Vic spojrzała na centaura i na swojego brata.
- Czyżby nasz mały braciszek dostał misję? - podniosła lewą brew do góry.
- Ymm... na to wygląda - mruknął Gabriel.
Chejron zaczął coś mówić, ale stół Nike tego nie słuchał. Jako towarzysze misji zgłosił się jakiś czternastoletni chłopak z domku Ares'a i dziewczyna w tym samym wieku, córka Demeter.
- Dexter, Max, Rei. Chodźcie ze mną - powiedział centaur i wyszedł z pawilonu w herosami.
Dzieci Nike spojrzały po sobie. Byli zirytowani
- Ta mizernota nie ma szans - syknęła Vic
- Ostatnio opuszczał treningi... - zamyślił się Gaba. - Nie czuć w nim skrzydlatego ducha.
- Khhh... wysyłanie go na misję jest nie powagą - mruknął Terren.
Rodzeństwo dalej rozważali marne szanse swojego brata. Byli dobrymi strategami i sportowcami. Lucy nie brała udziału w dyskusji.
- Może ta misja nie będzie totalną klapą dzięki Max'owi - powiedział Ter.
- Może, ale on sam nie da rady chronić dwóch innych herosów. Rei... co umie Rei? Dbać o kwiatki - odezwała się Vic.
Rodzeństwo nawet nie zauważyło, że pawilon opustoszał i zostali sami, a obok nich stali Alex, Jeff z Ravim i Meriel.
- Nie skreślaj jej siostro. Nieźle sobie radzi z łukiem - stwierdził Gabriel.
- Dyskutujecie jak Bogowie na olimpie w zimowe przesilenie - stwierdził Alex.
- Czyli ta misja może się powieść - mruknęła Vic zamyślona ie zwracając uwagi na swojego chłopaka.
- Nasz brat to ciota - grupowy skrzydlatego domku przewrócił oczami, a rodzeństwo mu przytaknęło.
Wstali od stołu.
- Posiedzenie uważam za skończone - odezwała się Włóczykij. - A teraz chodźcie poćwiczyć... - mówiąc to pociągnęła za rękę Terrego i Vic, po czym wybiegła z pawilonu.
Na placu treningowym Ravi ćwiczył na sztylety z Lucy. Vic ze swoim mieczem podeszła do jakiegoś małego drzewka, a raczej krzaka. CIACH. Przecięła go na pół.
Zapamiętać: nie wkurzać Vicky- pomyślał Jeff.
Alex podszedł do swojej dziewczyny i objął ją od tyłu. Zaczął szeptać jej coś do ucha. Jonathana krew zabulgotała, ale musiał przyznać, że Córka Nadpobudliwej Bogini się uspokoiła. Dziewczyna przytuliła się do Alex'a i po kilku chwilach w jego objęciach spojrzała na Jeff'a. Nawet nie zdawali sobie sprawy jak długo patrzą sobie w oczy, mimo że dzieliło ich pięć metrów. Alex dekikatnie gładził swoją dziewczynę po włosach, nie zauważył gdzie powędrowało jej spojrzenie. Pocałował ją w czubek głowy, lekko odsunął od siebie i ujął jej podbrudek, tak by patrzyła mu w oczy.
- Co się stało? - zapytał widząc jej zdezorientowanie wymalowane na twarzy.
- N-nic - odparła i spuściła spojrzenie.
- Chodź... - powiedział i chwycił ją za rękę. - Czas na łucznictwo z Chejronem.
- Tak.
- Pobladłaś - stwierdził chłopak. - Wydajesz się jakaś taka... otępiała.
- Nic mi nie jest.
Objął ją. Jeff szedł za nimi. Głowę miał spuszczoną. Czuł się podobnie jak Vic. Zdezorientowany, zmysły miał otępiałe. Nie rozumiał tego. Spojrzał na dziewczynę. Jej włosy falowały przy każdym kroku, na tali miała rękę Alexa. Szła prosto, ale co jakiś czas nogi jej się plątały. Alex obejrzał się za siebie.
- Storm... ty też jesteś jakiś niewyraźny.
- Ee? - spojrzał na niego.
- Nie ważne - Alex westchnął i spojrzał na Vic, która miała obojętny wyraz twarzy.
Po kolacji Alex zabrał Victorię nad wodę. Usiedli na brzegu na obalonym drzewie, które służyło jako prowizoryczna ławka. Byli sami. Niebo przybrało pomarańczową barwę, gdzie nie gdzie będąc czerwone. Syn Ateny przysunął się do córki Nike, a ta spojrzała na niego. Uśmiechnął się do niej, ale jej twarz pozostała bez uśmiechu. Chłopak uniósł brew do góry.
- Uśmiechnij się - poprosił. - Masz śliczny uśmiech.
Odwróciła wzrok. Chłopak westchnął i spojrzał przed siebie. Kątem oka spojrzał na dziewczynę, która uczyniła to samo.
- Jesteś czasami strasznie tajemnicza - powiedział.
- Przeraża cię to? - zapytała melancholijnie. - Nie powinno.
Zawachał się. Jej spojrzenie było szklane jak u porcelanowej lalki. Uśmiechnęła się nieco odsłaniając swoje białe kiełki.
- Nie... nie rób tego znowu - chłopak był podenerwowany. - Proszę...
Vic zacisnęła swoje powieki i zmarszczyła brwi. Potrząsnęła głową. Złapała się za skroń.
- Przepraszam - powiedziała słabym głosem.
- Nie musisz mnie za nic przepraszać - posłał jej uśmiech.
- Ja...
- Ciii... - pocałował ją. - To już przeszłość. Rozdrapywanie starych ran nie przyniesie niczego dobrego.
Westchnęła i rozejrzała się. Przez chwilę nasłuchiwała. Nikt ich nie podsłuchiwał
- Mam... koszmary... znowu... - powiedziała.
- Mówiłaś komuś o tym co było zanim tu trafiliśmy?
- Nie... no w sumie to Gabriel i Terren mnie o to zapytali... skłamałam... Lilianie też nie powiedziałam prawdy... nikomu jej nie mówiłam.
Objął ją opiekuńczo ramieniem.
- A ty? - zapytała.
- Kłamałem - odparł bez skrępowania.
-Nasze życie to kłamstwa - uśmiechnęła się słabo.
- Nie mogę się z tobą nie zgodzić. Ale... yhm...
Nastała chwila milczenia.
- Cieszę się, że mam ciebie - wyznała mu lekko rumieniąc się.
Otworzysz szerzej oczy i delikatnie rozwarł usta.
- Vi...
Dotknęła opuszkami palców jego policzka. Ich nosy się zetknęły. Dziewczyna się uśmiechnęła i pocałowała go. Powoli wsunęła swój język w jego usta, co on odwzajemnił. Przybliżyła się bliżej niego. Chłopak swoje palce wplótł jej we włosy. Trwali tak przez jakiś czas całując się.
- Odprowadzę cię - powiedział Alexander kiedy odkleili się od siebie.
Dwa dni później. Vic otworzyła zaspane oczy i stwierdziła, że pochyla się nad nią Jeff. Gwałtownie siadła tak, że zderzyli się czołami.
- Co ty tu robisz?! - zapytała masując sobie czoło i rozejrzała się. - Gdzie moje rodzeństwo? Która godzina?
- Ósma - odparł. - Chejron wezwał ich... to znaczy kazał mi po nich przyjść, bo szwendałem się po obozie od siódmej... Ale... ty tak spokojnie spałaś, że nie potrafiłem cię obudzić...
- Spokojnie? Miałam koszmary - syknęła i wstała.
Poszła za parawan i po kilku minutach, przebrana, wyszła z Jonathanem z domku.
Szli w milczeniu. Dało się wyczuć grobową atmosferę.
- Vic... ja... przepraszam - powiedział Jeff.
- Za co?
- W tedy... na molo, kiedy się zapędziłem i pogładziłem twoje... eee... plecy...
- Ah... to. Nie przejmuj się. Nie wiedziałeś, że mnie bolą. Ale dziwi mnie jedno... czemu zbierałeś się, by mnie przeprosić, przez kilka dni?
Zarumienił się.
- Nie wiem...
- Yh... no tak... ciebie też onieśmielam? - zapytała.
- Nie. Ja się ciebie boję - odparł.
Dziewczyna zaśmiała się.
- A po tym jak potraktowałaś ten manekin wolę się trzymać na uboczu kiedy jesteś zdenerwowana...
Vic śmiała się dalej. Rumieniec nie schodził chłopakowi z twarzy, ale nieco zbladł.
- Jestem zazdrosny - powiedział ktoś za ich plecami.
Odwrócili się i zobaczyli Alexa, a na jego twarzy uśmiech.
- Nawet mi nie udaje się jrj rozśmieszyć - podszedł bliżej Vic i przytulił ją. - Co spowodowało uśmiech na twojej twarzy, hę?
- Tajemnica - cmoknęła Alex'a w policzek.
- Yhym...gdzie idziecie?
- Do Chejrona - odpowiedziała mu.
- Sprawa prywatna dla Nike'ów - mruknął Jeff.
- To czemu z nią idziesz? - zapytał Alex.
- Odprowadzam.
- Yhym... idę do pawilonu - powiedział Alex do Vicky. - Storm, jeśli się dowiem, że mi podrywasz dziewczynę to stracisz coś więcej niż powieki - jego ton głosu był grobowo poważny, ale po chwili klepnął przyjacielsko Jeff'a w ramię i się krótko zaśmiał. - To ja idę.
Jeff odprowadził Vic pod Wielki Dom, a gdy miał już odejść w swoim kierunku, dziewczyna złapała go za nadgarstek.
- Mam złe przeczucia. Poczekaj, okey?
- Jasne - usiadł na schodkach, a obiekt jego westchnień wszedł do środka.
Po chwili wyszła z rodzeństwem. Jeff wstał. Gabriel i Terren w milczeniu oddalili się.
- Przejdźmy się - powiedziała cicho Vic do Jonathana.
- Okey
Zaczęli iść w kierunku lasu, a gdy znaleźli się na jednej ze ścieżek Jeff zapytał swoją towarzyszkę co się stało.
- Dexter został zabity przez potwora - odpowiedziała mu.
- Nie wydaje mi się, że się nim przejmujesz...
- Widziałam bardzo wiele śmierci... Jestem do tego przyzwyczajona. A to, że był moim bratem... yh... traciłam bliższe mi osoby.
- Jakie? - palnął. - To znaczy... ym... nie powinienem cię o to pytać...
- Tylko nie przepraszaj - powiedziała widząc, że zamierza to zrobić. - To jest mi obojętne, Jonathan. Straciłam wielu znajomych, przyjaciela, ojca...
- Achm... coś mi się obiło o uszy. Zginął jak miałaś dziewięć lat, prawda?
- Tak - potwierdziła dawne kłamstwo. - Oszklona szafa się na niego przewróciła, gdy ta Harpia wleciała nam do domu w towarzystwie trzech innych stworów. Było pełno krwi... udało mi się uciec i spotkałam Lytosa.
- Oł... - zatrzymał się.
- Co jest? - zapytała.
- Musi być ci z tym ciężko, w głębi duszy - powiedział Jonathan.
- Nie czuję - przyznała.
- Ale pewnie jest, gdzieś w twojej duszy.
- Możliwe - westchnęła.
Jeff podszedł do niej i ją przytulił. Na początku dostała słabego szoku, ale w końcu odwzajemniła to. Chłopak czuł zapach jej włosów. Pachniały wiatrem i pisklęcym puchem. Delikatnie ją obejmował wiedząc, że skóra pleców dziewczyny jest nadwrażliwa. Przytknął usta do czubka jej głowy i zaczął gładzić jej włosy.
- Jonathan... ufam ci. Nie schrzań tego - powiedziała.
Spojrzał na nią z uśmiechem.
- Ja tobie też ufam.
Puściła go i szli przez chwilę w milczeniu. Doszli do małej polany i usiedli na trawie. Vic na przeciwko Jonathana.
- Tak w ogóle, to czemu, w tedy na brzegu, przytulałeś się z Terrym, co?
- Zazdrosna? - poruszył znacząco brwiami.
- Nawet nie wiesz jak bardzo - zaśmiała się.
Pochylił się w jej stronę i złapał ją za ramiona.
- Więc ciebie też przytulę - miał figlarny uśmiech na twarzy. - Tylko... ja lubię być na dole.
Pociągnął ją tak, że po chwili dziewczyna leżała na nim.
- Jeff!
- Terry też na początku stawiał opory - przytulił dziewczynę.
- Yh... dziwnie się czuję - stwierdziła. - To trochę niezręczne - powiedziała ale wtuliła się w niego.
Czuła ciepło jego ciała i słyszała przyśpieszone bicie jego serca. Oddech też miał nieco szybszy.
- Co ci jest? - zapytała Vic.
- Nic - skłamał.
Spojrzała na niego, ich twarze były niebezpiecznie blisko siebie.
- Serce bije ci coraz szybciej.
- Tobie też - odparł Jeff. - Nasze serca biją w tym samym rytmie - dodał po chwili.
Dobrze wiedzieli co to znaczy. Vic przestała go obejmować i wstała. Mam chłopaka, nie mogę myśleć o Jonathanie, kiedy mam Alex'a - pomyślała. Spuścił głowę w zamyśleniu i nie słyszała co Jeff do niej powiedział. Dopiero kiedy nią potrząsnął ocknęła się.
- Co? - zapytała. - Coś mówiłeś?
- To już nie ważne - mruknął Jeff.
- Chcę wiedzieć.
- Kiedyś się dowiesz.
Przewróciła oczami.
- Wracamy? - zapytał chłopak.
- Nie mam ochoty - mruknęła.
Usiedli z powrotem na trawie. Mysz polna kręciła się przy Vic, po czym wdrapała się jej na udo. Dziewczyna spojrzała na zwierze, które myło się na jej nodze. Uśmiechnęła się słabo, lecz po chwili mysz uciekła w trawę.
- Włóczykij chwaliła mi się, że pokonała cię w wyścigu. Podobno się zdyszałaś - odezwał się Jonathan.
- Ciągłe wygrywanie jest nuuuudneeee - jęknęła Victoria. - No i musiałam podszkolić swoje umiejętności aktorskie.
- To nie w twoim typie. Pozwalać komuś wygrać - powiedział Jonathan.
- Lubie zaskakiwać - powiedziała i jej oko błysnęło. - Wiem, że często mnie podglądałeś jak biegałam z nimfami, Jeff - zaśmiała się po tych słowach kiedy zobaczyła zawstydzenie a jego twarzy.
- Em.. no... ten... eee... - jąkał się, nie mógł uformować zdania.
- Co masz na swoje usprawiedliwienie panie podglądaczu? - zapytała dziewczyna.
- Eeee... no więc... lubię na ciebie patrzeć i przebywać w twoim towarzystwie - powiedział.
Vic spojrzała na niego pytająco, ale na jej twarz wstąpił uśmiech. Przesunęła się, by siedzieć obok niego, a nie na przeciw. Położyła się na trawie ze wzrokiem utkwionym w niebo. Jeff zrobił to samo.
- Dobrze ci będąc z Alexem? - zapytał.
- Tak, ale... brakuje mi czegoś... - zamyśliła się. - Wiesz... on nie był obiektem moich westchnień.
- Hę?
- Kiedyś ci powiem.
W Jonathanie pojawiła się nadzieja. Po chwili poczuł, że dziewczyna się do niego przytuliła.
- Jesteś taki cieplutki - powiedziała obejmując jego rękę.
- No bo jest lato i jest dziś jakieś trzydzieści stopni... - mruknął.
- To dotknij mojej skóry, mądralo - powiedziała.
Złapał ją za rękę i stwierdził, że jest zimna jak u trupa.
- Jesteś chora? - zapytał Jeff.
- Nie. Ja tak zawsze mam. Zawsze... zimna.
Jeff wciąż trzymał ją za rękę. Dziewczyna zaś miała przymknięte oczy. Jej oddech zwolnił. Chłopak podniósł brew do góry. Zasnęła - pomyślał po czym podniósł się lekko. Chciał ją pocałować w policzek, ale bał się, że ona się przebudzi. Ona ma chłopaka, DURNIU!!! - odezwał się mały Jeffy w jego głowie. Położył się ponownie i trzymając jej rękę sam zasnął.
Gdy się obudził ściągnął kaptur z głowy i zobaczył twarz Vic.
- W końcu. Już myślałam, że się nie obudzisz przed południem - powiedziała.
- Em... tsa - ziewnął.
- Uważaj bo mnie połkniesz - zażartowała.
- Opuściliśmy trening, prawda? - zapytał.
- Tsa - odparła. - Idę pobiegać z driadami, możesz się przyłączyć.
- Yhym.
- Fajnie wyglądasz kiedy śpisz - powiedziała. - Aż mnie ciary przeszły.
Chłopak zaśmiał się cicho i wstał razem z dziewczyną.
- Driady nie lubią czekać - pociągnęła go na jakąś polanę, gdzie było kilka nimf i satyrów.
- Vicky! - wykrzyknęła jedna z nich. Ta która kiedyś podrywała heroskę. - Oh, zabrałaś Jeff'a the Killer'a!
- Tsa - odparła Vic. - Jeff jesteś w drużynie satyrów.
- Mówiłaś, że będziemy biegać - mruknął Jonathan.
- Bo będziemy. Zasady są proste. Satyr który złapie nimfę dostaje od niej całusa. Musisz złapać nimfę, albo mnie - uśmiechnęła się zalotnie.
- Yhym, brzmi ciekawie - powiedział.
- Tylko... będzie ci za gorąco w bluzie... ściągnij ją.
- Nic pod nią nie mam.
- Jesteś facetem! Chwal się kaloryferem!
Zrobił to o co go poprosiła. Położył bluzę pod jakimś drzewem, a kiedy odwrócił się do dziewczyny ta już biegała z nimfami uciekając przed satyrami. Uśmiechnął się pod nosem. Więc ona tak spędza wolne południa - pomyślał. Nie wiedział jej za dobrze, cały czas była w ruchu o milimetry mijając się z satyrami obok których manewrowała. Zaczął biegać z satyrami i po chwili wpadł na coś włochatego.
- Hej Jeff - odezwał się satyr.
- Lytos... Hej.
- Ona na ciebie patrzy, złap ją. Skup się na niej, zagradzaj jej drogę - podpowiedział mu Lytos patrząc na Vic i spojrzał na kogoś, kto siedział w cieniu drzew. Jonathan zauważył Lucy z Pizdusiem na kolanach.
- Dzięki za radę - odparł Jeff i wrócił do gry.
Po kilku minutach biegania padł na ziemię przy linii drzew. Po chwili zobaczył nad sobą Vic.
- Nie gadaj, że się zmęczyłeś - zaśmiała się.
- A ty?
- Czuję się świetnie - uśmiechnęła się i upewniła, że nie biegnie w jej stronę żaden satyr. - Lubię nimfy - powiedziała i poczuła, że ktoś ją trzyma z kostkę.
- Naiwna jesteś żeby tu przychodzić - powiedział Jeff wstając i przyciągnął ją do siebie.
- A może chciałam byś mnie złapał, hę? - pocałowała go w policzek i znów zaczęła uciekać.
Uśmiechnął się pod nosem.
Pod koniec zabawy Jeff, który szedł z Vic na obiad, miał na twarzy dwa odciski jej delikatnej różanej pomadki. Dwa na policzku i jeden na skroni.
- Ilu satyrów cię złapało? - zapytał.
- Żaden - stwierdziła.
- Czyli tylko ja miałem ten zaszczyt.
- Aha. Ale nie przyzwyczajaj się. Może lepiej je zmyj zanim Alex zobaczy. On nie wie, że biegam z nimfami w południe.
- Teraz już wiem - odezwał się jej chłopak. - Idę obok ciebie od dłuższego czasu, dziwne, że mnie nie zauważyłaś.
- Nie stanowisz zagrożenia, więc czemu mam cię szybko zauważać? - mruknęła.
Objął ją ramieniem i spojrzał na Jeff'a.
- Rozumiem, że to po przyjacielsku było - mruknął Alex.
- Oczywiście - odparła Vic. - Jeff jest moim przyjacielem. Nie bądź zazdrosny - pocałowała swojego chłopaka w skroń.
- Nie jestem.
- To dobrze - uśmiechnęła się do niego. - Zapewniam cię jestem tylko twoja Alex. Nawet bym nie pomyślała o spotykaniu się z kimś innym kiedy jestem z tobą.
Chłopak uśmiechnął się do niej i weszli do pawilonu.
~Zakrwawiony Kapturek
She kiss me...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz