niedziela, 12 kwietnia 2015

Rozdział XXIII

- Włóczykiju! Włóczykiju!
Błękitnowłosa odwróciła się jak na zawołanie, lekko zirytowana, że przerwano jej trening. Lecz gdy zobaczyła kto ją woła, poprawił jej się lekko humor.
- Cześć Marika.- Przywitała młodszą heroske.- Jak tam u ciebie?
- Jakoś leci... ostatnio nie miałam życia w swoim domku.- Poskarżyła się.
- O, a to czemu?
- A jak myślisz? To przez, to jabłko. Dziewczyny wpadły w szał, no i jeden chłopak.
- A ty nie?
- Nooo byłam troszkę niezapokojona, ale zorientowałam się, że to głupi żart. - Niby jakim cudem? - Zdziwiła się Meriel.
- Paznokciem zadarłam skórę owocu, tak by inne nie zauważyły.
Starsza z dziewczyn zaśmiała się melodyjnie.
- Sprytnie. A czemu nie powiedziałaś im, że to podróbka?
- Miałam się z kogo śmiać. - Uśmiechnęła się. - A jak tam przedwczorajsza bitwa o sztandar? Z kim byłaś?
- Byłam z Ateną, Aresem, Hermesem i kimś tam jeszcze. Wygraliśmy- Wyszczerzyła się.
- Jakie miałaś stanowisko?
- Pilnujący sztandaru, flaga była obok strumyka Zefira, więc siadłam sobie na drzewie i pilnowałam.
- Fajnie. A podobno kogoś nieźle urządziłś. Kogo?- Spytała Marika.
Włóczykij zrobiła ironiczną minę.
- Terrego od Nike i Gevina od Apolla.
- A co im zrobiłaś?- Spytała zafascynowana młodsza.
- Gevina walnęłam w kark i stracił przytomność, a Terr oberwał w dłoń strzałą.- Odpowiedziała lekko zachmurzona.- Ale dostali nektar i ambrozje, to nic im nie jest.
Córce Afrodyty zaświeciły się oczy.
- Kurcze! Jak ja bym tak chciała ...
Córka Posejdona uśmiechnęła się.
- To ćwicz mała. Dobra, ja muszę iść. - Znarszczyła czoło. - Chyba na starożytną greke... chyba. To cześć!
- Papa Włóczykiju.- Marika pożegnała się i ciężko westchnęła. Czemu musiała być córką bogini miłości i mieć siostry tapetki... no może oprócz Piper i dwóch innych... ale i tak tamtych ma dość!
                          * * *
- Na bogów!  Jak tu obleśnie szaro! Jak tutaj ci śmiertelnicy mogą żyć?! Zero zieleni, a jak już to uwięzione kwiaty w donicach...- Marudziła.
- Pii.- Zgodziła się Kei, jeż albinos.
- Chyba sobie gdzieś postój zrobimy, bo niedobrze mi.- Rozejrzała się dookoła i zagwizdała przeciągle- Zaraz Tipo przyleci i idziemy.
Zaczekały chwilę, a po krótkim czasie biały kruk zleciał na ramię Hany.
                         * * * 
Włóczykij po zajęciach z greki poszła na trening z łucznictwa, które nadzorował Chejron.
Gdy dotarła na arene, stanęła przy jednym manekinie i schyliła głowę by związać swoje niebieskie kudły, które zdążyły się jej już znudzić.
- Trzeba je pofarbować- Mruknęła cicho.
- Fajnie byś w jasnym brązie wyglądała.
Podniosła się do pozycji pionowej i spojrzała z zmarszczonymi brwiami na swojego chłopaka, który był nadwyraz smutny.
- Co ty tu robisz?- Spytała szorstko bez ogródek.
- Chejron mnie do ciebie przydzielił, bo jest nieparzyście.- Wyjaśnił Canavan
- Aha. - Odpowiedziała krótko i upuściła swój kamyk i przeistoczył się w sprzęt strzelniczy, zaś chłopak wziął łuk obozowy. Stanęli w odległości sześciu metrów od manekina i na zmianę trafiali do celu.
Włóczykij była w swoim żywiole walecznym, uwielbiała strzelać. Ani razu nie spudłowała. Terry patrzył na jej uśmiech z lekką radością, tak by ona nie zauważyła. Chciał ją przeprosić.
- Włóczykij...- Powiedział głośno co wybiło dziewczynę z transu i strzała odbiła się od tarczy manekina i poszybowała w stronę grupki obozowiczów.
- Gleba!- Wrzasnęła do nich. Zrobili zdezorientowane miny, ale posłuchali natychmiast. Pocisk wbił się w drzewo tuż nad głową jakiegoś chłopaka od Hekate, który był przerażony.
Wściekła Włóczykij odwróciła się w stronę Terrego.
- Czego?!- Warknęła.- Pogratulować tępy bucie, ktoś przez ciebie by oberwał.
- Ja aa... - Przestraszył się wściekłej dziewczyny, ale musiał przyznać, że wyglądała uroczo.
Włóczykij westchnęła ciężko i schwała kamień do kieszeni, koniec treningu.
Spojrzała jeszcze raz na skruszonego chłopaka z lekkim smutkiem, brakowało jej go. Gdy odeszła Terr zrezygnowany poszedł do swojego domku, wszedł po drabince na swoje łóżko i walnął się na nie. Nawet nie zauważył zdziwionego spojrzenia Lucy, która akurat była w pomieszczeniu wraz ze swoją wiewiórką.
- Coś się stało? - Spytała cicho.
Brat podniósł głowę i spojrzał na nią z góry. Westchnął.
- Włóczykij się stała, ot co.
Lucy pokiwała energicznie głową i usiadła na swoim posłaniu po turecku. Czekała aż on rozwinie swoją wypowiedź. Po chwili doczekała się.
- Nie daje mi dojść do słowa, ciągle warczy... Ogólnie wydaje się obojętna! - Zrezygnowany schował twarz w dłoniach.
Lucy patrzyła dłuższą chwilę na brata i na jego rezygnacje.
- Zamknij jej usta i przeproś w ustronnym miejscu.
Chłopak zmarszczył brwi i spojrzał na młodą.
- Jesteś genialna! Tylko... jak ją zaciągnąć w miejsce, które jest mało używane.
Dziewczyna postukała się palcem wskazującym po brodzie.
- Spytaj Olafa.- Wstała z łóżka.- Ja ide, hej.
                         * * *
Biały satyr przechadzał się polem truskawek, co chwila jakąś zrywał i zajadał się ze smakiem.
Spojrzał zamyślony w dal, w okolice Pięści Zeusa, i przejechał ręką po swoich blond włosach z niebieskimi końcówkami, które powoli blakły.
- Chyba poprosze Włóczykija o farbe.-Mruknął do siebie.
Skinął jakiejś nimfie głową na powitanie i znów schylił się po truskawkę.
- Masz chyba duże dno w żołądku, bo tyle tych owoców zjadłeś!- Olaf odwrócił się, z zmarszczonymi brwiami, w stronę głosu.
- Witaj Lytosie.- Przywitał satyra lekkim uśmiechem.- Na truskawki zawsze mam miejsce w żołądku.
- Ja jakoś za nimi nie przepadam, preferuje pomarańcze, albo jabłka. Lepsze.
- Em... nie. Nie lubie pomarańczy.
Starszy satyr zrobił dziwną minę.
- Aha. Dziwne.
Olaf zaśmiał się krótko i sięgnął po kolejny owoc. Już miał brać go do ust, gdy zobaczył postać biegnącą w ich stronę. Lytos uniósł brwi i odwrócił się w kierunku, gdzie patrzył biały satyr.
Osoba podbiegła do nich troche zdyszana i podparła ręce na kolana by złapać oddech.
- Cześć Terren.- Uśmiechnął się Lytos.
- Hej, Olaf?
- Hmmhm? - Zapytał niemo, przeżuwając czerwony, smaczny owoc.
- Wiesz gdzie Włóczykij? - Spytał szybko.
- Jak powiesz mi, która godzina, to może będę wiedział, gdzie jest mniej więcej
- Za pięć piąta.- Oznajmiał Lytos patrząc na swój zegarek.
Młodszy satyr zamyślił się.
- Zazwyczaj siedzi przy jeziorze i ćwiczy panowanie nad wod...- Nie dokończył, gdyż Terr ,dziękując , pobiegł w wskazane miejsce.
Lytos przyglądał się temu w zdumieniu, ale wzruszył ramionami i sięgnął pa truskawke.
- A jednak!- Zaśmiał się Olaf.
- Ojjj, cicho, raz można zjeść. - Zarumienił się i również zaśmiał. Klepną przyjacielsko towarzysza w ramię i pogrążyli się w wesołej rozmowie.
                          * * *
Siedziała na jakimś cmemtarzu, już od dawna planowała wyjść na zewnątrz by zaczerpnąć świeżego powietrza.
Przysiadła na jakiejś ławeczce i przemknęła oczy.
- Byś zawiał trochę wiatrem Szu.- Mrunkęła Anput.
Jak na zawołanie zaczął wiać ciepły, przyjemny wietrzyk. Uśmiechnęła się zadowolona i rozpuściła swoje proste, czarne włosy, które sięgały jej aż do końca pleców.
Po jakimś czasie wstała i powolnym krokiem skierowała się w stronę bramy.
Gdy już pod nią stanęła, uniosła błękitne oczy i przeczytała napis ,,Memento homo morii"*
- Sieemasz śliczna.- Usłyszała i podskoczyła lekko z zaskoczenia. Odwróciła się i ujrzała mulata, ładnego mulata, który uśmiechał się szeroko.
- Witam.- Odpowiedziała chłodno. - Czego chcesz?
Jego uśmiech się jeszcze bardziej poszerzył.
- Chcę się zapoznać z urokliwą i mroczną damą, która stoi pod cmentarzem.
- To poszukaj sobie innej, a mi spokój daj natręcie.
- Aale...
Wywróciła oczami.
- I tak umrzesz.- Zakończyła dziwnie rozmowe i poszła w głąb cmentarza, zostawiając za sobą chłopaka, który miał idiotyczną minę i nic nie zrozumiał.
Westchnęła jeszcze raz i przymknęła oczy by znaleść się w swoim pokoju.
Odetchnęła, pogłaskała Kirę i położyła się na łóżku, by zagłębić się w krainę snów.
                         * * *
Biegł ile sił w nogach, chciał jak najszybciej znaleźć swoją dziewczynę. Brakowało mu tchu, ale uporczywie biegł dalej. Był synem Nike! Musiał dać rade.
Tak! Jeszcze niedaleko. Jeszcze chwila. Siedzi z jego siostrą i z czegoś się śmieją.
Terren opiera się niedaleko o drzewo i łapie oddech by lepiej zacząć rozmowe. Czarnowłosa nagle wstała, machnęła ręką i truchtem odbiegła w stronę swojego chłopaka,  razem gdzieś odeszli.
Zaś błekitnowłosa zarzuciła na siebie półprzezroczystą chustę i wstała powoli z ziemii. Canavan podbiegł do niej prędko.
-Włóczykij!
Odwróciła się zdumiona, a gdy zobaczyła kto ją woła, posmutniała, ale szybko przybrała swoją maske opanowania.
- Nie mam czasu...- Odparła i odwróciła się do niego plecami by szybko odejść.
Ale przeszkodziła jej ręka chłopaka, która złapała ją za ramię.
- Poczekaj... chcę przeprosić.- Zrobił skruszoną minę.
Marszcząc brwi spojrzała na niego powątpliwie.
- Przepraszam Włóczykiju.- Wyszeptał siedemnastolatek.
Patrzyła na niego przez dłuższą chwilę. Ten zasmucony jej brakiem jakiegokolwiek sygnału przebaczenia, spuścił głowę.
Widząc jego reakcję uniosła kącik ust do góry i sięgnęła ręką do jego brody i uniosła tak by jego piwny kolor oczu spotkał się z jej stalą. Stanęła na palcach i musnęła jego usta.
Zaskoczony aż otworzył usta.
- Nnie spodziewałem się tego.- Oznajmił.
Zaśmiała się krótko, melodyjnie.
- Musisz robić tak jak ja.
- A ty co robisz?- Spytał zaciekawiony. Przytulił ją do siebie by była bliżej. - Hmmm?
- Niczego się nie spodziewam. I wtedy nie jestem później rozczarowana.- Odpowiedziała Włóczykij.
Uniósł brwi.
- Mądre słowa. Może się tego naucze.
Zaśmiała się lekko i złapała go za rękę.
- Chodź zaraz kolacja.
Weszli do Jadalni.
- Idę do siebie.- Stanęła na palce i cmoknęła go w policzek. Potem, wielkimi krokami, doszła do swojego stolika i zaczęła pałaszować swoją kolację.
Uśmiechnął się na ten widok i wesołym krokiem podszedł do swojego stołu.
Jego rodzeństwo spojrzało na niego dziwnie, prócz Lucy, która wiedziała o co chodzi.
- Boli cię głowa?- Spytała podejrzliwie Victoria.
- Lepiej!- Wyszczerzył zęby.
- Masz wrzody na żołądku? - Uniósł brwi Gabriel.
- Nie głąbie.- Spojrzał porozumiewawczo na Lucy.- Pogodziłem się!
- Z połamanym oszczepem, który dostałeś od Chejrona?
- Zamknij sie Gaba! Z Włóczykijem się pogodziłem.
- No w końcu! - Westchnęła Vic.
- Co w końcu kochanie?- Alex objął swoją dziewczynę i przysiadł się do ich stołu.
- Kelp i mój brat się pogodzili.
- Aaa o to chodzi. Nie no brawo.
Zaśmiali się obecni przy stole.
                         * * *
- Kim jesteś?- Zapytała wysoka dziewczyna, celując chepeszem w stronę chłopaka.
- Jestem Ben.
- Ja Naszida... po co tu przyszedłeś i skąd wiesz o Pierwszym Nomie?
- Kazała mi tu przyjść Izyda...
                          * * *
Memento homo morii- Pamiętaj człowieku o śmierci.
#Włóczykij.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz