środa, 21 stycznia 2015

Rozdział XI


   Biec.... Biec i przeżyć. Tylko to liczyło się dla dziewczyny. Miała na głowie szary kaptur z kocimi uszami, a z jej plecaczka wystawał narzekający, co nie jest nowością, łeb wiewióry.
Przy dziewczynce biegł mężczyzna od połowy będący kozłem, którego poroże było jak u młodego jelenia i rosło do tyłu.
   Jeszcze dziś wieczorem Lucy była zwykłą dziewczynką, póki do jej domu nie wpadł przez okno jej kuchni lew... a dokładniej trój głowa Chimera. W tedy zjawił się też Lytos, satyr, z który ją zabrał z domu z szybkością błyskawicy, wsiedli na motor. Potwór ruszył za nimi. Potem jednak musieli zostawić... Chimera plując jadem rozpuściła tylne koło. Na szczęście obóz był już nie daleko... Jeszcze tylko trzy kilometry.
   Adrenalina pomagała Lucy nie zaprzestać biegu. Lytos pociągnął dziewczynę w lewo. Uniknęli tym ognia wydobywającego się z trzeciej, koziej, paszczy.
-Już niedaleko - wysapał Lytos, ramię go piekło od jadu wężowej głowy, która teraz chybiła i trafiła w drzewo.
Usłyszeli za sobą ryk lwa. Wiewiór pisnął. Szturchnął plecy dziewczyny łapą, by biegła szybciej. Chimera była coraz bliżej i po chwili stanęła, trzy głowy ryknęły. Satyr z małolatą biegli dalej. Wiewiór uznawszy, że zagrożenie życia minęło zwinął się w kulkę na dnie plecaka. Za dużo wrażeń jak na jeden dzień. Zasnął. Biegł zmienił się w trucht, a potem powoli doczłapali się do jakiegoś domku. Lucy zemdlała, Satyr uchronił ją przed upadkiem i zaniósł do jednego z szpitalnych łóżek. Zegar wskazywał 23:12.

Po kolacj Vic i Włóczykij wracały do domków w świetnych humorach. Terry i Jeff szli za dziewczynami, które chichrały się z byle czego. Oni zaś nie rozumiejąc patrzyli na nie jak na wariatki.
-Włóczykij, kochana... Co ty odpierdalasz? - zapytał słodkim głosem Terry.
Jego dziewczyna spojrzała na niego, rozpuściła włosy i:
- Let it go! Let it gooo! - wydarła się roztrzepując włosy.
Razem z Vic zaczęły śpiewać tę piosenkę idąc jak pijane. Zwróciły na siebie uwagę innych obozowiczów.
W końcu byli pod domkiem Nike.
- Pa szalona dziewczyno, jutro ja odprowadzam ciebie - Terry pocałował Włóczykija... I tak trwali kilka minut.
W tym czasie Vic i Jeff stali bez celu...
- To... Em... Dobranox - powiedziała córka skrzydlatej bogini.
- Dobranoc wariatko - odparł Jeff.
Vic uśmiechnęła się, co 'Jocker' odwzajemnił. Wraz ze swoim bratem weszli do domku, Jeff poszedł do swojego, a Włóczykij ruszyła w swoją stronę.

Następnego dnia Vic kiedy wychodziła nad ranem z domku zauważyła siedzącego na schodkach Lytosa. Satyr wstał i uśmiechnął się do niej.
 - Hej - Vic odwzajemniła uśmiech.
 - Dzień dobry. Na bogów, pamiętam jeszcze jaka byłaś mała gdy cię tu przyprowadziłem... - zamyślił się. - Bezbronna istotka, bojąca się Chimery, którą teraz byłabyś zdolna zabić z zimną krwią...
 - Yh... do czego zmierzasz? Gadasz jakbyś naczytał się dramatów. Chwila... ostatnio rzadko bywałeś w obozie.
 - Muszę ci kogoś przedstawić - pociągnął ją za rękę w stronę Izby Chorych.
Pan D. Rozmawiał z Chejronem przed budynkiem.
 -Dzień dobry Panie D. Witaj Chejronie - powiedziała szybko razem z Lytosem i wbiegli do środka. Na jednym z łóżek siedziała mała dziewczynka trąc łapkami wciąż senne oczka.
 -O... Lucy już wstałaś. Przestawiam ci Victorię - powiedział z uśmiechem satyr.
Lucy spojrzała na dziewczynę, która podeszła bliżej niej.
,,Ale są podobne!'' - pomyślał Lytos.
 - Hej - Vic starała się wyglądać łagodnie dla nowej heroski.
 - Jestem w Obozie Herosów?
 - Tak - odparła i nawet się uśmiechnęła.
 - Nie ma tu Chimery, prawda?
 - Yh... Nie ma tu potworów - odparła Vic. - No czasami się zjawiają, ale w tedy je unicestwiamy. Nie ma się czego bać - dodała widząc jej bladą twarz.
Lucy przyglądała się dziewczynie.
 - Po ciebie też przyszedł Lotos? - zapytała.
 - Tak, pięć lat temu - potwierdziła.
Mała heroska dostrzegła w niej coś znajomego.
 - Jesteś moją siostrą? - zapytała Lu.
 - Nie wiem.
 Lucy wyciągnęła jakąś rudą kulkę ze swojego plecaka, którą położyła sobie na kolanach.
 - To jest Pizduś - powiedziała z satysfakcją dziewczynka, a tłusta wiewióra spojrzała na dziewczynę zirytowanym wzrokiem.
Vic została rozwalona psychicznie. Lytos stał niedaleko nich. Pizduś rozejrzał się dookoła po czym prutnął  i wgramolił się do plecaka.
 - Ymm... chodźcie na śniadanie - przerwał ciszę.
  Lucy założyła plecak na plecy i wyszła ostatnia. Gdy to uczyniła zatrzymał ją Chejron i Pan D. Lytos odpowiadał za małomówną dziewczynę na większość pytań. W końcu dali im spokój i satyr z herosami poszli na śniadanie.
  Gdy już byli na miejscu, Blo podeszła do stolika Nike, Lytos gdzieś zniknął, a Lucy nie chcąca zostać sama pobiegła za Vic. Usiadła obok niej.
 - Nie zostawiaj mnie samej - szepnęła, a bracia Vic spojrzeli na obcą małolatę.
 - Jesteś nowa? - zapytał Dexter, ona zaś nie odpowiedziała.
 - Krępujesz ją - stwierdził Gabriel. - Jak masz na imię?
Ona dalej milczała, ale tym razem w zakłopotaniu i swojej nieśmiałości przytuliła się do Vic chowając twarz w jej bluzie.
 - Bravo idioci - mruknęła córka Nike. - Poznajcie Lucy... nie określona - pogładziła dziewczynę po włosach.
 -Yh... to my idziemy dać mamie po pomidorku - mruknął Gabriel i se poszli.
Lucy spojrzała na swój pusty talerz.
 - Powiedz co chciałabyś zjeść, a to się pojawi - podpowiedziała starsza heroska.
 -  Kiełbaski - odparła po chwili, gdy zobaczyła co ma na talerzu dziewczyna, a to pojawiło się na jej talerzu.
 - Chodź, damy po jednej Bogom - Vic wstała.
 - Czemu?
 - Bo... trzeba - odparła, nie wiedząc co powiedzieć.
Lucy skinęła głową i poszła za nią.
Gdy były przy palenisku Vic wrzuciła jedną z kiełbasek.
 - Smacznego mamuś - powiedziała i poczuła zapach przypominający woń starej książki, przyjemny dla jej nosa. Dwunastolatka wzięła z niej przykład i też wrzuciła do ognia kiełbaskę.
 - Smacznego Bogowie - powiedziała cicho, nie wiedząc, który z nich jest jej rodzicem.
 - Robisz za niańkę? - zapytała Włóczykij stojąc za nią.
Po chwili oby dwie poczuły tę samą woń piór i starej książki, a herosi spojrzeli w ich stronę. Vic spojrzała na znak, który świecił nad Lucy.
 - O cholera - szepnęła Włóczykij.
Lucy patrzyła przerażona na Victorię, która powiedziała:
 - Lucy... wygląda na to, że jesteś moją siostrą.

Pan D. zirytowany rozgonił towarzystwo, które zebrało się w okół nowej.
 - Wielkie mi coś, kolejne bachorzątko Nike... no już sio wszyscy! Nie ma na co patrzeć - powiedział po czym zwrócił się do Lucy. - Vanandt... Yh... bla bla bla... jaki to zaszczyt... bla bla bla... córka Nike, hura - wypowiedział każde słowo bez entuzjazmu, po czym wrócił do swojego stolika.

Po śniadaniu Victoria wzięła Lucy na wycieczkę krajoznawczą, która zakończyła się w stajni, gdzie najmłodsze dziecko Nike podziwiało pegazy.
 - Co to za konik? - zapytała widząc nietypowo wyglądającego konia o nietoperzach skrzydłach.
 - Venora.
 - Masz swojego?
 - Tsa - powiedziała, przeszła piętnaście metrów. - Ten jest mój. Darkness - otworzyła boks.
Lucy przyglądała się wielkiemu koniowi. Pizduś, którego trzymała też postanowił rzucić okiem. Pegaz miał lśniącą brązową sierść i czarną grzywę oraz ogon.. Zarżał, a kilka boksów dalej Venora wychyliła łeb i też zarżała jakby się z nim witała... albo coś innego. Darkness odrzucił grzywę, przez co niektóre klacze mogły by dostać krwotoku z nosa.
 -Lubię konie - stwierdziła Lucy i podeszła do Darkness'a - Czemu jego imię oznacza ciemność?
 - Takie mu wybrałam... nie wiem czemu... chyba dlatego, że jestem cieniem.. wolę ciemność i nie lubię być w centrum uwagi.
Lucy przytuliła pegaza.
 - Ja też nie - szepnęła tuląc konia.
Wyszły kwadrans później.
 - Yh... chodź szybciej, bo się na trening spóźnimy - mruknęła starsza.
 - Jasne - odparła młodsza i przyśpieszyła kroku.

  Lucy patrzyła na siostrę jak walczyła na noże z jakimś upiornym chłopakiem, a sama siedziała z Pizdusiem pod drzewem. Wiewiór był wyraźnie zainteresowany. Dziewczyna tak jak i chłopak mieli upięte włosy w kucyki, by im nie przeszkadzały. Kitka chłopaka była dłuższa niż dziewczyny. Lucy przyglądała się ich płynnym ruchom.
 - Wyglądają jakby tańczyli z nożami - powiedziała do Pizdusia, który był wręcz tym zahipnotyzowany. Spojrzała na prawo, gdzie jakaś dziewczyna strzelała z łuku. Używała dwóch strzał i trafiała w środek lub niedaleko niego do dwóch tarcz. Potem wzięła trzecią i spojrzała na dziewczynkę, posłała jej słaby uśmiech. Lucy rozejrzała się. Je bracia, Terry i Gabriel trenowali również na sztylety, a Dext patrzył co jakiś czas morderczo na nią i rzucał nożami do celu, co mu nie wychodziło. Spojrzała znów tam gdzie trenowała łuczniczka, ale już jej tam nie było, siedziała obok Lucy. Brązowowłosa spojrzała na czarnowłosą.
  - Jestem Włóczykij - przedstawiła się.
Lucy nie odpowiedziała, spojrzała znów na siostrę. Jeff trzymał ją od tyłu tak, że nie mogła poruszyć rękoma.
 - Wygrałem - odparł z satysfakcją.
Vic prychnęła, a on ją dalej trzymał.
 - Ekhem... Jeff... możesz mnie już puścić? - zapytała.
 - Co? A tak... - puścił ją.
 - Oh... jakie to słodkie... - odezwał się Gabriel. - Tak się przytulają podczas treningu.
 - Tak braciszku, oni są tacy....
 - Zamknij się, on mnie tylko trzymał - przerwała mu Vic.
 - O to chodzi w przytulaniu - zaśmiała się Włóczykij.
 - Ale mu się nie przytulaliśmy - upierała się Vic.
 - Nie? - zdziwił się Jeff.
Gabriel, Terry, Jeff i Włóczykij się zaśmiali, a Vic zrobiła *faceplam*.
 - Nienawidzę was - powiedziała.
 - My ciebie też kochamy - odparł Gaba.
 - Ale najbardziej Jeff - dodał Terry.
Jonathan spojrzał morderczo na chłopaka Włóczykija.Victoria waliła się łbem o drzewo. Dexter sobie poszedł wielce obrażony, Lucy patrzyła na wszystko w ciszy. Włóczykij się śmiała. Jonathan był różowy.
 - Nie zaprzeczaj Romeo, rumienisz się - zaśmiał się Ter.
 - Oh dajcie mu spokój, przeżywa wewnętrzne rozterki - odezwał się Gabriel.
 - Zabiję cie kiedyś - mruknął Jeff.
 - Och daj spokój, na serio... tylko sobie żartujemy - powiedziała Włóczykij.
Ale Jeff już sobie poszedł z Victorią i Lucy. Byli zirytowani. Nie odzywali się do reszty ,,wesołej kompanii'' do obiadu, podczas którego ktoś... ze stołu Posejdona i Nike postanowili urządzić bitw na żarcie. Pana D. w tedy na szczęście ie było, tak samo jak i Chejrona, przyszli dopiero kiedy ta bitwa już trwała więc nie mogli wyłonić sprawcy, a nikt nikogo nie wydawał. Oczywiście nie mogli ukarać całego obozu, więc kazali im tylko posprzątać. Obozowiczom zajęło to godzinę. Oczywiście Afrodyciątka nie chciały brudzić sobie rączek i poszli się umyć. Vic z Lucy pokryte jajecznicą właśnie wychodziły, gdy panna Nie-Lubię-Swojego-mienia- I - Mam - Marchewkę- Na- Głowie podeszła do nich.
 - Gniewasz się jeszcze? - zapytała.
 - Nie. - odparła krótko z lekkim uśmiechem.
Po chwili dołączyli do nich ,,Pomidorowi Królowie'' ze stolika Nike oraz ,,Król Kartofel II'' od Nemezis z ziemniaczaną peruką na głowie.
Włóczykij, Vic i Lucy poszły się umyć, tak samo jak przedstawiciele płci przeciwnej.

Gdy Vic i Lucy czyste przebrane i przebrane w piżamy siedziały na łóżku tej starszej wrócili ich bracia.
Lucy przytuliła siostrę i z Pizdusiem poszła na swoje łóżko i odraz zasnęła. Victoria gdy tylko opadła na poduszkę również oddała się w objęcia snu.

~Zakrwawiony Kapturek
 Czyli ta, która napisała rozdział w jeden dzień pod naciskiem Włóczykija i prośbami Szalonej Błękitnej Dziewczyny...


1 komentarz: