środa, 25 lutego 2015

Rozdział XX

 - Żenujące - mruknęła szakala bogini stojąca pod drzwiami Sali Sądu.
 Opierała się o drzwi słuchając kłótni. Zamyśliła się. Bogowie nie będą tym zachwyceni - pomyślała, ale mimo wszystko postanowiła wspierać brata.
 Po kilku minutach drzwi Sali Sądu otworzyły się, a jako że się o nie opierała, wpadła do środka, a dokładniej na Anubisa. Uderzyła plecami o jego tors.
 - Uh... - stęknęła, a zdziwiony brat ją podtrzymał, by nie zsunęła się na podłogę.
 - Zepsułaś moje wielkie wyjście - szepnął do niej.
 - Trudno - mruknęła.
 - Ej... czyżbyś podsłuchiwała? - poniósł brew do góry.
Westchnęła.
 - Mało występuję w ludzkiej cywilizacji? - syknęła. - Kiedyś byłam ważniejsza od ciebie!
 - Eee... jak chcesz się kłócić to może wyjdźmy... - powiedział.
 - Nie zamierzam się z tobą kłócić - odparła. - Tylko nie rozumiem dlaczego ludzie wolą ciebie... jestem potężniejsza, mądrzejsza... och no i oczywiście...
 - Bardzo skromna - wciął jej się w zdanie dodając do swojej wypowiedzi sarkazmu.
 Przewróciła oczami.
 - Zaraz... co ja wymieniłam? Potężniejsza, mądrzejsza... sexowniejsza - powiedziała.
Anubis zerknął na Przeszkadzacza, który miał świetny ubaw. Szakali bóg wziął siostrę na ręce jak pannę młodą i wymaszerował z Sali Sądu. Zaczęła go kopać i dźgać.
 - Mam z tym złe wspomnienia! - wrzasnęła. - Puszczaj!
 - Wolisz być przewieszona przez ramię? - zapytał.
 - Oczywiście że nie - przewróciła oczami. - A teraz puszczaj!
 - Myślę, że przydałaby ci się kolejna kąpiel w rzece - stwierdził.
 - Jesteś irytujący - mruknęła.
 - Wiem... kotku - uśmiechnął się do niej.
 - Za to cię zabiję - powiedziała patrząc na niego morderczo.
 - Nie zrobisz tego... chyba masz dziś zły dzień - mruknął.
 - Wiesz braciszku... ja mam codziennie złe dni... i brak humoru tak jak ty - mruknęła.
Anubis szedł chwilę w milczeniu mrocznymi korytarzami.
 - Przy mnie nie zachowujesz się jak ponurak - powiedział.
 - Bo znasz mnie na wylot - powiedziała posępnie. - Wiesz o mnie więcej niż ja o sobie.
 - Tak bywa... - westchnął uśmiechając się.
 - Nienawidzę cię - mruknęła.
 - Ja ciebie też kocham, siostrzyczko - odparł.
W jej oczach coraz wyraźniej było widać chęć mordu, po chwili złagodniała.
 - Kiedy Walt wraca od Sadie? - zapytała jakby z niechęcią. - Zaczynam żałować, że oddaliśmy mu fragmenty duszy...
Anput i Anubis oddali mu swoje kawałki boskiej duszy, kiedy bogini śmierci zrobiła awanturę swojemu bratu, że wygląda w ciele Walta jak śmiertelnik i dziwnie pachnie. Oczywiście dziewczyna wytrzymała kilka dni zanim mu to powiedziała. Po tym zdarzeniu boskie bliźniaki postanowiły oddać kawałki duszy, a dokładniej boską energię życiową, Waltowi. Dzięki temu nie byli z nim powiązani duszami, a czarno skóry chłopak żył. Walt nie słyszał głosów w głowie, czół się troszkę samotny ale mógł spotykać się z Sadie, która zrobiła kolejną awanturę, kiedy Anubis z nią zerwał. Walt jednak został jej chłopakiem... tak jakby.
 - Bycie na Ziemi go osłabia.
 - Wiem - mruknęła. - A kiedy odejdziesz, ta cząstka z niego wyparuje... będę musiała z nim o tym pogadać. Powinien zostać w Duat.
 - Jesteś zazdrosna? - zapytał.
Kopnęła go w udo.
 - Chyba śnisz.
 - Powinien zostać w Duat - zacytował. - Wywnioskowałem z tego, że chcesz ograniczyć do totalnego minimum jego spotkania z Sadie.  Może przecież, ale na cmentarzu... Jesteś zazdrosna.
 - On nie jest w moim typie... a z resztą... przesiadywałeś w jego ciele... wiesz, że takie coś mnie odrzuca... fuj.
 - Wiesz... po tamtym zdarzeniu już się nasłuchałem o tym, że nienawidzisz związków pomiędzy rodzeństwem. Ale on nie jest z tobą spokrewniony.
 - Ale twoja dusza w nim była - mruknęła.
 - A gdyby jej nie było zaakceptowałabyś go?
 - Nie. Jeśli wrzucisz mnie do rzeki naślę na ciebie moje szakale.
Anubis skręcił w inny korytarz, który nie prowadził do wyjścia. Po chwili łokciem otworzył drzwi do jej pokoju i położył ją na łóżku, a sam siadł w fotelu przy biblioteczce dziewczyny. Wziął jakąś książkę do rąk, a Anput zajęła się głaskaniem Kiry.

***


W wietrznych fałdach twych wiotkich

szat słyszę muzykę

Lotu, którego nie prześcigną ptaki

Czarująca bogini triumfu, o Nike

Co od wieków leci z Samotraki

Pośpiech potężnych skrzydeł twych powietrze chłoszcze

Niosąc zwycięstwo, sławę i liście laurowe

Nie pragnę ich. I temu jedynie zazdroszczę

Dla, których w porywie swym straciłaś głowę...

Vic westchnęła spuszczając głowę. Siedziała na schodkach domku Nike wraz z siostrą. Był ranek. Lucy wsłuchiwała się w każde słowo siedząc schodek niżej po turecku. Nigdy nie słyszała nic o swojej matce, więc chłonęła wszystko co o niej usłyszała. Pizduś również był zainteresowany, patrzył z zaciekawieniem w starszą heroskę.
 - Masz ładny głos - odezwał się ktoś za jej plecami.
 - Od kiedy tu jesteś? - zapytała Vic odwracając głowę.
 - Wystarczająco długo, by usłyszeć całość - odparł Jeff. - Znasz jakieś jeszcze? - spytał siadając po chwili obok niej.
 - Znam wiele wierszy o mamie - powiedziała cicho. - Ale nie zamierzam ich recytować... nie dziś.
 - Rozumiem - uśmiechnął się słabo, mimo, że miał bardzo szeroki uśmiech Jockera.
  Dziewczyna zapatrzyła się w niebo, a wiewiórka jej młodszej siostry przeszła na jej kolana i wdrapała się na ramie.
 - Opowiedz coś o mamie - poprosiła cicho Lucy.
 Uśmiechnęła się smutno do siostry.
 - Też z chęcią posłucham - stwierdził Jeff głaszcząc wiewiórkę siedzącą na ramieniu Vicky. - O Nike nie ma za wiele w mitologii...
 - Wiem - spuściła wzrok. - Nie lubię kiedy ludzie zapominają jakiegoś boga lub boginię... albo kiedy uważają że nie warto o nim mówić... żałosne.
 - Widziałaś mamę? - zapytała Lucy, niecierpliwa aż siostra zacznie opowiadać.
 - W snach - potaknęła po czym skrzywiła się. Przeszyła ją ostra fala bólu pochodząca z pleców. - Ma niebieskie oczy i brązowe włosy... no i skrzydła.
Oczy Lucy błyszczały z zaciekawienia.
 - Jej babką była Eurybia, córka Gai i Pontosa - Vic urwała na chwilę. - Eurybia poślubiła Kriosa a ich dzieckiem był Pallas, ojciec Nike, a jej matką jest Styks, córka Okeanosa. Moja matka urodziła się przed panowaniem Kronosa.
 - Ona... Nike, była tytanidą - zauważył Jeff.
 - Tsa - mruknęła Vic. - Miała trójkę rodzeństwa. Zelosa, Kratosa i Bię... Styks jako jedna z pierwszych... albo nawet pierwsza wysłała ich wraz z Nike przyszła z pomocą do Zeusa, wysyłając swoje dzieci przeciw tytanom. Zeus w ramach wdzięczności pozwolił zostać im wśród bogów.
 - Fajnie - stwierdził Jeff.
 - Aha - mruknęła.  - Została nieodłączną towarzyszką Ateny. Dzięki niej bogini mądrości odnosiła sukcesy w bojach i można powiedzieć, że stały się tak jakby...
 - Best friends forever? - podsunął Jeff.
 - Ymm... tsa - kiwnęła potakująco głową po czym znów zapatrzyła się w niebo.
 - Mów dalej - Lucy przybliżyła się do siostry patrząc na nią maślanymi oczkami.
 - Jeszcze? - podniosła brew do góry, a dziewczynka przytuliła się do jej ręki. - O ile mi się dobrze zdaje wiesz, jakie są jej atrybuty...
 - Miecz, wieniec laurowy, gałązka oliwna, liść palmowy i laska przypominająca kaduceusz - odparła. - I wół.
 - Wół? - Jonathan zmarszczył czoło.
 - Jej święte zwierze - potwierdziła Vic.
Chłopak zagwizdał.
 - Bogini zwycięstw lubi woły, tego się nie spodziewałem - mruknął.
  - Bogini zwycięstwa, siły, szybkości i patronka sportu - powiedziała Vic dodając dziedziny których on nie wymienił. - Ona nie jest tylko od zwycięstw.
 - Zapamiętam - powiedział, by na przyszłość nie irytować córki owej bogini.
Lucy pochłonęła wszystko o powiedziała jej siostra. Pizduś zaś próbował ćwiczyć utrzymywanie równowagi na kolanie Jonathana.
 - Kotku, zapomniałaś powiedzieć, że twoją mamę umiłował Alexander Wielki - westchnął Alex siedzący za nią.
Victoria słysząc jego głos omal nie spadła ze schodów.
 - Ja-a-k... - zdziwiła się.
 - Sekret zawodowy - Alex nachylił się i pocałował swoją dziewczynę.
 - Alexander Wielki umiłował boginię, której imię tłumaczy się jako zwycięstwo. Ty, Alex jesteś chłopakiem dziewczyny o imieniu znaczącym to samo - westchnął.
 - Czysty przypadek - powiedział blondyn znów składając na ustach partnerki czuły pocałunek. - To że ona jest od Nike, a ja od Ateny i jak to ująłeś... są Bff też jest przypadkiem.
 - To dlatego dzieci Nike zawsze dogadywały się z Wami - mruknął Jeff.
 - Oczywiście, relacje między matkami mają na nas wpływ. Dlatego podczas bitwy o sztandar mamy sojusz z jej rodzinką i jesteśmy nie do pokonania- Alex posłał mu kolejny blady uśmiech.
Szczerze mówiąc to chciał, by Jonathan go polubił. 
 - Czasami się zdarza, że ktoś nas pokona - mruknęła Vic.
 - Kiedy nie chce wam się grać? Owszem.
 Vic spojrzała na siostrę.
 - Po pięciu wygranych cały obóz postanowił stawić nam czoła - powiedziała do niej. - To znaczy, nam i rodzeństwu Alex'a... w tedy też wygrali, bo... było ich za dużo...
 - Kiedy to było? - zapytał Jeff.
 - Cztery lata temu... - odparł Alex przytulając Vicky.
 - Wciąż mam bliznę - powiedziała ponuro patrząc na swoją odsłoniętą kostkę, na której widniał ślad po czyjejś włóczni.
 - Nie martw się, ja też - Alex zerknął na swój nadgarstek.
Pizduś w wiewiórczym języku powiedział : Fajnie, też tak chcę! Błahahahahaha! Gdzie mój nóż od masła? Wiewiórka zaczęła kręcić się do na udach Jeffa po czym wróciła na kolana Vic. Wspięła się po niej, by dotrzeć do Alex 'a, a z jego ramienia wskoczył na dłoń Lucy.

  W tym czasie Włóczykij leżała na szpitalnym łóżku trzymając Terry'ego za rękę. Chłopak nie opuszczał swojej dziewczyny od poprzedniego dnia, kiedy ta się wybudziła z siedmiogodzinnej śpiączki.
 - Spałeś chociaż w nocy? - zapytała dziewczyna.
 - Eee... nie - odparł. - Czuwałem przy tobie.
Posłała mu słaby uśmiech.
 - Nie musiałeś... - powiedziała.
 - Chciałem - nachylił się nad nią i cmoknął ją w czoło. - Jak się czujesz?
 - Nieco lepiej - odparła.
Chłopak gładził kciukiem jej dłoń.
 - Co wam jest, co? - zapytał.
 - Hę? - zmarszczyła brwi.
 - Martwię się o ciebie i siostrę - wyjaśnił.
 - Coś się stało hurtowni kiedy spałam? - zapytała.
 - Nie. Ma tak od dwóch tygodni - mruknął. - Zaraz przyniosę ci śniadanko do łóżka - zmienił temat uśmiechając się do niej.

   Lytos jak każdego ranka przechadzał się po lesie. Podczas spaceru towarzyszyły mu skowronki. Lubił te ptaki. W sumie, lubił każde leśne i dzikie stworzenia. Trzy skowronki siedziały na porożu satyra, reszta latała ciesząc się świeżym, porannym powietrzem, co jakiś czas siadały na ramieniu Lytosa by odsapnąć, a potem znów wzbić się w powietrze i ganiać z resztą skowronków.
   Wyszli z linii drzew na polanę leśną. Satyr usiadł na trawie i wyciągnął swoje piszczałki, i zaczął grać. Ptaki momentalnie sfrunęły na ziemię i patrzyły swoimi małymi oczkami na swojego pół koziego przyjaciela. Muzyka z jego piszczałek była spokojna, ale miała radosny nastrój. Satyr grał jeden ze swoich ulubionych utworów. Podczas gry miał zamknięte oczy. Melodia roznosiła się po polanie, a inne ptaki, siedzące na drzewach, również skierowały łebki w stronę satyra. Wiewiórki wychyliły łebki ze swoich norek wybudzone ze snu, a bardzo lubiły spać w przeciwieństwie do młodych zajączków, które od wschodu słońca biegały w okół nory.
 Kiedy Lytos grał zwierzęta jakby zatrzymały się w czasie, a skończywszy znów wszystkie stworzenia powróciły do swojej rutyny, a ptaki na nowo zaczęły świergotać, na gałęziach, natchnione muzyką satyra.
  Skowronki uciekły w las bawiąc się w ganianego. Lytos otworzył oczy i spostrzegł siedzącego na przeciw niego pół kozła.
 - Hej Olaf! - uśmiechnął się.
 - Witaj Lytos - odparł biały satyr.
 - Co tam?
 - Em... nie ma niczego o czym byś nie wiedział - odparł z lekkim uśmiechem.
Lytos zaśmiał się krótko po czym razem w Olafem ruszyli w stronę pawilonu jadalnego.

 - Gdzie Terry? - zapytał Gabriel, po kilku minutach trwania śniadania.
 - Z Włóczykijem - mruknęła Vic z lekkim westchnieniem patrząc jak Pizduś zjada jej ser z kanapki.
 - Ekhm, można? - zapytał ktoś za jej plecami.
Odwróciła się i uśmiechnęła na widok Lytosa.
 - Oczywiście - odparła. - Siadajcie.
Olaf i Lytos przysiedli się do niech.
 - Co tam u panny bezimiennej? - zapytał Lytos.
 - Nie wiem, nie ma mnie tam - mruknęła Vic.
 - Wstałaś lewą nogą - zauważył satyr.
 - Nie - odparła.
 -Spadła z łózka na plecy - odezwała się Lucy patrząc na pół kozły.
 - A już miałem się pytać o twoje zdrówko panno zwycięska- westchnął Lytos. - Ale wnioskuje, że...
 - Czuję się coraz gorzej - odparła grobowym głosem i nie odzywała się przez jakiś czas patrząc jak Pizduś je za nią jej kanapki.
 Wyszła z pawilonu jako pierwsza i skierowała się od razu w stronę Izby, gdzie zastała przyklejonych do siebie herosów.
 - Na miłość Nike - jęknęła. - Przestańcie się przysysać - padła na krzesło obok łóżka Meriel.
 - Wyczuwam zły humor - powiedział Terry.
 - Hej kelpie* - powiedziała do dziewczyny.
 - Hej hurtownio - odparła. - Co cię tu sprowadza?
 - Dowiesz się niedługo - mruknęła.
 - A gdzie zgubiłaś chłopaka? - zapytała.
 - Chyba wciąż jest na śniadaniu - odpowiedziała i odwróciła spojrzenie.
Meriel opadła z powrotem na poduszki wlepiając wzrok w ścianę, a Ter położył się obok niej i zasnął.
 Po kwadransie Terry się obudził w chili kiedy zjawił się jakiś chłopak z domku Apolla w towarzystwie swojej siostry. Dziewczyna od razu podeszła do łóżka Meriel i zaczęła ją pytać jak się czuje, czy ją coś boli i tym podobne. Zaś chłopak spojrzał na Vic.
 - Vic... Masz krew na ramieniu - zauważył.
Victoria spojrzała na niego obojętnym wzrokiem i wstała.
 - Gdybym nie miała to bym nie przychodziła, Cameron - mruknęła.
 - Co ci się stało? - zapytał szesnastolatek.
Vic spojrzała na Włóczykija, po czym chwyciła chłopaka za nadgarstek i pociągnęła go na drugi koniec Izby za parawan. Upewniwszy się, że jej brat ani jego dziewczyna jej nie widzą Vic odwróciła się plecami do syna Apolla i zrzuciła bluzkę. Od jej karku wzdłuż kręgosłupa miała rany, z których niektóre krwawiły.
 - Zaatakowały cię wściekłe koty? - zapytał.
 - Nie żartuj sobie - powiedziała grobowym głosem.
 - W takim razie coś ty sobie zrobiła?
 - Jednego dnia bolą mnie plecy, drugiego mam rany - odparła. - Nie wiem jakim cudem... a raczej przekleństwem.
 Chłopak westchnął i nalał jej nieco nektaru do szklanki. Vic usiadła na szpitalnym łóżku i wzięła kilka łyków. Rany na jej grzbiecie zniknęły.
 - Chyba pomogło - powiedział Cameron, ale skóra dziewczyny znowu pękła.
 - Nie pomogło - mruknęła oddając mu szklankę.
Cam usiadł obok niej i zajął się oczyszczaniem z zaschniętej krwi jej ran.
 - Któremu bogowi podpadłaś, co? - zapytał.
 - Wydaje mi się... że nikomu - poczuła jak odpiął jej stanik. - Ej! - zaprotestowała podtrzymując biustonosz, by nie opadł z jej piersi na podłogę.
 - Nie przesadzaj - powiedział. - Chcę ci tylko odkazić skórę i nałożyć papkę z ziół.
 - Jupi, zielsko - powiedziała bez entuzjazmu.
Cameron zignorował to, a po chwili zaczął nakładać maść z ziół.
 - To powinno uśmierzyć ból - powiedział i podał jej jakiś biały szlafrok. - Załóż to.
 - Dzięki - mruknęła, a gdy została sama za parawanem pozwoliła stanikowi opaść na podłogę i założyła szlafrok.
 - Viiiickiii! - dobiegł ją głos zaspanego Terry'ego.
 - Co?
 - Gdzie się podziałaś Kapturku? - tym razem głos należał do Meriel.
Vic wzięła swoje rzeczy i wyszła zza parawanu.
 - Jestem tu cały czas - mruknęła kładąc bluzkę wraz z biustonoszem na łóżko obok legowiska Włóczykija.
 - O czym rozmawiałaś sam na sam z tamtym przystojniakiem, co? - Meriel poruszyła znacząco brwiami.
 - Pokazałabym ci, ale aktualnie nie mam nic pod szlafrokiem, a na plecach mam papkę ziołową - powiedziała.
 - Po co? - Ter zmarszczył brwi.
 - By przestała mnie skóra na plecach boleć.
 Jej brat westchnął i musnął wargami policzek Włóczykija.
 - Yyy - jęknęła. - Gdzie mój Alex...
Ktoś odchrząknął. Trzy głowy zwróciły się w tamtym kierunku. O framugę drzwi opierał się chłopak Vic. Podszedł do swojej dziewczyny i usiadł obok niej na jej łóżku
 - Rozumiem, że ma pani niedysponowana - westchnął.
 - Niestety - odparła. - Dziś będę dotrzymywać towarzystwa Włóczykijowi. Ter, zrób sobie wolne.
 - Emm okey - Terren opadł z powrotem na łóżko.
 - Ekhm, Terry. Może wróć do domku, co?
 - Emm okey - odparł sennie.
 - Dasz radę sam dojść?
 - Aż tak padnięty nie jestem - ziewnął wstając i wyszedł.
Alex delikatnie przytulił się do Vic i cmoknął ją w policzek. Meriel zerknęła na nich po czym przymknęła oczy i zasnęła. Córka Nike zrzuciła buty i również się położyła, lecz na boku.
 - Alex, zostaniesz? - zapytała.
 - Mam wolną godzinkę, a potem trening - odparł.
 - Ja tu będę co najmniej pięć godzin.
 - Przyjdę po łucznictwie - obiecał i położył się obok niej.
Dziewczyna nie była senna, ale udało jej się odpłynąć w krainę snów, kiedy się obudziła Alex'a nie było. Usiadła po turecku na łóżku przecierając oczy i spojrzała na Meriel siedzącą na łóżku obok.
 - Jak długo spałyśmy? - zapytała Włóczykij.
 - Dwie godziny - odpowiedziała z ziewnięciem Vicky i stwierdziła, że ból pleców znacznie się zmniejszył.


*Kelpie - koń wodny.



  ~Zakrwawiony Kapturek


Rzeźba Ateny, a na jej dłoni stojąca Nike
Pallas Athena statue at Vienna

Oraz Art

Greek Goddess Athena


Och, no tak... Jeszcze jedna mała uwaga - NIE BĘDZIE KOLEJNEGO ROZDZIAŁU JEŚLI NIE SKOMENTUJECIE TEGO!!!
(nie dotyczy miniaturek)

6 komentarzy:

  1. Za zadko wystawiacie rozdziały

    OdpowiedzUsuń
  2. Zakrwawiony kapturek piszesz świetne rozdziały

    OdpowiedzUsuń
  3. Dziwisz się, że rzadko wstawiamy? Jak byście komentowali wiecej, to i rozdziały byłyby szybciej. Wstaw się na naszym miejscu. Zresztą tylko ty komentujesz więc się zastanawiamy czy czekać na inne osoby.
    #Włóczykij.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  5. Po pierwsze nie pisze sie wstaw tylko postaw i to lepiej brzmi
    A po drugie jeśli chcesz komentarzy to naucz sie pisać

    OdpowiedzUsuń
  6. Ty nam robisz łaskę? Kpisz czy pytasz o drogę? Nas nie obchodzą Twoje komentarze, nie jesteś tutaj jedyna. Żegnam.
    #Włóczykij

    Następne komentarze od DarkRider będą usuwane.

    OdpowiedzUsuń