Obudziła się dość późno, wstała w pośpiechu z łóżka i ubrała bluzke na ramiączkach i krótkie spodenki. Wybiegła z domku i szybkim krokiem skierowała się ku domkowi Nemezis. Kiedy była koło ganku, zapukała gwałtownie do okna. Po kilku minutach wyjrzała z szklanej zasłony głowa Raviego.
-Taaak?-Spytał ziewając- A to ty... wpuścić cie?
-Nie nie. Jeśli mógłbyś Ravi to zawołaj Jonathana.- Uśmiechnęła się. Chłopak zarumienił się lekko i wycofał do pokoju. Po dłuższym czasie z domku wyszedł Jeff uczesany w kitka. Spojrzał na dziewczynę zaspanym wzrokiem i przytulił przyjacielsko na powitanie.
- Co tam? -Spytał.
- W pełni życia. Ale głodna. Zresztą planuje się wymknąć z obozu... dzisiaj mamy dzień wolny od zajęć jakichkolwiek no i wiesz...- Spojrzała na chłopaka z szalonym błyskiem w oczach - Nie lubie przestrzegać zasad panie Jockerze. Chcesz iść ze mną?
-Aale... zasady.. Nnam nie wolno- Był niepewny. Nie lubiła jak ktoś był niepewny. Złościła się wtedy bardzo, nie wiedziała nawet dlaczego tak było. - Zresztą gdyby nas przyłapały harpie... Eej co ci jest? - Zapytał patrząc na jej oczy, które zaczęły się jarzyć.- Twoje oczy...
- Nic! Kurde nic! Chciałam byś sie trochę wyrwał z rutyny. Rozluźnił. Ale kurna ty patrzysz na te cholerne zasady.- Warczała na niego.- Dobra, jak nie chcesz to pójdę sama.- Zdecydowała. Po chwili spojrzała na Jeffa swoimi zapalonymi oczyma i zagroziła- A spróbuj komuś o tym powiedzieć, to będziesz zbierał zęby z dna jeziora.
Zerknęła ostatni raz na chłopaka i puściła się biegiem w kierunku jadalni. Przywitała się z Terrym i resztą i usiadła na swoim miejscu, po chwili, z prędkością światła, zjadła swoją porcje i ponownie rzuciła się biegiem w stronę swojego domku. Otworzyła kufer i wyciągnęła z niego jaskrawoniebieską farbę do włosów. Znudził jej się czarny kolor. Po wielu zabiegach osiagnęła wymarzony efekt.
Uczesała się w roztrzepanego koka i wzięła swój plecak. Otworzyła go i na dnie zauważyła niebieski kamyk, który wzięła z domu ciotki. Patrzyła na niego z łzami w oczach, wspominała lata tortury z opiekunką, zateskniła za sasiadką, która zastępywała jej kochaną babcię. Ścisnęła mocno kamyk i rzuciła nim o ścianę na znak cierpienia. Usiadła na łóżku, podkurczyła kolana pod brodę i dała upust łzą. Szkoda, że nie zobaczyła jak niebieski, sporej wielkości kamyk, pęka na dwie części. Po chwili zaczynają one oślepiająco świecić na biało by po chwili uformować się w onyksowy łuk i tego samego koloru kołczman z trojgiem spiżowych strzał. Na broni znajdowała się niebieska wypukłość.
Siedziała tak do po południa, stwierdziła, że nie ma po co wspominać przeszłości jak teraźniejszość jest ważniejsza. Wstała i przeciągnęła się, kilka kości jej postrzykało, alw nie przejęła się tym. Spojrzała na miejsce 'zbrodni' kamienia ze ścianą. Jakie było jej zdziwienie, gdy ujrzała tam łuk. Podeszła powoli do rzeczy i uklękła przed nią. Po chwili wachania chwyciła sprzęt i obejrzała dokładnie.
- Onyks...-Mruknęła do siebie. - Kołczman mahoniowy... a strzały spiżowe. A to co takiego...- Pogładziła wypukłość na kołczmanie i nacisnęła niebieski guzik. Momentalnie oślepiło ją białe światło tak, że musiała zasłonić oczy rękoma. Gdy blask ustał spojrzała na swoją dłoń na której z powrotem znajdował się niebieski kamyk.
- O kurde- Zrobiła duże oczy z zaskoczenia. Pamiętała skąd go ma, bardzo dobrze. Uśmiechnęła się szeroko i schowała go do kieszeni. Wyszła z domku, rozejrzała się dookoła i skierowała siew w kierunku bramy obozu. Oczywiście pamiętała by iść wysoką trawą.
* * *
- Jak ja mam te rogi schować... - Mówiła do siebie.- Ni zakryć jakąś fajną czapką, ni zasłonić włosami. Ahhh na Agjipana, całe szczęście, że nogi daje się zakryć. No dobra... Tipo! Tipo na bogów, chodź tu!- Krzyknęła. Po chwili na jej ramieniu pojawił się biały kruk.
- Kra? - Przekrzywił głowę na znak zapytania.
- Widziałeś gdzieś moją czapke? No wiesz... tę rozciągniętą, czarną.
Ptak pokręcił przecząco swoją drobną głowką i zakraczał cicho.
- Zaraz dam ci jeść. Tylko pomóż mu znaleść tę cholerną czapke no!
Albinos rozprostował skrzydła i poszypował z ramienia dziewczyny na ziemię, przewędrował kilka kroków i spod konaru drzewa wyciągnął czarny materiał.
- Kra kra!
- Co jest znowu... Moja czapka!- Ucieszyła się jak mała dziewczynka. Wyciągnęła z kieszeni kilka krakersów i podała je Tipowi. Potem, z ledwością założyła czapke.
- Okropnie wyglądam ale tam... Kowal* gorzej wygląda. - To twierdząc zamknęła drzwi drewnianek chatki i ruszyła w stronę gaju.
* * *
Gdy wróciła, nadal trwała kolacja. Miała ze sobą kilka toreb, więc cichcem ruszyła do trójki. Otworzyła szybko drzwi i rzuciła zakupy na łóżko, któregoś z braci.
- Jutro rozpakuje, teraz tylko sweter ubiore...- Jak powiedziała tak zrobiła. Po jakimś czasie dochodziła do stołówki, gdy zauważyła, że akurat Jeff wychodzi z budynku.
- Jonathan! - Krzyknęła.
Chłopak jak na zawołanie spojrzał w kierunku wydobywania się dźwięku, kiedy zobaczył kto go wołał, spuścił głowę i próbował minąć dziewczynę.
- Jeff czekaj... - Powiedziała widząc jego poczynania. - Nie chciałam na ciebie nakrzyczeć, po prostu nie wytrzymałam... - Nie umiała przepraszać. No bo kto miał jej tego nauczyć? Ciotka? Haha, tak jasne. Sąsiadka nauczyła ją dziękować i prosić, na przepraszam chyba nie zdążyła, bo skończyła w trumnie.
- Straszne. - Powiedział.
- Ja to na głos mówiłam?
- Tak... nie za fajna przeszłość.
- Nic nie poradzisz. Sztama?
- Oczywiście- Uśmiechnął się i przytulił do siebie. Była dla niego jak siostra, której nie ma. Nagle zesztywniał cały, niestety Włóczykij to wyczuła i spojrzała na niego pytająco. Nie widząc jakiegokolwiek znaku z jego strony, spojrzała tam gdzie on i spostrzegła Victorie i Alexa, całowali sie. Ale jak całowali! "Jak pijawki" zaśmiała się w duchu. Po kilku sekundach obserwacji spojrzała znów na Storma, który posmutniał gwałtownie.
- Hej, Jeff. Nie smutaj. Chodź pokarze ci coś!
Mruknął coś w odpowiedzi i z ociąganiem odwrócił wzrok od zacałowanej pary.
Włóczykij wzięła go za rękę jak małe dziecko i poprowadziła do pobliskiej ławeczki, z dala od Vic i Alexa, i usadowiła go na niej. Miał nieprzytomny wzrok i patrzył ślepo przed siebie. Córka Posejdona nie mogła się powstrzymać i klepnęła chłopaka w potylice.
- Ej!- Wrzasnął i spojrzał gniewnie w rozbawione oczy Włóczykija.
- Oprzytomniej, bo paruje ci mózg od myślenia. Chce ci coś pokazać facet nooo!- To mówiąc wyjęła z kieszni swój niebieski kamyk i pokazała mu go na wyciągnietej ręce. Jeff podrapał się po głowie.
- Eee? To kamyk, tylko kamyk. Niebieski. - Ale z ciebie tłumok, popatrz. - Upuściła lekko kamyk na ziemię i po chwili oślepiło ją białe światło.
- Włóczykij co sie dzieje? Nic nie widze czarno mam przed... O już widze! Na Nemezis co ty na Pallas zrobiłaś? - Podniosła z ziemi czarny łuk i zarzuciła kołczman na ramie.
- Nie oślepiło cie światło? - Ździwiła się.
- Yyy, nie? Tylko przez chwilę jakbym był niewidomy się poczułem...- Mówił bez ni ładu ni składu, ciągle mocno zdziwiony tą bronią. - A czemu tylko trzy strzały?
- A bo ja wiem... poczekaj.- Wzięła jedną do ręki i nałożyła na cięciwę. Napięła ją i wystrzeliła ją daleko. Obserwowali ją tak długo, aż zniknęła im z pola widzenia.
- Fiu fiu... daleki zasięg ma.- Stwierdził z uznaniem. Popatrzył na odwróconą dziewczynę- Te Włóczykij!
- Co jest?
- Nadal masz trzy strzały!
- Co?! Ale jak to?- Spojrzała na wnętrze pojemnika.- Faktycznie... Dziwne.
- Sprawdzałas go dokładnie? Może coś pisze czy coś.
- Tylko ten guzik niebieski jest. Może na łuku...
Spokrzała na lekką, onyksową masę. Tasowała ją dokładnie wzrokiem i...
- Mam! Jest malutki napis. Ledwo widoczny, ale jest! Czekaj moment. - Powiedziała- Tu pisze... "Dla Meriel, do połączenia światów. "
- Ciekawe od kogo...
- Dostałam go od zakapturzonej postaci na rynku. Miałam około ośmiu lat.
- Yhym... Ściemnia się, choć odprowadze cie Panno Włóczykij.
- Ależ dziękuję panie Jockerze.
Dwadzieścia minut potem znajdowali się pod jej domem, dziewczyna pocałowała Jeffa w polik i weszła do środka. Chłopak zaś powolnym krokiem szedł ku swojemu mieszkaniu. Zrozmyślał.
Ares dawno nie zaprzatał jego głowy. Ares...Ares go ukarał, Ares bóg wojny, Zabijaka.
"Ja nie zabiłem umyślnie..." -pomyślał rozpaczliwie- " Ty to wiesz Aresie, ty to wiesz..."
- Jeff! Znalazłem twoją różową opaske na oczy!- Ravi wybudził go z rozmyślań.
- Różowa? Ta w białe kropki?
- Ta.
- Dawaj mi ją- Poczochrał brata po głowie.
- Prosze.
- Dzięki Rav.
- Ide spać Dobranoc braciszku.
- Dobranoc Essin, dobranoc...
* * *
*Kowal- miałam tu na myśli Hefajstosa.
#Włóczykij.
sobota, 31 stycznia 2015
Rozdział XV
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz