głęboką - ostrożnie dotknął jej polik.
- Za to ty masz mnóstwo płytkich na ramionach.
- Bo się na nie uwzięłaś.
- Nie prawda - wbiła miecz w ziemię i złapała chłopaka za biodra.
On uczynił to samo i objął ją w talii.
- Będą się całować- szepnął Ravi do Lucy.
Miał rację. Vic i Alex złączyli usta w pocałunku.
- Teraz się liżą - odszepnęła Lucy.
Alex czując jej krew w swoich ustach przejechał koniuszkiem języka zranionej wardze Vic wywołując na jej twarzy uśmiech.
- Zauważyłeś, że źrenice mojej siostry zwężają się podczas walki jakby była w jakimś transie? - szepnęła Lucy.
- Nie widzę jej oczu z tej odległości - westchnął Ravini i spojrzał na swoją towarzyszkę. - Skoro to zauważyłaś musisz mieć sokole oko.
- Możliwe.
Vic chwyciła rękojeść miecza.
- Wracamy? - zapytała,
- Chcesz pograć w remika. co?
- Uwielbiam grać w karty - powiedziała. - Ale najpierw pójdę się umyć. Chodź Lucy!
Młodsza siostra wraz z starszą ruszyły w stronę toalet. Po drodze weszły do domku, by wziąć ręcznik i ubrania na zmianę. Bracia dziewczyny nie przejęli się jej stanem. Widzieli ją zakrwawioną po treningu z Alexem już kilka razy.
Po prysznicu Vic w świeżych ubraniach i wilgotnych włosach, związanych w dwa warkocze, siedziała po środku domku Nike wraz z również odświeżonym Alex'em i braćmi grając w remika. Dziewczyna wyłożyła swoje karty już kilka razy, w dłoni zostały jej dwie i po kolejce Alex'a wzięła jedną kartę z kupki. Teraz w dłoni miała Króla Pik, Kier Dwójka i Królową Pik. Parę królewską dorzuciła do wyłożonych kart Alex'a, a dwójkę wywaliła na środek wygrywając partię.
- To nie fair - mruknął Terry licząc punkty ze swoich kart. - Sto siedemdziesiąt sześć - westchnął.
Lucy notowała punkty w notesie. Ten kto po wszystkich partiach ma najmniej punktów wygrywa, a ten, kto wygra jakąś partię otrzymuje minus pięćdziesiąt.
- Alex, ile masz punktów? - zapytała Lucy.
- Dwa - odparł.
- Siedemdziesiąt osiem - odezwał się Gabriel
- Ja mam dwadzieścia pięć - westchnęła Lucifera.
- A ja pięćdziesiąt - mruknął Ravini, którego Lucy namówiła, by z nimi zagrał.
Po siedmiu partiach najmłodsza oznajmiła:
- Wygrał Alex, trzysta dwadzieścia punktów na minusie, drugie Vic, trzysta na minusie.
- Blisko byłaś - Alex posłał swojej dziewczynie uśmiech.
- Na trzecim ja, dwieście na minusie, potem Gaba, dziesięć punktów, Ravi sześćdziesiąt siedem, a na końcu Terry, trzysta siedemdziesiąt jeden.
- Szczęście dziś ci nie dopisało - stwierdził Gabriel.
- Zgaduje, że myślałeś o swoim Kelpie i to cię rozproszyło- Vic przytuliła się do Alex'am który zaczął bawić się jej wilgotnymi włosami
Terry nie odezwał się. Zignorował tę uwagę.
- Idę na łucznictwo, Gab? - Ter spojrzał na brata.
- Jasne - bracia wyszli.
Lucy rozdzieliła dwie talie i jedną z nich potasowała, i zaczęła grać z Ravim w
makao.
- Chce ci się trenować? - zapytał Alex.
- Nie, brutalu - mruknęła.
- Masz tylko trzy rany na ciele, a ja w sumie siedemdziesiąt osiem, więc nie nazywaj mnie brutalem, brutalu.
Dziewczyna wstała.
- I nadwyrężyłam sobie nadgarstek - dodała.
Alex przewrócił oczami.
- Chodź - złapał ją za zdrową rękę i wyszli z domku.
- Jeśli mnie ciągniesz do izby, wiedz, że nie zamierzam brać ambrozji!
- To napijesz się nektaru - łobuzersko uśmiechnął się do niej.
Gdy już tam byli, dziewczyna wzięła łyk nektaru. Oprócz zagojenia się jej ran i nadgarstka, zasklepiły się jej rany ma grzbiecie, ale tylko na kilka sekund, by znów boleśnie się otworzyć.
Jęknęła krzywiąc się. Cameron złapał ją za tył pomarańczowej koszulki przy karku i opuścił, by spojrzeć na jej plecy.
- Przynajmniej nie ropieje - powiedział puszczając. - Na pewno niczym nie obraziłaś Bogów?
- Na pewno - odparła z lekkim westchnieniem.
Przez następne dwa dni wydarzyło się tyle co nic. Meriel i Terren byli wciąż skłóceni. Vic przyzwyczaiła się do bólu, była najwytrzymalsza z rodzeństwa, a to czyniło ją jeszcze wytrzymalszą. Włóczykij ćwiczyła kontrolowanie wody, kiedy wraz z Lucy i jej siostrą siedziały nad jeziorkiem. Co jakiś czas przypadkiem ochlapywała siebie i córki Nike.
- Końcem końców woda stanie się twoją marionetką - powiedziała jednego dnia Vic, kiedy Meriel podirytowana, że nie może wytworzyć mgiełki wytworzyła falę, którą skierowała na przypadkowego obozowicza. Po słowach córki Nike, dziewczynie poprawił się humor, a kiedy się skupiła, za rugim razem udało się jej.
Wieczorem, trzeciego dnia Vic wraz z Alexem i Meriel postanowili zrobić coś, co wywoła niegroźne zamieszanie w obozie. Przed ogniskiem syn Ateny wraz ze swą dziewczyną weszli do domku Posejdona, gdzie przesiadywała córka tegoż Boga.
- Witaj Kelpie - powiedziała Vic otwierając, oczywiście bez pukania, drzwi.
- Hej Hurtownio - odparła Meriel. - Hej Alex.
- Hej - powiedział chłopak trzymając jabłko.
- Masz złoty spray do włosów? - zapytała Vic. - Mój do graffiti się skończył, dziś na ścianie moje domku namalowałam złote skrzydła.
- Po ognisku muszę to zobaczyć - stwierdziła. - A po co wam spray?
Alex wyciągnął dłoń z żółtym jabłkiem.
- Pomyśl - powiedział.
Meriel zmarszczyła brwi przeszukując w swoim myślowo-herosowym archiwum czegoś o złocie i jabłku, zajęło jej to chwilę.
- Po co...
- Afrodyciątka i Jeff mają swoją małą wojnę od kiedy chłopak zyskał uśmiech i stracił powieki - powiedziała Vic.
- Jonathan zaprosił nas do swojej małej wojny - dodał Alex. - Wymyśliliśmy to.
- Myślisz, że się nabiorą? - mruknęła Meriel szperając w swojej skrzyni i wyciągając z niej to o co prosiła para. Podała im tubę, a oni wybiegli na zewnątrz, na tył domku Posejdona i pofarbowali dokładnie jabłko dodatkowo na wzmocnienie przezroczystą farbą. Vic złotą farbką wykaligrafowała napis :
Zgnije wraz z waszą urodą...
- Wcześniej wstrzyknąłem w owoc truciznę, już jutro powinno zacząć się psuć - powiedział Alex.
- Czemu nie napisałaś
Dla najpiękniejszej? - zapytała Włóczykij.
- Prawa autorskie - mruknęła dziewczyna. - I by się domyślili, a tak ich serca przepełnią się niepokojem - dodała ciszej.
- Rozumiem. Chcecie, by poczuli się brzydcy.
- Tak - Alex rozejrzał się i podał jabłko swojej partnerce, po czym zabrał ręcznik, na którym przeprowadzali 'operację'. Zaniósł go do swojego domku i schował pod łóżkiem. W tym czasie Vic i Meriel czekały na niego przed domkiem Nike. Owoc przykryły chusteczką, by nikt go nie widział. Kiedy dołączył do nich Jeff i Alex poszli na ognisko. Niezauważenie Jeff szturchnął jabłko, by poturlało się ąz pod ognisko. Owoc zatrzymał się niedaleko przed grupową domku Afrodyty, która podniosła jabłko i marszcząc brwi przeczytała napis. Pisnęła i omal nie upuściła jabłka. Zaciekawieni obozowicze spojrzeli na nią.
- Zgnije wraz z waszą urodą - przeczytała stojąc za siostrą. - Kto to podrzucił?! - wydarła się, ale wśród obozowiczów zapadło milczenie. Alex, Vic, Meriel i Jeff zachowywali się tak jak reszta udając, że nie wiedzą o co chodzi.
- To nie jest śmieszne - powiedział jeden z Afrodyciątek.
Przez następne dni Afrodyciątka mówili, że pozbyli się jabłka i zapewniali, że nie przejmują się tym. Prawdę mówiąc trzymali je na jednym ze stolików, a ich serca napełniały się niepokojem, kiedy widziały jak jabłko gnije. Przestali zmywać makijaż podczas prysznica, bojąc się, że jak go zmyją ujrzą siebie w lustrze brzydkich. Przeglądając się lusterkach widzieli zmarszczy które były tylko nagromadzeniem się łoju na ich twarzach. Zaczęli nakładać więcej tapety, tak, że po tygodniu Vic podeszła wraz z Meriel do nich, kiedy siedzieli na pomoście, a widząc ich powiedziała:
- Nigdy nie myślałam, że to powiem, ale jesteście szpetni.
Meriel tylko raz zerknęła, ale podzielała zdanie swojej towarzyszki.
Jeszcze tego samego dnia dzieci Afrodyty powiedziały o jabłku Chejronowi prosząc o zdjęcie przekleństwa, którego nie było. Centaur powiedział, by poszli z nim na arenę. Oni zakrywając swoje twarze poszli za nim.
Na arenie Vic trenowała z Jeffem, a Meriel z Alexandrem i co jakiś czas się zmieniali.
Córka Nike spojrzała na centaura.
- Domyśliłeś się Chejronie - powiedziała przerywając trening.
- Nie trzeba być dzieckiem Ateny, by się domyślić - powiedział Alex.
- Tak - powiedział patrząc na Jeffa. - Nie zbyt mi się to podoba - powiedział, ze względu na stojących za nim dzieciaków Afrodyty. - Ale nic z twojej ręki nie jest bez powodu, zważając kim jest twoja matka, prawda?
- To była sprawiedliwa zemsta - powiedział Jeff i uśmiechnął się szeroko do Afrodyciątek. - Jabłko było zwykłym owocem.
- Pomalowanym na złoto - dodał Alex.
- Powinniście się umyć - stwierdziła Meriel.
- Nienawidzę cię, Jonthan - wysyczał syn Afrodyty.
- A ja was - Jeff uśmiechnął się ponownie. - To było za wszystkie ubliżania.
- Niech to będzie dla was nauczka, by nie dokuczać z powodu wyglądu - powiedziała Victoria. - Oczywiście nie do wszystkich to mówię i przepraszam w imieniu moich przyjaciół tych, którzy nigdy nikomu z powodu brzydoty lub inności nie dokuczali - powiedziała, a głęboko w podświadomości miała obraz cyklopa, którego pięć lat temu poznała, a Meriel jakby słyszała jej podświadomość i spuściła głowę. W końcu tamten cyklop to jej brat.
Przez następny tydzień ten żart był głównym tematem rozmów. Chejron oczywiście za karę kazał im sprzątać boksy pegazów. Im to nie przeszkadzało, lubili te skrzydlate konie. Zrobił to tylko dlatego, bo nie chciał, by dzieci Afrodyty marudziły, że Alexowi, Włóczykijowi, Jeffowi i Vic uszło to na sucho.
Podczas trwania incydentu Meriel i Terren... Nie. Nie ja będę o tym opowiadać.
Włóczykiju?
~Zakrwawiony Kapturek
Zgnije wraz z waszą urodą...
Ale pamiętajcie, że najpierw gnije od środka.
[Cytat Zakrwawionego Kapturka, który można porównać do gnicia ludzi, oczywiście w przenośni]