Anput siedziała na piasku świątyni, gdzie ludzie zakopywali ciała swoich bliskich. Trzy dni wcześniej Bastet opuściła ten świat, ale nie to było główną przyczyną jej rozmyślań. Nieprzerwanie od tamtego zdarzenia siedziała na cmentarnej pustyni. Ra wezwał ją do siebie jak tylko Bastet opuściła świątynię i podzielił się z nią swoimi obawami odnośnie dusz błąkających się po świecie żywych.
Dziewczyna jęknęła łapiąc się za głowę nie mogąc nic wymyślić. Wstała i rozejrzała się. Był środek nocy. Dusze zebrały się w okół niej.
- Chciałabym wiedzieć jak wam pomóc - powiedziała i wpadła na pewien pomysł. - Mogę wysłać was do Duat - jak powiedziała tak zrobiła.
Dusze zaczęły się rozglądać i po chwili obok nich przepłynęła Słoneczna Barka.
-Ra! - zawołała Anput i zaczęła biec.
- Czemu ich tu przeniosłaś? - zapytał.
- Nie wiem... podświadomość mi kazała -wyznała. - Czuję gdzieś w pobliżu dziwną aurę, dusze też ją czują.
- Rozumiem - oparł się wygodniej o tron. - To moja ostatnia podróż tą łodzią - powiedział jakby do siebie.
Anput zmieniła się w szakala.
- Anput, chodź tu - nakazał, a ona wskoczyła na łódź.
Skłoniła się przed Ra po czym wstała w ludzkiej formie.
- Dotrzymaj mi towarzystwa skoro tu jesteś - powiedział.
- Dobrze, panie - odparła i spojrzała na dziób łodzi. Stał tam Set.
- Co tu robisz tato?
- Ostatnie dni w pracy.
Podeszła do ojca w chwili, kiedy z wody wynurzył się jakiś stwór. Miał lwią głowę, tors zaś ludzki, tylko, że skóra była niebieska.
- Jam jest Połykacz Dusz, nazwij mnie, a pozwolę ci płynąć dalej - oznajmił.
- Te stwory już mnie irytują - mruknął Set i spojrzał na córkę. - Nadaj mu jakieś imię.
- Nazywam cię Pierdołą, a teraz zejdź nam z drogi - powiedziała Anput dodając nowe słowo do słownika ludzkości.
- Od dziś jam jest Pierdoła - lew wypiął dumnie klatę do przodu i zanurzył się pod wodę.
Set zrobił facepalm, a Anput uśmiechnęła się do niego.
- Jesteś niemożliwa - powiedział.
- Oczywiście tatku - odparła słodkim głosem.
- Zaraz przekroczymy kolejną bramę nocy - mruknął.
Gdy tak się stało Anput zauważyła w oddali migoczący budynek.
- Co to? - zapytała.
- Jakaś ruina - mruknął Set.
Anput wyskoczyła z łodzi zmieniając się w szakala.
- Co ty robisz? - zapytał Set.
- To jest to... - szepnęła i zaczęła biec w stronę budynku.
Biegła przez chwilę po czym zatrzymała się przed czymś co wyglądało jak świątynia z czarnego kamienia. Wspięła się powoli po schodach i zmieniła się w człowieka. Dotknęła drzwi i spróbowała je otworzyć.
- Zamknięte - mruknęła pod nosem. - Świątynia bez Boga - westchnęła i usłyszała w głowie szept:
Umarły zasiądzie na tronie
Ten co przez brata oszukany
Złożony w trumnie zostanie
Przez wody Nilu pochwycony
Głos cichł w jej głowie z każdym słowem.
- Umarły zasiądzie na tronie - powtórzyła. - Nie ma to sensu.
Zamknęła oczy i przeniosła się do świata ludzi. Była na tym samym cmentarzu. Sama. Westchnęła idąc powoli w kierunku świątyni swojej matki.
Będąc tam padła na swoje legowisko z poduszek w swoim pokoju i zasnęła. Rano obudziła się głodna. Co się dziwić. Kilka dni nic nie jadła.
Poszła do sanktuarium świątyni, gdzie zastała stół zakryty misami z owocami, niedaleko stali Arcykapłan odprawiał modły. Kiedy nie patrzył Anput wzięła potajemnie miskę z winogronami i bułkę w kształcie stożka po czym schowała się za kotarą. Zaczęła skubać pieczywo wsłuchując się w melodyjny głos mężczyzny. Potem wzięła się za winogrona. Pustą miskę odłożyła z powrotem na stół. Zauważyła jak Arcykapłan rozbiera posąg jej matki z szat, po czym myje go, wyciera i zakłada świeże ubranie. Anput wróciła na piętro, gdzie jej matka siedziała na kanapie w tej samej sukni, którą kapłan zakładał posągowi.
- Już wstałaś? - zdziwiła się kobieta.
- Jak widzisz mamo - odparła.
- Czemu chodzisz jeszcze po domu w swojej nocnej szacie?
- Zaraz pójdę się przebrać - mruknęła i skierowała się w stronę łazienki. Wzięła kąpiel dokładnie usuwając piasek z włosów i muł z pod paznokci.
Wyszła z wody i wytarła się, po czym założyła świeżą czarną suknię. Szata była na dwóch ramiączkach i odsłaniała jej ramiona. Zarzuciła na siebie jedwabną czarną chustę i zakryła nią barki.
Wyszła z wody i wytarła się, po czym założyła świeżą czarną suknię. Szata była na dwóch ramiączkach i odsłaniała jej ramiona. Zarzuciła na siebie jedwabną czarną chustę i zakryła nią barki.
Podeszła do lustra. Rozczesała włosy, które szybko wyschły. Zostawiła je rozpuszczone i wybiegła z sanktuarium. Drogą na skróty, przez otwór w murze wydostała się ze świątyni. Biegła w stronę innej świątyni. Boso przez wysoką trawę, potem przez muł i piasek.
Dotarła na miejsce po kwadransie.
- Chyba jednak załatwię se wierzchowca - powiedziała do siebie stojąc przed świątynią Thota.
Minęła Obeliski, Pylony, Salę kolumnową i po chwili wkroczyła do sanktuarium.
- Thocie! - zawołała, a Arcykapłan odprawiający modły wstał i chwycił swoją laskę.
Spojrzała na mężczyznę.
- Dzień dobry - mruknęła. - Czy Thot już wstał? Jak nie to niech się pośpieszy, muszę z nim pomówić - powiedziała.
- Kim ty jesteś? - zapytał.
- Nie kojarzysz mnie? - zdziwiła się i jej głowa stała się szakala.
Mężczyzna padł na twarz.
- Proszę o wybaczenie o Pani Śmierci, Anput - powiedział kapłan. - Pozwól, że dokończę modły!
- Jasne - odparła i oparła się o framugę drzwi, a mężczyzna wrócił od modłów, po czym przeszedł do części budzenia Thota.
Anput wyczuła charakterystyczną aurę boga i odwróciła głowę, by nie patrzeć jak kapłan rozbiera i myje posąg boga, po czym zakłada świeżą szatę.
Wyszedł zostawiwszy jedzenie na stole i po chwili pojawił się Thot. Wziął daktyla z miski i gdy się w niego wgryzł zauważył boginię.
- Och... em... Anput - posłał jej uśmiech. - Co słychać?
- Mam sprawę - powiedziała.
- Nie możesz znaleźć męża? Co jak co, ale ja doradzam najlepiej...
- Nie szukam partnera. Chyba wiem co powinni robić ludzie, kiedy ktoś umrze.
- Opowiedz mi o tym.
Dziewczyna uczyniła to. Thot kiwnął głową.
- Że też sam tego nie wymyśliłem - westchnął.
- Pomożesz mi?
- Oczywiście.
W ciągu tygodnia nauczyli rodzaj ludzki jak odprawiać pogrzeby. Najpierw Thot wraz z Anput z Teorii, ale po tym musiała nadejść praktyka. Bogini śmierci westchnęła. ma jeszcze przed sobą mnóstwo pracy. Siedząc w swoim pokoju szkicowała na papirusie kawałkiem węgielka.
- Anput, córko? - usłyszała głos Set'a.
- Tak ojcze?
- Musisz mi przy czymś pomóc.
- Przy czym?
Set wszedł do pokoju córki.
- Urządzam przyjęcie ku czci mego brata - powiedział.
- Nienawidzisz go - zauważyła dziewczyna.
Set uśmiechnął się wrednie.
- Właśnie dlatego córeczko. Zamierzam go zabić podczas przyjęcia - powiedział cicho.
Dziewczyna uchyliła usta w zdziwieniu.
- Pomogę ci ojcze - oznajmiła.
- Świetnie - ucieszył się. - Hym... co tam rysujesz?
- Uczę ludzi wyprawiać pogrzeby - powiedziała. - Trzeba w czymś chować ludzi... to jest sarkofag, zostanie wraz z ciałem złożony w grobowcu - powiedziała.
- To jest to! Zamknę go w sarkofagu. Anput, jak długo potrwa zanim nauczysz ludzi tworzyć trumny?
- Kilka lat wyznała.
- Poczekam - odparł.
-Gdzie jest teraz Ra?
- W niebie, zasiada w boskim trybunale - westchnął.
- Rozumiem.
Set posłał córce słaby uśmiech i zmienił temat.
- Masz już kogoś na oku? W sensie... kandydata na męża?
- Nie, ojcze - wyznała.
- Niedobrze - westchnął. - Jeśli nie znajdziesz męża inni bogowie będą się do ciebie przystawiać. Gdybyś miała brata już dawno byłabyś jego żoną... - powiedział Set. - Nie wybaczę tego Neftydzie... - szepnął do siebie.
Anput wzdrygnęła się.
- Jak można poślubić rodzeństwo - wstała. - Fuj.
- Nie rozumiem cię - powiedział Set, ale dziewczyna nie usłyszała go, bo wybiegła ze świątyni.
Słońce chyliło się ku zachodowi. Anput przedzierała się przez zarośla.
Anubis w tym czasie kierował się w stronę brzegu Nilu. Właśnie ukończył kolejny etap nauki u Ozyrysa. Rozmyślał o swojej przyjaciółce, która już znalazła sposób jak grzebać ludzi. Po drodze spotkał Mirę, psa Anput, która właśnie zabijała węża.
- Witaj Anubisie - zaszczekała.
- Hej - mruknął.
- Coś się stało?
- Nie... nic. Nie przeszkadzaj sobie - minął ją i wszedł w wysoką trawę. Dotarł na brzegi Nilu, gdzie na piasku siedziała jakaś dziewczyna.
- Anput! - zawołał i podbiegł do niej.
-Anubis? - uśmiechnęła się widząc przyjaciela.
Usiadł obok niej. Słońce stykało się z linią horyzontu.- Słyszałem o twoich osiągach - zaczął niepewnie temat.
- Pomóż mi - spojrzała na niego. - Ludzie muszą się nauczyć jak odprawiać pogrzeby, by wysłać ba do Duat, ale ja... sama nie mogę nauczyć ich praktyki. Potrzebuję kapłanów i kogoś do pomocy.
- Z chęcią ci pomogę...
Przytuliła go.
-Dziękuję - szepnęła.
Następnego dnia spotkali się o wschodzie słońca w mieście Kynopolis. Anput była tam pierwsza, u jej boku było kilkudziesięciu robotników i architekt. Anubis pojawił się o godzinę spóźniony z większą ilością siły roboczej i kilkudziesięciu niewolników.
- Myślałam, że zapomniałeś - mruknęła.
- A jednak jestem - uśmiechnął się zalotnie, a ona przewróciła oczami.
- Ahmedzie? Masz projekt świątyni? - Anput zwróciła się do swojego architekta.
- Tak Pani - odparł. - Jeśli mogę zapytać to dla kogo ta świątynia?
- Dla bogów śmierci - odparł Anubis.
- A wy to kapłani? - zapytał jeden z budowniczych.
- Tak - skłamali jednocześnie.
- Nie jesteście za młodzi? - dopytał architekt.
- Pochlebiasz mi - powiedziała Anput. - Jednak mamy odpowiedni wiek do bycia kapłanami.
-Rozumiem, w taki razie powinniśmy już zacząć - oznajmi Architekt.
Anput usiadła na bloku kamiennym obok Anubisa i patrzyła jak robotnicy biorą się do pracy. Niektórzy pojechali rozłupywać skałę inni zaczęli przygotowywać grunt.
- Będziemy mieć własną świątynię, to chyba dobry początek, co nie? - zwróciła się do Anubisa.
- Doskonały - uśmiechnął się.
Do wieczora siedzieli nadzorując wszystko. Robotnicy przygotowali podłoże i wykonali około trzystu małych kamiennych bloków. Kiedy Architekt i robotnicy rozłożyli swoje szałasy zapadli w sen. Niewolnicy spali na ziemi ze związani na wszelki wypadek nogami i rękoma.
Anubis i Anput obeszli cały teren po czym wrócili na blok kamienny, który robił na ich ławkę.
- Jesteś zmęczona? - zapytał Anubis dziewczyną.
- Nie - odparła i oparła głowę o jego ramię.
- Masz już męża?
- Zamęczycie mnie tymi pytaniami - mruknęła. - Nie, nie mam. Ojciec powiedział, że wydałby mnie za brata, którego nie mam. Brzydzą mnie związki pomiędzy rodziną... no wiesz, że rodzeństwo łączy się ze sobą - dziewczyna wzdrygnęła się. - Albo kuzynami. Fuj. Nie mówiąc o związkach ojciec z córką, syn z matką.
- Nie rozumiem, co cię obrzydza? To przecież naturalne, że rodzeństwo bierze ślub.
- Brzydzi mnie to - mruknęła.
Posłał jej słaby uśmiech.
- My nie jesteśmy rodzeństwem...
Podniosła brwi w zdziwieniu.
- Nie znasz swoich rodziców...
- Dlatego nie ma dowodu na to, że jesteśmy spokrewnieni.
Prychnęła i zmieniła się w szakala po czym położyła się na trawie i zasnęła. Anubis w szakalej formie ułożył się do snu przy niej.
Nad ranem architekt powiadomił ''kapłanów'', że kilku niewolników zmarło z wyziębienia w nocy.
- Ale nie ma się co przejmować, to tylko narzędzia mówiące ludzkim głosem - powiedział Ahmed.
- Ilu z nich było religii egipskiej? - zapytała Anput.
- Nie mam pojęcia, pani. Nie umieją mówić, poprzedni panowie pozbawili ich języków - skłonił się i odszedł.
- Idę nad rzekę - oznajmiła Anput i wyminęła Anubisa.
Znalazła ustronne miejsce, z dala od ciekawskich oczu i zdjęła swoje szaty. Weszła do wody po pas i zaczęła obmywać ciało. Odwróciła się twarzą do brzegu i spostrzegła boga Maahes'a na brzegu w towarzystwie Hapi'ego. Krzyknęła zakrywając dłońmi swoje ciało.
- Ekhm - odchrząknął Hapi. - Robisz dużo hałasu.
- Co wy tu robicie? - syknęła.
- Podglądamy cię - Hapi uśmiechnął się i dostał po głowie od lwiego boga.
- On cię podgląda, a ja mam ofertę nie do odrzucenia - oznajmił Maahes.
- Niby jaką? - zapytała.
- To chyba jasne - lwi bóg wojny przewrócił oczami. - Chcę byś była moją żoną.
Zza linii wysokiej trawy wyskoczył Anubis.
- Słyszałem krzyk, ale... - zająknął się, kiedy zobaczył obecną sytuację.
- Tata mnie ostrzegał przed takimi ewentualnościami - jęknęła. - Nie poślubię cię Maahes, poszukaj kogoś innego.
- Chcę ciebie - oznajmił.
- Spadaj - syknęła. - Mam już narzeczonego - skłamała.
- Masz? - zdziwił się.
- Kogo? - zapytał Hapi.
- A jak myślicie - zapytała. - Pomyślcie tylko co mój ukochany wam zrobi, kiedy się dowie, że mnie podglądaliście.
Maathes i Hapi wymienili zaniepokojone spojrzenia. Anubis otrząsnął się z lekkiego szoku i zawarczał zmieniając formę na szakalą. Hapi zanurkował w rzece, a Maathes przywarł do palmy.Bóg śmierci pazurami wydrapał mu oczy. Lew ryknął i uciekł, a Anu wrócił do swojej ludzkiej postaci. Anput zdążyła w tym czasie ubrać suknię. Chłopak podszedł do niej i przytulił ją.
- Im szybciej świątynia zostanie wybudowana tym lepiej - szepnęła.
- Tak - pogładził jej wilgotne włosy.
Wciągu dwóch lat, Anput i Anubis nauczyli ludzi mumifikacji i rytuałów pogrzebu. Dorobili się też własnych kapłanów, kiedy ich świątynia została już wybudowana.
Anput pamiętała o rymowance usłyszanej w Duat oraz o obietnicy złożonej ojcu, że mu pomoże zabić Ozyrysa.
Jednego z wieczorów Anput wyszła ze świątyni i poszła nad Nil. Usiadła na sporym kamieniu, patrząc jak słońce zachodzi. Anubis, kiedy zauważył, że jego przyjaciółka gdzieś poszła ruszył za jej zapachem. Gdy ją znalazł usiadł obok niej.
- Piękny dziś wieczór - stwierdził.
- Tak, ani jednej chmurki.
- Wydajesz się smutna.
- Bo jestem smutna... tata postanowił, że wyda mnie za mąż za jakiegoś boga siłą - westchnęła. - Znów zaczęli swoje zaloty, irytuje mnie to.
Anubis dotknął jej dłoni. Spojrzała na niego melancholijnymi oczami.
- Nie chcesz ślubu z przymusu?
- Oczywiście... Set wyda mnie pewnie za kogoś kogo nawet nie znam - westchnęła. - Uważa, że to dla mojego dobra.
- Skoro nie chcesz wychodzić z przymusu weź ślub z miłości.
Łza spłynęła jej po policzku. Anu wytarł ją kciukiem.
- Za kogo mam wyjść z miłości? - zapytała.
Uśmiechnął się do niej.
- Za mnie - nachylił się i pocałował ją.
~ Kapturek

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz