środa, 18 lutego 2015

Rozdział XIX cz.II

Czy można być świadomym, wszystko słyszeć i czuć, gdy jest się nieprzytomnym lub w śpiączce?
Otóż tak, tego właśnie doświadczyła Włóczykij. - Co tu tak ciemno?!- Rzekła, oczywiście nie na głos tylko w podświadomości.
Nagle poczyła piekący, prawie nie do wytrzymania ból z tyłu czaszki. Strasznie pulsowało i wrało to miejsce. Chciała się chwycić ręką,  ale nie mogła się ruszyć.
Spróbowała otworzyć oczy- zero.
- Co jest?!- Myślała gorączkowo.
Nagle pojawiło się malutkie światełko w ciemnocie, która ją otaczała. Punkt stawał się większy i ze ździwieniem ujrzała postać, której najmniej się spodziewała.
- Anubis.- Wyszeptała.
Nagle światła zgasły.
Znajdowała się w jakiejś małej komnacie.
Standardowo znajdowało się tam łóżko, biurko z krzesłem, jakiś regał z książkami, mała szafa, dywan i duże lustro.
Pokój w sam raz dla faceta.
Chłopak opierał się o ścianę i z iskierkami radości spoglądał na dziewczynę.
- Co ja tu u diaska robię?!- Podniosła o oktawę głos.
- Aktualnie stoisz Włóczykij. - Podkreślił dosadnie ostatnie słowo. Ta spojrzała w jego prawie czarne oczy, które się teraz pięknie błyszczału, i o których czasem śniła.
- Nie złość mnie ty cholerny Grabarzu. Przed chwilą nie mogłam się ruszyć,  a teraz tadam! jestem tutaj z TOBĄ i najnormalniej w świecie mogę się poruszać i nic mnie nie boli. O co chodzi?- Ostatnie zdanie wyszeptała.
Spojrzał na nią w milczeniu zastanawiając się czy jej powiedzieć. Ma zakaz... ale co oni mu zrobią, jak powie tylko ociupinę?
Spojrzał na jej niebieską czuprynę. Zrobił trochę ździwioną minę, ale spodobała mu się ta odmiana w jej wyglądzie, choć wolał naturalny kolor..
- Odkąd cię poznałem... to znaczy ee- Zająkał się i przysiadł na łóżku. - Chodzi o to, że... kurcze nie wiem jak ci to wyjaśnić!
Pochyliła głowę na znak niezrozumienia,jak piesek. Zrobiła kilka kroków i po turecku przysiadła na puchowym dywaniku.
- Jestem córką...- Zawachała się. - Boga mórz.
Chłopak zrobił duże oczy.
- A jednak, to prawda.- Wyszeptał- Widzisz... bogowie istnieją i Greccy i Egipscy. Akurat tutaj nie ma zaburzeń wiary jak na przykład w Rzymie i w Grecji. Rozumiesz o co mi chodzi prawda?- Skinęła głową by mówił dalej.- W Egipcie tego nie ma, emm... jesteśmy jak by to ująć... odizolowani od reszty bogów, mamy własnie zasady i obrzędy.
- Do rzeczy Anubisie.
Bóg zarumienił się lekko, gdy usłyszał swoje imie z jej malinowych ust.
- Ty jesteś córką Posejdona. Ale też jest coś w tobie z.. - Zrobił krótką pauze - Egiptu.
Gdy powiedział ostatnie słowo niespodziewanie przeszył go ogromny ból, jakby odrywali od niego skórę na żywca. Syknął przez zęby i łapiąc się rękami za brzuch skulił się.
Przerażona lekko dziewczyna zrobiła kilka kroków w jego stronę i położyła rękę na ramieniu i odezwała się miekkim głosem.
- Hej, co się stało?
Chłopak syknął przez zaciśnięte zęby i powoli wyprostował się.
- Nnie mmogę ci nic mówić Włóczykij. Każdy bóg egipski i grecki złożył przysięgię, że nie będzie ingerować się w...- Znów przerwał i tym razem złapał się za głowę.
Spojrzała na niego z współczuciem. W ciemnobrązowych oczach tlił się ból.
-Są takie piękne...- pomyślała.
Strasznie blada cera...szlachetne rysy twarzy... i te włosy! Czarniejsze od smołowego czy kruczego koloru.
Odwzajemnił jej spojrzenie i uśmiechnął się leciutko mimo bólu.
- Pora się budzić Włóczykiju. Jeszcze się spotkamy...- Jego głos odbijał się echem i cichnął, a obraz zaczął się rozmazywać i jaśnieć, ukazując biało-brązowe pomieszczenie i kilka osób pochylających się nad nią.
                           * * *
Biały kruk szybował nad bardzo, jak dla niego, kolorowym miastem. Postanowił się przelecieć, zostawiając swoją panią razem z Keią, czyli panią jeż, która także jest albinosem.
Tak... pani kochała wszystko co białe.
Kruk także nie był taki zwyczajny...
Był o wiele mądrzejszy od swoich czarnych braci i umiał liczyć.
- Kra! - Odezwał się zdziwiony widokiem jakiegoś bardzo dużego obozu. Postanowił zobaczyć z bliska co tam się wyrabia.
Kilka machnięć skrzydłami i centralnie nad jeziorem zapikował w dół. W ostatnim momencie,  przed zderzeniem z wodą rozprostował skrzydła i poszybował na pobliskie drzewko.
Siedział tak z kilkanaście minut
- Ciągle nastolatkowie... frunę gdzie indziej.- Pomyślał w swoim języku i już miał startować, gdy nagle oniemiał.
Koło jeziorka przechadzał się najspokojniej satyr! Bez żadnego stroju by śmiertelnicy nic nie zauważyli ani bez kszty strachu!
- Hana będzie zdziwiona na śmierć jak jej powiem, że widziałem satyra! I to białego.- Nagle zrobił jeszcze wieksze oczy, bo zjawiło się jeszcze więcej satyrów, ale znacznie dalej od tego białego.
- Co tu sie wyrabia. - O mało co nie zleciał z drzewa.- CENTAUR?!
Inni mogli, to usłyszeć jako zwykłe krakanie, ale satyrzy nie.
Musi koniecznie powiedzieć Hanie by tu przyszła, będzie tu bezpieczna. A Tipo musi dbać o bezpieczeństwo swojej pani.
Nie zastanawiając się długo wzbił się w powietrze. Bo około pół godzinie był w ,,Domku", który satyrzyca sama zbudowała w głębi nieuczęszczanego lasu.
- Tipo! Gdzieś ty na bogów się podziewał?!
- Kra!
- Oh, no to opowiadaj.- Usiadła na pieńku, a na kolanach położyła sobie Kei. Im bardziej albinos zagłębiał się w swoją opowieść, tym bardziej Hana nie mogła uwierzyć.
- Kra kra!
- Nieprawdopodobne... tutaj jakiś obóz z satyrami. Aale ja nie mogę do niego chyba iść... przecież jak oni zareagują na Satyrzyce?! Nigdy nie było samicy satyra... i nie powinno być!
- Pii? - Zapytała Kei
- Dlatego mała, że jak nimfa z satyrem się zwiąże, to urodzić może się tylko nimfa lub satyr. A ja...- Załamał jej się głos.
Tipo widząc, że jego pani zaraz się rozpłacze sfrunął na jej ramię i małą główką przytulił się do policzka pięknej dziewczyny.
- Dziękuję wam.- Wyszeptała.- Za trzy się pakujemy i zobaczymy jak nas przyjmą.
                         * * *
Szedł zatłoczonymi ulicami Kairu, oczy miał zasłonięte pół przeźroczystą chustą, by ludzie nie krzyczeli na widok krwi.
Nie wiedział dokąd idzie ani jaki ma cel. Po prostu chodził. No i był głodny. Ale niestety nie posiadał żadnych monet.
Przechodził właśnie obok jakiegoś ciemnego zaułka i zobaczył tam starszą kobietę, która klęczała.
Nic nie myśląc podszedł do niej i spojrzał z góry.
Nieznajoma czując czyjąś obecność podniosła swoje ciemne oczy na przybysza.
- Dobry człowieku, czy masz może czym, że się ze mną podzielić?- Spytała mocno zachrypniętym głosem. Było coś w niej niespotykanego, wyczuwał to.
- Niestety sam jestem biedny. Bez jedzenia przez dwa dni. Wcześniej przynajmniej miałem drzewo daktylowe, ale ścieli je. Pozostały mi tylko dwa owoce tej rośliny...- Powiedział cicho swoim głębokim głosem.
Staruszka tasowała go dokładnie wzrokiem.
- Faktycznie wychudzony jesteś młodzieńcze. Mi niestety nawet na dwa marne daktyle nie starcza. Widzisz w jakich łachmanach siedze?
-Dlaczego nie wyjdziesz na targ? Tu ci nie dadzą pieniędzy.
Fuknęła zirytowana i poprawiła siwe włosy.
- Nie jestem rzebraczką! Swoją godność mam chłopcze.
Zdziwiony chłopak nic nie mówiąc sięgnął do kieszeni spodni i wyjął z niej dwa małe owocki.
- Proszę. - Podał je zszokowanej kobiecie.
- Masz wielkie serce młodzieńcze.- Jej oczy zajaśniały mocno.- Choć jesteś uszebti...
- Usze.. co?!- Zmarszczył brwi. Zaś ona nie odpowiedziała mu na, to pytanie tylko kontynuowała.
- Będziesz miał dużą rolę do odegrania Benie. Masz moje wsparcie.- Jej postać zajaśniała, a na plecach zaczęły pojawiać się tęczowe skrzydła.- Jestem Izydą! Boginią magii. Moje słowo jest ważne. -Młoda, już,  kobieta wzbiła się szybko w powietrze i ślad po niej zaginął.
Po kilkunastu minutach blondyn ocknął się z szoku.
Izyda? Bogini magii? Czyli egipscy bogowie... Oh.
Podrapał się po głowie i dostnął palcem linię wodną.
Co jest ...
Nie wyczuł spływającej krwi, która zawsze była.
Postanowił poszukać gdzieś lustra.
Skierował się na stragan z różnokolorowymi chustami i ujrzał lustro. Dwa kroki i stanął przed nim.
Jakie było jego zdziwienie, kiedy zobaczył swoje oczy.
Nie były już całkowicie czarne z czerwonymi kropkami i wyciekającą krwią. Białka oczu były normalne, nie było żadnej cieczy wylewającej się. Za to tęczówki były koloru bordowego. Jakby cała krew skomulowała się w nich.
Uśmiechnął się lekko i ściągnął półprzeźroczystą chustę. Nareszcie mógł chodzić bez niej bez wstydu przed innymi.
Już chciał ją schować do kieszeni,  gdy odkrył, że doczepiona do spodni jest sakiewka, która pobrzdękuje.
Otworzył ją i ze zdumieniem ujrzał tam bardzo dużo pieniędzy. Wśród nich był mały kawałeczek papirusu. Zacielawiony rozwiną go i przeczytał zawijaste pismo.
     Masz tutaj wskazówki jak dotrzeć do Per-Anch*, przyjmą cię tam miło, gdy powiesz,  że to ja cie przysłałam.
                                       Izyda.
Na drugiej stronie były pomocne zdania by dotrzeć do 'dobrego' miejsca.
-To czas wyruszyć w nieznane...
                          * * *
- Włóczykij! - Krzyknęło kilka osób na raz.
- Czego się drzecie? Głowa mnie boli..-Burknęła otwieracąc całkowicie oczy, zobaczyła nad sobą Jeffa, Vic, Lucy, Raviego i jakąś dziewczynę, która podała jej szklanke z nektarem.
- Wypij, ale powoli! - Ostrzegła i odeszła do innego pomieszczenia.
Włóczykij ostrożnie zaczęła pić.  Smak był zdumiewająco pdobny do kwasu chlebowego, który sąsiadka często ją częstowała w dzieciństwie.
Po skończeniu odłożyła szklankę na małą szafkę i dotknęła głowy w okolicach potylicy.
- Ał...- Sykneła i opadła z powrotem na poduszkę.- Ile byłam nieprzytomna?
- Krótko,  zaledwie siedem godzin.
- Oh na Hadesa... ile? A co sie...- Urwała zdanie przypominając sobie jak upadła na głowę
- Właśnie, co się z tobą dzieje Włóczykij? Od tygodnia chodzisz jak żywy trup, z nikim nie gadasz. Nosz kurde dziewczyno też nic nie jadłaś!- Prawie krzyczał Jonathan.
Zawstydzona lekko spuściła oczy, tak... trochę popadła w lekką depresję. Martwiła się strasznie o brata i ciągle myślała o swojej mamie i reszcie rodziny. Jej tata cóż... no jest bogiem i nie ma zbytnio czasu by z nią porozmawiać.
- Ja.. ja po prostu tęsknię za bratem...- Oczy leciutko, prawie niezauważalnie zaszkliły się.
Storm spojrzał z troską na siostrę i ją przytulił mocno do siebie.
- Będzie dobrze... Merielku.- Szepnął jej na ucho by inni nie usłyszeli.
- Pożałujesz.- Odszepnęła i podniosła trochę kąciki ust do góry. O to Jonathanowi chodziło, roztrzepał jej włosy i usiadł na krześle obok.
Lucy położyła Pizdusia na pościeli i ten od razu zakopał się w kołdrze.
Po drugiej stronie łóżka usiadła Victoria i spojrzała niepewnie na poszkodowaną. Po chwili namysłu uścisnęła ją lekko, a Włóczykij to odwzajemniła.
- A gdzie Terren?- Spytała.
- Pewnie w swoim łóżku pod kołdrą i krzyczy na każdego kto się zbliży ...- Odezwał się Ravi.
- A co mu takiego?- Była zaskoczona.
- To on cie znalazł. - Powiedziała Lucy wyciągając Pizdusia i dała mu piórko z pościeli. Zadowolony włożył je w swój puszysty ogon i usiadł na barierce łóżka i zaczął uczyć się utrzymywać równowagę.
- I co? On mnie tutaj przyniósł? - Dopytywała.
- Nooo tak. Przyleciał na pegazie razem z tobą. Miałaś ponoć lekko rozciętą potylice i krew z nosa ci ciekła. Chyba się przeraził na ten widok- Mówiąc to Jeff pogładził swoje włosy, które prawie sięgały do pasa.
Nastała chwila milczenia.
- A co z Venorą?!
- Chodzi po obozie, nikomu nie daje się dotknąć, ani nawet zbliżyć na rozpiętość skrzydeł- Wyjaśniła Vicka.- podobno chodzą słuchy, że z jej kopyt płynęła woda, gdy kopnęła córkę Afrodyty.
- Aha. -Podsumowała Włóczykij. - A Chejron?
- Był tu i dał ci ambrozję.- Odpowiedział Ravi.
- Lucy zaraz twoja wiew...- Nie dokończyła, gdyż rozległ się głośny plask, ponieważ Pizduś spadł z łóżka na swój grubiutki brzuszek.
Lucy niezgrabnie go podniosła i przytuliła.
- To normalne.- Powiedziała siostra Victorii.
Znów nastała chwila milczenia, a przerwał ją później Ravi.
- Zjadłbym pizze.- Powiedział na co każdy się zaśmiał.
- Ja też.- Stwierdziła Lucy.
- To chodź!  Zaraz kolacja.
Dziewczynka wzięła Pizdusia, który gryzł materac od łóżka.
- Kiedy stąd wyjdę? - Spytała Włóczykij.
- Chejron mówi, że za dwa dn...- Przerwał Stormowi wypowiedź nagłe otworzenie drzwi. Pojawił się tam brązowo-czerwonowłosy chłopak o piwnych oczach, w których kryły się iskierki radości jak i troski.
-Włóczykij! - Podszedł do swojej dziewczyny szybko i momentalnie wpił się w jej usta.
- To my może...- Zaczęła Vic.
- Tak, zdecydowanie. - Poparł Jeff.
Wyszli oboje z Izby i przeszli kilka kroków.
- Noo... to ja ide do Alexa, pa Jeff!- Pożegnała się.
- Ta, cześć. - I zaczął powoli iść w stronę Jadalni.
- Sie masz Jeff!- Usłyszał głos i odwrócił się w kierunku dźwięku.
- A, cześć Lytos. Co tam?
- A dobrze, zaciśniam więzły z Olafem. Stary mówię ci, nie wiedziałem że tak fajnie się z nim gada. Inni satyrowie mówili że odludek ale...- Zaczął mówić monologiem, a drugi chłopaka z chęcią go słuchał.
                             * * *
- Zaburzysz Maat Anubisie!- Odezwał się jeden donośny głos.
- Anput mnie zastąpi! Ona mało występuje w ludzkiej cywilizacji, ja często,  a mamy taki sam wygląd więc nie będzie różnicy! Tyle, że na nią będą mówić moim imienie... ale ona się zgodziła na to!- Prawie krzyczał chłopak.
- Ale tak nie można! Urodziłeś się nieśmiertelnym i takim pozostaniesz!
- Nie ma mowy! Jeżeli śmiertelnik może zostać bogiem, to to musi działać w drugą stronę!  Inaczej by to sensu nie miało. Zrozum, to Przeszkadzaczu!
Stary bóg zamilkł nie mając więcej argumentów. Poprawił swoją peruke i rzekł.
- Horus ci to samo powie co ja! I Izyda... no Ra to nie wiem, ale są inni bogowie, którzy tego nie poprzą.
- Jeszcze zobaczysz- Wyszeptał tajemniczo Anubis.
Już miał odchodzić, ale ...
- Młodzięcze, a po co ci to?
- Dla rozmaitości i nowych doznań
-odpowiedział od razu.
Przeszkadzacz westchnął ciężko i patrzył w plecy oddalającego się boga.
                             * * *
*Per-anch - Dom Życia.

#Włóczykij

                          Terry.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz