- Nie wiem jak wy, ale ja ide na śniadanie. Nie zamierzam przesiedzieć całego dnia w domku. Zresztą dzisiaj nie ma treningów. I najpierw zajde po Jonathana- To mówiąc Włóczykij od razu wyszła z domku, nie czekając na nikogo, bo wiedziała że Victoria nie byłaby zadowoloma z tego faktu. Szła tak powoli, aż w końcu doszła do czerwonego, małego budynku i zapukała w okno. Chwilę potem Jeff, uczesany , o dziwo!, w warkocza wyszedł zza drzwi i przywitał się z nią cmoknięciem w polik.
- Jak tam Włóczykiju?- Spytał.
- Oczy mnie bolą, nic poza tym. A samopoczucie u ciebie?
- Kiepsko... chyba widać co nie?- Powolnym krokiem szli do jadalni.
- Wiesz... ja zauważam takie rzeczy. Z dwojga złego jestem dobrym obserwatorem. I mam dla ciebie taką mini mini rade. Zachowuj się tak, jakby nic się nie stało. Alexa traktuj jak dawniej... no, może troche milszy bądź. A Vic... no jak Vic. Rozumiesz iluzje, jo?
Milczał przez kilka minut analizując jej słowa. W sumie, dobra myśl. Co ma być to będzie...
- Dziękuję ci. Siostro.- Uśmiechnął się.
W odpowiedzi zachichotała i złapała go za rękaw. Po chwili zaczęła biec ciągnąc za sobą chłopaka. Nie minęło kilka minut i już siadali do swoich stołów. No, nie obyło się bez głośnego przywitania się Włóczykija. Usiadła na swoje miejsce i zaczęła zajadać się kanapkami.
Gdy tak jadła dosiadł się do niej biały osobnik.
- No witam, w tę piękną pogodę, Włóczykija.- Powiedział satyr.
-Olaf! Gdzieś ty bywał? Dawno cie nie widziałam.
- Oh, gdzie ja bywał... w lesie Włóczykiju, w lesie. Szwędałem się bez celu... i zapewne dzisiaj także do lasu pójdę.
- O nie nie nie. Dzisiaj ide ze znajomymi nad jezioro, no w sumie oni o tym jeszcze nie wiedzą, ale na sto procent się zgodzą. I ty idziesz z nami.
- Ale...
- Nie ma żadnych ale Olaf! Nie możesz wiecznie być sam. Świra dostaniesz.- Napiła się wody i kontynuowała- o trzynastej widzimy się przy stajni. A teraz wybacz, muszę powiedzieć o tym kilku osobą. - Wstała od swojego stołu, to samo uczynił Olaf i wyszedł z pomieszczenia. Zaś Włóczykij podeszła do stołu Nemezis i pochyliła się nad Jeffem, zakrywając swoimi niebieskimi włosami widok na ich twarze.
- Jockerze o trzynastej pod stajnią się spotykamy i idziemy nad jeziorko. Masz być. - Cmoknęła go w policzek i poszła ku stołowi Bogini Zwycięstwa. Usiadła pomiędzy Terrenem a Gabrielem i oznajmiła głośno:.
- O trzynastej pod stajnią i idziemy nad jezioro! I idzie z nami Olaf, no wiecie ten satyr biały.
- Olaf? To może weźmiemy Lytosa, co? Proszę. - Powiedziala Lucy, co jak co, ale Lotosa bardzo lubiła.
Włóczykij patrzyła chwilę na dwunastolatkę.
- Jesteś genialna Lucy. Możesz powiedzieć Lytosowi, że pod stajnią o trzynastej. A teraz wybaczcie, ale porywam Vicke.- To mówiąc pociągnęła lekko za włosy koleżankę by wstała.
- Ym... no dobra- Mruknęła.
Chwilę potem maszerowały do domku Posejdona, bo tak zachciała grupowa.
- A tak właściwe, to co ode mnie chcesz?
- Chcę ci coś dać. Raz się wymknęłam z obozu i zrobiłam małe zakupy, dla każdego mam mały podarek. No a dla ciebie... cóż trochę większy.
- Ale... czemu dla mnie?
- Bo cie bardzo polubiłam.- Powiedzała szczerze. To wyznanie ciut onieśmieliło Victorie, dlatego lekko się zarumieniła. Włóczykij otworzyła drzwi i gestem zaprosiła gościa.
- Łał. - Tyle udało się wydusić Vic. Pierwszy raz była w domku jednego z potężnej trójki. Jasne drewno, morskie ściany, akcesoria rybackie i luksusowe łóżka. Jej było mniej wygodne... przynajmniej tak się jej wydawało. A nad jednym z łóżek wisiał róg.
- Czy to...
- Co? A, tak. To róg Minotaura.
- Gdzie twoje łóżko?
- O tutaj, we wnęce i przy oknie. Czarny kufer przy nim.- Pokazała ręką. Córka Nike usiadła na wskazanym miejscu i odkryła, że to łóżko jest miękko-twarde, a nie tak jak jej; bardzo twarde.
- Super masz tu. Naprawde.
- Dzięki, podobno sam Posejdon go budował. Tak mówił Chejron...- Na wieść o tacie na jej twarzy pojawił się smutek, leczy szybko został zastąpiony ciekawością, ponieważ wręczyła dziewczynie pakunek.
- Proszę. To dla ciebie.
Vicka otworzyła powoli prezent i oniemiała. Dostała bluze o jakiej marzyła. Zapinana z boku na zamek z dużym kapturem który zasłania oczy... i jeszcze ten kolor! Ciemnokrwisty.
Siedziała jak urzeczona patrząc na podarek. Po chwili wstała i przytuliła mocno Włóczykija.
- Na Nike! Dziękuję dziękuję!
- Hah, wiedziałam, że ci się spodoba. Ja kupiłam sobie peleryne, tylko usta odsłania patrzącym. A ja widze wszystko. Hahaha taki bajer. Zobacz.- Wyciągnęła z siatki ciuch. Była to ciemnokrucza peleryna sięgająca do kolan, zapinana pod szyją na złotą, lecz matową klamre. Miała też głębokie kieszenie.
- Supcio. Ale wiesz, zakochałam się w tej bluzie i już nic mnie nie urzeknie jak ona.- To mówiąc ubrała ją i założyła kaptur.
- Ty! Czekaj, wyglądasz jak ta z jednej bajki... eee... Kapturek! Czerwony Kapturek!
- Serio?- Zrobiła niewyraźnią minę.
- Tam masz lustro- Włóczykij wskazała ręką i ściągnęła z siebie peleryne. - Tylko szybko, zaraz trzynasta a my nawet nie przebrane.
- Mów za siebie, ja rano sie przebrałam.- Dobiegł ją głos z sąsiedniego pomieszczenia.
- Cholera.- Włóczykij szybko wyciągnęła czarne bikini i weszła za parawan. Przebrała się i naciągnęła letnią, zwiewną sukienke, no bo przecież nie będzie paradować pół naga.
- Oki możemy iść. - Oznajmiła i wybiegła na zewnątrz, a za nią Kapturek. - Buhahah zobaczmy jaką masz kondycje, wyścig do stajni?
- Pfff, niech ci będzie. Jestem córką bogini zwycięstwa!!! Ja zawsze wygrywam.
- Na trzy... Raz dwa.. Trzy!
Wystartowały, na samym początku prowadziła Victoria, ale w połowie drogi Włóczykij dopiero się rozgrzała, jak przyspieszyła bieg to tak wyprzedziła rywalkę, że gdy dotarła do stajni, to musiała odczekać pare chwil, aż tamta dobiegła.
- Pff, wygrałam.- Uśmiechnęła się i spokrzała na mocno zdyszaną Vic.- Słabeusz. Haha.
Ta spojrzała na nią bykiem i oparła się o ścianę. Nikt ich nie widział, ponieważ znajdowały się na tyłach budynku.
- No chodź Panno-Zawsze-Wygrywam-Choć-Czasem-Nie, czekają na nas.
- Mrhgbmm- Mruknęła coś.
Obeszły dookoła obiekt i zastały dziwną scenkę. Olaf stał z boku i trzymał w rękach bagaże. Wszystkich bagaże, ręczniki, klapki i tego typu, Terry leżał na Jeffie, przytulali się, Gabriel usiadł po turecku i udawał, że medytował, a za nim stał Lytos i trzymał go za głowę, Lucy razem z Pizdusiem grali w klaskałki.
- Co tu sie dzieje?!- Powiedziała głośno Włóczykij. Jak ma zawołanie każdy z nich podniósł się do pozycji, niektórzy mieli problemy, czytaj: Jeff i Terr.
- Oo jesteś skarbie..- Wydusił jej chłopak.
- No jestem, jestem. I nie chcę wiedzieć co tutaj się działo. Olaf nie rób za wieszać. Aaa a ty jesteś Lytos? - Spytała nieznajomego satyra.- Miło mi, Włóczykij. No dobra, poczekajcie chwilę, weźmiemy pegazy.
- Co?- Olaf zrobił przerażoną minę.
Włóczykij dopiero zorientowała się co zrobiła. Szlak by to...
- Olaf, choć ze mną. Poznasz Venore, nie ma się czego bać. - Wyciągnęła w jego stronę rękę. Ten wyciągnął swoją i chwycił. Weszła do środka i skierowała się do ostatniego boksu.
- Cześć Nietoperzu, poznaj Olafa, Olaf to Venora. - Satyr cofnął się za Meriel.
- Oh, aż tak strasznie wyglądam?- Spytała klaczka.
- Wybacz Venoro, ale mam uraz do tego typu stworzeń.
- Ahhh, pamiętam cię! Biały, mały satyrek biegnący z prędkością pioruna, wpada nagle w stado jak gdyby nigdy nic- Rzekła ironicznie.- Biedny Darkness teraz się często płoszy, gdy widzi satyra.
- Uciekałem od cyklopów!- Podniósł znacznie głos. Venora parsknęła.
- Wierze, słyszałam jak opowoadasz to Chejronowi. Jeszcze wtedy mogłam sama chodzić... Włóczykij idziemy nad to jezioro? Moge cie powieść satyrze byś się przyswoił do towarzystwa mojego i... Darknessa.
Dark, gdy ujrzał dwóch satyrów zrobił się niespokojny.
- Ciii- Szeptała mu na ucho Vic.
Cała grupka ruszyła w "długą" podróż do jeziora. Włóczykij i Terry szli za rękę. Jeff obok nich i ciągle ze sobą rozmawiali. Vic razem z Lucy wymieniali zdania z Lytosem, a Gaba... gadał z pegazami. Oczywiście Olaf mu wszystko tłumaczył.
- Woda!- Wrzasnęła nagle córka Posejdona i popędziła sprintem w stronę jeziora i od razu, oczywiście po drodze zdążyła ściągnąć sukienke, wskoczyła do jeziora.
- Wariatka- Stwierdzili wszyscy. To słysząc zaśmiali się wspólnie, puścili konie i sami pobiegli w stronę akwenu, ale nie wskakiwali od razu. Jeff poszedł na kładkę i zamoczył nogi, Vic z Lucy, Terrym i Gabą powolutku się zanurzali, a satyrowie zaczęli chodzić po brzegu rozmawiając.
Nagle woda zaczęła się zbierać i powstała gigantyczna, jak dla ludzi, fala. Zaszarżowała ona na grupkę i spadła gwałtownie na nich. Wrzasnęli, gdy pokryła ich zimna tafla wody. Ksztusząc się wrzasnęli:
-Włóczykij!
Roześmiana dziewczyna stanęła na wodzie w sporej odległości od nich.
- Ja tylko pomogłam wam szybciej się zamoczyć!- Odkrzyknęła. Zanurkowała na krótko i po chwili wynurzyła się obok kładki.
- Dałaś popis nie ma co.- Powiedział Jeff uśmiechając się. Nie był zły na nią o to " lekkie" oblanie wodą. Nagle za rękę chwycił ją jej chłopak i pociągnął w stronę pobliskiego drzewa, tak by nikt nie usłyszał co mówią.
- Czemu to zrobiłaś?- Spytał.
- Już mówiłam... chciałam was oblaç wodą.
Spojrzał na nią przenikliwie swoimi piwnymi oczami i musnął swoimi ustami jej malinowe wargi. Oddała pieszczotę i włożyła swoją rękę w jego włosy, om odwdzięczył się objęciem jedną ręką w talii. Chłopak pogłębił pocałunek i mocniej przytulił Włóczykija.
- Ooo, teraz już widziałem jak się całujesz z języki bracie. Lucy teraz twoja kolej! Ciebie jeszcze nie widziałem! Ehh no co zrobić- Gaba przytulił się do drzewa.- Oh drzewko bądź mą dziewczyną! Taaak, ja też cię kocham.
- Wariat- Powiedział Terry, gdy się od siebie oderwali i patrzyli na poczynania, najstarszego syna Nike.
- Tak- zgodziła się.
Reszta dnia upłynęła im na wygłupach i wspólnej kolacji przy stole Włóczykija. A potem rozeszli się do łóżek ...
* * *
Ben siedział nad mostem i machał beztrosko nogami.
- Cemu tak siedzis?- Spytała malutka dziewczynka, która dopiero co się zjawiła. Spojrzał na nią swoimi czarnymi oczami, z których wypływała lekko krew. Mała nie zlękła się tego widoku tylko podeszła bliżej zaciekawiona.
- Siedzę... i myślę.- Odrzekł melancholijnym głosem.
- A nad cym?
- Nad tym kim jestem.
- Ja jestem Imma, a ty?
- Ben, miło mi cie poznać Immo. Powiedziałabyś mi gdzie jesteśmy?
- Tak! Jesteśmy nad Nilem. A to miasto z pijamidami to Kair.
- Dziękuję. - Rzekł i spojrzał na małą, była to około sześcioletnia dziewczynka z czarnymi włosami i ciemną cerą.
- Imma! Imma, gdzie jesteś?
Dobiegło ich wołanie.
- Ktoś cie woła. Idź lepiej.- Powiedział Ben.
- A ty?- Spytała.
- A ja poszukam swojego miejsca Immo.
Ku jego zdziwieniu przytuliła się lekko do niego i machając pobiegła do swojej mamy, bo to ona ją wołała.
- We are born alone.
We're dying!
Tangled in a web of desire.
I forget!
that's not all gold that glitters.
Although already like adults.- Zanucił cichutko i spojrzał na zachód słońca.
* * *
Trzy dni później, był piątek. Włóczykij weszła do zbrojowni i wzięła swój kamyk i upuściła na ziemię, po chwili strzelała do manekinów.
Następnie poszła na obiat i zjadła w spokoju zielone gofry. W chwili posiłku wszedł pan D. razem z Dexterem i chciał coś oznajmić.
* * *
#Włóczykij.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz