-Venoro! Mam dla ciebie niespodziankę! -Włóczykij podeszła do boksu swojej ulubienicy i otworzyła go.
-Na Pegaza nie dało się wcześniej?-Zapytała z sarkazmem.
-Co narzekasz Nietoperzu? Jest siódma. A zresztą tak jak mówiłam, mam niespodziankę dla ciebie-Mówiąc to pokazała jej białą uzde, która idealnie kontestowała z umaszczeniem konia.-Dzisiaj sobie polatamy, zapewne dawno tego nie robiłaś.
-Ooo tak! Wybaczam ci, że tak rano mnie zbudziłaś. No dawaj tą uzde i lecin no!-Klaczka była zniecierpliwiona. Ile lat już nikt jej nie dosiadał? Nawet sobie nie przypominała. Włóczykij podniecona lotem, ubrała wprawnie cugle i dostosowała, potem wyprowadziła konia z boksy i skierowała się na pobliską polanę.
-Em... pochyliła byś sie bym wsiadła? Jesteś tak wysoka, że nawet nie podskocze.- Venora to słysząc prychnęła, przy okazji lekko opluła ubranie dziewczyny, schyliła się. Włóczykij jednym susem wdrapała się na grzbiet. Po chwili obie stępowały wzdłuż polany.
-Wygodna jesteś. -Na te słowa Venora dumnie uniosła głowę. -No dobra panno wzbijamy się.
Pegaz przeszedł do szybkiego kłusa i szybko rozprostowała swoje nietoperze skrzydła. Kilka zamachów nimi i już znajdowały się nad drzewami. Jeździec wydała z siebie głośny odgłos radości, klacz też nie lepsza, głośno powiedziała swoje " I-ha-ha ", chwilę później wzbiły się jeszcze wyżej. Spokojnie szybowały delektując się chłodnymi powiewami powietrza w ten, już, gorący poranek. Nagle Włóczykij wpadła na głupi pomysł, jak to ona.
-Venora obniż lot, a potem skieruj się w stronę jeziora.
- Sie robi ...
Dziewczyna pogładziła czule szyję pegaza i puściła wodze. Gdy Venora była nad wodą, Meriel kazała wracać rumakowi do boksu. Ta nierozumiejąc zgodziła się. Niespodziewanie Włóczykij ześlizgnęła się z okrzykiem radości z grzbietu konia i już miała się zdarzyć z przyjemną wodą gdy..
* * *
Anubis z ogromnym znudzeniem podał swojemu zwierzakowi serce kolejnej duszy. Po chwili uderzył głową o stół na znak zrezygnowania.
-Mgrgfdc-Mruknął. Gdy podniósł głowę powtórzył- Dobre serce?-Na znak potwierdzenia potworek beknął.
-Że też ci sie to nie obrzydza...
Chłopak zmienił się w szakala i potruchtał do komnaty Ozyrysa.
Pan zmarłych akurat czytał jakieś zwoje.
Podniósł wzrok na zwierzę i na jego bladej twarzy zajaśniał uśmiech.
-Co cię sprowadza chłopcze?-Spytał, przemienionego już chłopaka.
-Ta poprzednia prośba. Mam już dość! -Zacisnął pięści i zmarszczył swoje czarne brwi.- Ciągle to samo. Serce, pióro, serce, pióro, serce... No błagam! Czemu Amput tego nie może robić? -Zaniemówił na chwilę. -Amput. Siostra... No jasne! Przecież istnieje możliwość by mnie zastąpiła, prawda? - Spytał z nadzieją.
Ozyrys zamyślił się na długi moment. Analizował za i przeciw. Podrapał się po głowie i:
-Tak, istnieje taka możliwość. Tylko musimy czekać do walnego spotkania by byli wszyscy przy tym. I zdajesz sobie sprawę, że może to trochę potrwać prawda?
-Tak. Tak tak taaak. -Ucieszył się jak małe dziecko.- Dzięki ci Ozyrysie! Wielkie dzięki! -I wybiegł z komnaty w postaci szakala i po chwili znalazł się na jakimś pustym cmentarzu by pomyśleć w chwili spokoju i na świeżym powietrzu.
* * *
Ogromna wodna ręka złapała ją w pasie i dostawiła obok chłopaka niewiele starszego niż ona sama.
-Odbiło ci? No za mądra to nie jesteś, słowo. -Powiedział.
-A ty kim jesteś by mi mówić co mam robić? -Warknęła- No?! I to było przemyślanie i nic by mi sie nie stało głąbie! Woda nic mi nie zrobi! Nawet mokra nie jestem. JESTEM CÓRKĄ POSEJDONA!-Była zła. Nie... była cholernie zła. Zepsuł jej wymarzony skok. Ciemnowłosy zaniemówił i patrzył się niedowierzając w to co powiedziała. Nawet nikt nie zwracał uwagi na tłum, który obserwował poczynania zaczynając od jej skoku. Znikąd pojawił się Chejron.
-Aaa tu jesteś Percy! O, poznaj swoją oto siostre! To Włóczykij, kolejne dziecko boga mórz.
Dziewczyna zamilkła. Nakrzyczała na swojego brata. Nie no, nie ma to jak miłe przywitanie.
Rodzeństwo mierzyło się niepewnie wzrokiem. Nawiązali pomiędzy sobą jakąś więź i uśmiechnęli się lekko by po chwili wskoczyć do jeziora. Podpłynęli po pomost i Percy stworzył duży bąbel powietrza by mogli porozmawiać. Popatrzeli po sobie, chłopak dość niepewnie, a dziewczyna z podejrzliwością.
-Ee.. bo ja chciałem przeprosić za moją wybuch no i... ee no..- Jąkał się. Włóczykij, to widząc ledwo powstrzymywała uśmiech, musiała zachować powagę.
-Wybaczam ci.- Rzekła. A widząc jego głupią minę zachichotała- Nie no spoko, nic sie nie stało, miałeś prawo podejrzewać, że mogłam sie zabić i tak dalej. A jak ci tak wogóle na nazwisko? -Spytała.
-Percy Jackson, syn Posejdona i Sally Jackson. A ty?
-Włóczykij, córka Posejdona- Wymamrotała.
-Włóczykij? No tak ci nie jest na imie... napewno.
- Włóczykij i koniec tak?!- Warknęła lekko.- Nienawidzę swojego imienia Perseuszu.- Skrzywił się słysząc swoje pełne imie.
- Wybacz, ale nie rozumiem. Ale jak chcesz, nie ciągne tematu... Tylko mi jeszcze powiedz, kto wie o twoim imieniu...
- Jonathan Storm i moja ciotka co mnie wychowywała. Jak trafiłeś do obozu?
-Przez Minotaura, razem z mamą i Groverem uciekaliśmy...- Zaczął opowiadać o swoich przeżyciach jak to uwolnił mame z rąk Hadesa, poznał Dedala, pokonał Kronosa... i tak dalej- ... no i jak usłyszałem, przez iryfon od Chejrona, że mam siostre poprosiłem Leo by zrobił jakąś maszynę. No i wymyślił sprzęt, który niby przenosi w inne miejsca za pomocą tęczy, znaczy przez Iryfon. Ale niestety odkrył, że to działa tylko dwukrotnie. Czyli jeszcze mi na powrót zostało.
- Oh, szkoda. Ale przynajmniej cie poznałam. Nawet nie wiesz jak się cieszę, że mam braci.
- Z Tysonem się widzialaś?
- Nie jeszcze. A co?
- Ale wiesz, że on jest cyklopem...
- No i co z tego? Rodzina to rodzina, nie wybiera się jej. Zaakceptowałam ciebie, to i Tysona zaakceptuje. Chodź już, chyba jest pora obiadowa.
- Tak, tak chodźmy. - Gdy wyszli z wody zbiorowiska już nie było. Włóczykij pośpiesznie związała włosy w kita i razem z bratem truchtem pobiegli do jadalni. Gdy wstąpili do środka każda znajdująca się tam głowa na nich spojrzała. Przywitali się i usiedli przy stoliku trzecim. Kiedy tak jedli, nagle coś zaczęło przeraźliwie wydawać piszczące dźwięki. Mocno przerażony Percy dobył czegoś na wzór komórki i wybiegł na zewnątrz. Włóczykij po chwili wachania także podążyła jego śladem. Akurat zastała go przy pobliskim drzewie jak kończył rozmowe. Był blady jak ściana. Zbliżyła się do niego i położyła dłoń na jego ramieniu.
- Coś się stało? - Zapytała.
- Mają kłopoty, muszę się szybko tam przenieść. - Spojrzał na nią z zaszklonymi oczyma i mocno przytulił.- Mam nadzieję, że niedługo się zobaczymy.
- Ja nie mam nadzieji- Widząc nieruzumiejący wzrok, wyjaśniła- Ja jestem tego pewna. - Jeszcze raz się uścisneli, a później Percy zniknął w kolorowej mgle. Meriel westchnęła ciężko i poszła na salę treningową. Pomieszczenie było puste, nikogo nie było. Wzięła jeden z mieczy i podeszła do manekina. I zaczęła ćwiczyć. Nie liczyła czasu, nie czuła zmęczenia. Chciała po prostu sobie ulżyć psychicznie. Dla niej istnialo tylko to pomieszczenie, miecz i manekin.
- Ja bym, na twoim miejscu, już skończył ćwiczyć bo padniesz mi tutaj ze zmęczenia. - Odwróciła się i ujrzała Jonathana opartego nonszelacko o framugę drzwi.- Jesteś zła prawda? Sądzisz, że to niesprawiedliwe, że dopiero poznałaś brata, a już musisz się z nim rozstać. - Spojrzała na niego smutnym wzrokiem.
- Tak. Dokładnie. - Ledwie widoczna łza spłynęła po policzu, ale szybko ją starała. Musi być silna, to jest jej motto. Usiadła na ławce opierając głowę na rękach. Jeff podszedł do niej i objął przyjacielsko ramieniem.
- Dzięki Jeff.
- Za co?
- Że jesteś tu, pocieszasz.
- Czego się nie robi dla przyjaciół- Uśmiechnął się mile. Włóczykij słysząc to przytuliła go mocno.
- Aaa mam przyjaciela. Nanananananaaa.- Wstała i zaczęła się śmieć z byle powodu.
- Wariatka- Powiedział sobie w myślach ale później razem z nią się zaczął wydurniać. Naprawde dziwnie było jak Włóczykij postanowiła zabawić się w fryzjera.
- Ooo wolisz warkocz czy kłosa? A może dobieranego?- Wyliczała jak dziecko na palcach. - Już wiem ! Dawaj te włosy. - Zarządziła.
- No dobraaa- Powiedział z ociąganiem. Kilka minut majsterkowała w jego włosach a po chwili było widać efekt.
- Zajefajnie! Choć idziemy.
- Ale gdzie e?
- No na kolację, bo zgłodniałam.
- Co?! Ja mam iść w tej fryzurze? No chyba cie coś boli.
- No ale słodko wyglądasz no! Nie daj sie prosić. - Zrobiła maślane oczka.
Prychną pod nosem i wyszedł na zewnątrz razem z dziewczyną. Na szczęście lub nieszczęście nikogo nie było. Chichoty dopiero rozległy się, gdy pojawili się w stołówce.
- Hej Jeff! Seksi jest twoj koczek jak pączek!- Krzyknął Gabriel od strony Nike. Victoria widząc chłopaka otworzyła szeroko usta z niedowierzania, Terren zwijał się ze śmiechu razen z Gabą, Lucy cicho chichotała, a Dexter uśmiechał się tylko i momentalnie opuścił pomieszczenie, ale tego nikt nie zauważył. Nie było osoby, która by się nie uśmiechała, no może poza panem D.
Po kolacji paczka, czyli Terry, Victoria, Gabriel, Jonathan, Włóczykij i Lucy poszli usiąść na schodkach domku Posejdona. Gawędzili wesoło, aż do zachodu słońca. Nie obyło się także od wygłupów Włóczykija czy specyficznego humoru Jeffa. Gdy usłyszeli, że zbliża się cisza nocna pożegnali się z grupową domku nr trzy. Gaba, Victoria, Jeff i nawet Lucy uściskiem, a Terr krótkim cmoknięciem. Zmęczona przebrała się i położyła do chłodnego łóżka. Gdy zasypiała przed oczyma pojawił jej się wizerunek ojca i brata.
- Dobranoc tato.. Percy- Wyszeptała przed zaśnięciem.
* * *
Pisane w dość kròtkim czasie...
Zadowalający efekt.
#Włóczykij.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz